Gościu! Jeżeli coś przeczytasz to skomentuj. Lubię wiedzieć, że ktoś mnie odwiedza :D

czwartek, 16 września 2010

12. Junkosiowy szał - Jakub

Junkosiowy szał
12. Jakub


   Droga do celu strasznie mi się dłużyła. Nie wiem czy to z podekscytowania, czy ze zdenerwowania? Do tego wszystkiego Junki praktycznie nie odzywał się do mnie w ogóle. Jazda trwała już godzinę, a ja coraz bardziej nie mogłam się doczekać, by zobaczyć, co zaplanował ten cudowny facet siedzący obok mnie. I choć zżerała mnie ciekawość, zdecydowałam się nie pytać. Pewnie i tak by powiedział, że to niespodzianka.
Po półtorej godziny wreszcie samochód zatrzymał się tylko...
- Gdzie my jesteśmy? – Zapytałam, gdy tylko ucichł warkot silnika.
Byliśmy gdzieś w środku lasu. Poza wąską drogą, która tu dojechaliśmy i druga podobną, ale idącą w innym kierunku oraz tym małym parkingiem (jeżeli w ogóle można tak nazwać ten kawałek piaszczystego pobocza) nie było tu nic.
Junki nie odpowiadając na moje pytanie wysiadł z samochodu, a następnie podszedł do drzwi z mojej strony i pomógł mi wysiąść. Gdy już stałam twardo na podłożu wyciągnął w moim kierunku ramię.
- Pani pozwoli?
Złapałam go pod rękę, po czym poprowadził mnie ścieżką w głąb lasu.
 Czułam się coraz bardziej podenerwowana całą sytuacją. Szczerze powiedziawszy nie jestem wielką zwolenniczką niespodzianek. Z reguły wolę wiedzieć, co mnie czeka i gdzie się znajduję. W tym wypadku jednak, nie chciałam psuć wszystkiego mojemu towarzyszowi i uznałam, że skoro nie odpowiedział na moje pytanie, nie będę nalegać.
Na całe szczęście nie musiałam długo czekać na odpowiedzi, dotyczące wszystkich moich wątpliwości. Po przejściu kilkudziesięciu metrów leśna ścieżką, zobaczyłam na jej końcu światło. A światło w takich momentach zwykle oznacza jakąś otwarta przestrzeń.
- Pewnie przygotował piknik na jakiejś polance – pomyślałam. O wiele bardziej zrelaksowana, z lekkim uśmieszkiem podążałam za swoim przewodnikiem, w dalszym ciągu trzymając się jego łokcia. Idąc podziwiałam piękno natury wokół mnie. Do tego pomimo dość późnej godziny (bo było już po wpół do dziewiątej) niebo nadal było jasne. Stopniowo zbliżaliśmy się do wyjścia z drzewnego tunelu. Gdy przekraczaliśmy barierę między lasem a już otwartą przestrzenią, poraził nas blask. Zamrugałam kilka razy, by mój narząd wzroku przyzwyczaił się otaczającej nas jasności. Kiedy już wielka, jasna, rozmyta plama zaczynała nabierać ostrzejszych konturów, moim oczom objawił się obraz wprost z bajki. Przede mną stał piękna, jasna budowla, przypominający szlacheckie pałacyki opisywane w książkach, które nie raz czytałam z takim zamiłowaniem. Budynek otoczony był idealnie przystrzyżonymi trawnikami i krzewami.
- Jak tu pięknie Junki! Jak znalazłeś to miejsce?!
- Cieszę się, że się Pani podoba
– odpowiedział z powagą.

Zaczynało mnie drażnić to jego wprost przesadnie grzeczne zachowanie, ale uznałam że później mu to powiem.
Podeszliśmy pod drzwi posiadłości, które niespodziewanie otworzyły się przed nami. Odpowiedzialny był za to mężczyzna ubrany w liberię, który następnie przeprowadził nas przez ogromny hol, stylizowany na lata pięćdziesiąte do drzwi na drugim końcu, prowadzących znów na zewnątrz. Te drzwi były węższe, więc Junki oczywiście przepuścił mnie przodem.
Przed moimi oczyma rozpościerał się widok jeszcze piękniejszy niż poprzedni. W odległości nie większej niż trzydzieści metrów od miejsca, w którym stałam pas zieleni przechodził w delikatnie falująca powierzchnię jeziora. Akwen, nie licząc miejsca gdzie stałam, otoczony był lasami, przez co woda wydawała się być zielona a nie przeźroczysta. Natomiast kawałek na prawo ze zbiornika wychodziły dwa strumyki, które następnie krążyły po wielkim ogrodzie przypominającym raczej park, by na koniec zniknąć w leśnej gęstwinie. Strumyki pozwalały przekroczyć gęsto zbudowane na terenie całej posiadłości kładki. I właśnie do jednej z takich kładek skierowaliśmy nasze kroki. Z otwartymi ustami podziwiałam panoramę tego miejsca. Zawsze byłam zwolenniczką obcowania z naturą, a tu dodatkowo połączone to z elegancją stanowiło niesamowity widok. Gdy początkowo spojrzałam w kierunku, w którym się udawaliśmy wydawało mi się, że na jednej z kładek cos stoi. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, iż jest tak faktycznie. Na płaskim mostku, z którego widok rozciągał się na całe jezioro, ustawiono elegancko nakryty stół dla dwóch osób. Junkoś podprowadził mnie do jednego z krzeseł przy stole, odsunął je dla mnie, po czym poprosił bym usiadła. Sam zajął miejsce na przeciwko. Byłam pod takim wrażeniem otoczenia, że nie śmiałabym się odezwać, bojąc się iż to wszystko złudzenie, które pęknie jak mydlana bańka i wrócę do swojej miejskiej rzeczywistości.
Z uśpienia wyrwał mnie nagle jakiś dźwięk. Spojrzałam na Junkiego i okazało się, że to on pstryknął palcami.
Po tym geście jak za sprawą magii ze wszystkich stron otoczyli nas kelnerzy podając kolejne wykwintne dania. Kiedy już wszystko znalazło się na stole, obsługa zniknęła tak samo szybko jak pierwotnie się pojawiła. Zostaliśmy sami.
- I jak się pani podoba okolica? – Zapytał.
- Czy mógłbyś w końcu przestać tak dziwnie mówić? Musze przyznać, że to co do tej pory tutaj widziałam zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ale mówienie do mnie pani szczerze mówiąc wkurza mnie!
- W takim razie już przestaje
– dodał z szerokim uśmiechem

- Jakim cudem w tak krótkim czasie udało ci się zorganizować coś takiego?
- Szczerze?
- Tak!
- Nie wiem.
- Jak to?
- Kiedy rozstaliśmy się dzisiaj na mieście, poszedłem zaraz do managera pokazać mu zdjęcie, które mi dałaś. Powiedziałem, że przez niego zrobiłem z siebie głupca i kazałem mu dla mnie to wszystko załatwić. Opowiedziałem, jak chciałbym żeby to wszystko wyglądało i zagroziłem, że jeżeli tego nie zrobi to go zwolnię.
- Słucham?!
- Będzie miał nauczkę, by dokładnie sprawdzać swoje przypuszczenia następnym razem, zanim przekaże je dalej.

Dalsza część posiłku przebiegała bardzo spokojnie, rozmawialiśmy o sobie, o naszych zainteresowaniach, opowiadaliśmy sobie wzajemnie o swoich przyjaciołach. Tak dobrze nam się ze sobą rozmawiało, że nie zauważyłam nawet, kiedy zdążyło się zrobić ciemno.
Kiedy to do mnie w końcu doszło, spojrzałam w niebo.
- Patrz spadająca gwiazda! Wypowiedz życzenie! – Wskazałam palcem malutki świecący obiekcik.
- Czego sobie życzyłaś? – Zapytał po wypowiedzeniu w myślach naszych życzeń.
- Jak ci powiem, to się nie spełni! – Przecież nawet gdybym nie wierzyła w takie bzdury, nie mogłabym mu powiedzieć, czego bym chciała. Kiedy teraz o tym myślę, to nawet przed sobą mi wstyd.
Wróciliśmy do jedzenia. Czułam się wspaniale, byłam niesamowicie wzruszona tym wszystkim, co zrobił dla mnie mój ukochany romantyk. Zawsze wiele się po nim spodziewałam, ale chyba nie aż tyle! Dlatego byłam tak zaskoczona.
Siedzieliśmy w ciszy kończąc posiłek, gdy poczułam na sobie spojrzenie Junkiego. Zerknęłam na niego. Uśmiechał się! Chcąc, nie chcąc odruchowo odwzajemniłam uśmiech.
- To teraz czas na deser!
- Deser?! Żartujesz sobie chyba?! Ja już nic więcej nie zmieszczę! Już teraz ledwo mogę się ruszyć!
- Dasz radę! Choć troszeczkę?!
– Szczenięce oczka poszły w ruch. I jak ja miałam mu odmówić? No jak?

Znów usłyszałam pstryknięcie palcami, a zaraz po tym z budynku, przez który wcześniej przechodziliśmy wyłonił się kelner niosący na tacy tort.
- Oszalałeś – stwierdziłam wesoło.
Spoglądałam na zbliżającą się porcję słodkości, jednak mój wzrok co chwila odwracał od niej sam niosący. Skąd ja znam tego typka? – Zastanawiałam się i nagle mnie oświeciło.
- KUBA?! Kuba Wiński?!
- Pati?
– Kelner zrobił wielkie oczy. – Nie mogę uwierzyć, że to ty!

- Kubuś! – Rzuciłam się chłopakowi na szyję, tak że tort poleciał na ziemię, czym kompletnie się nie przejęłam.
Zapominając o moim towarzyszu, ściskałam chłopaka ze wszystkich sił, a on wcale nie był mi dłużny.
- Aua! Kuba – za – mocno! – Wycharczałam, ale sama nie zwolniłam uścisku nawet na sekundę.
Kuba. Mój najwspanialszy przyjaciel z dzieciństwa. Byliśmy nie rozłączni, czy to chodzi o szkołę, czy czas wolny, a z nami oczywiście Karola. Gdy byliśmy dziećmi, nasi rodzice śmiali się, że pewnie zostaniemy małżeństwem. Częściowo ich przewidywania spełniły się. W trzeciej klasie gimnazjum zostaliśmy parą, inaczej być nie mogło. Byliśmy ze sobą ponad trzy lata, niestety po maturze Kuba razem z rodzicami wyjechał do Anglii. Nasz związek zakończył się dość niespodziewanie, a potem sama nie wiem dlaczego, urwał się kontakt.
- Nic się nie zmieniłeś! – Powiedziałam, gdy tylko, w końcu się od siebie odkleiliśmy. Kubulek był przystojnym i wysokim chłopakiem. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt, dzięki czemu przewyższał mnie o przynajmniej dziesięć centymetrów. Chyba tylko przy nim czułam się rzeczywiście kobietą. Włosy miał ciemne, dłuższe i zawsze zadbane. A gdy teraz był ubrany w ten czarno biały strój, jestem pewna że nie jedna padła by na jego widok. W głowie zawirowała mi głupia myśl. Który jest przystojniejszy, Junki czy Kuba? O  żesz ty w mordę jeża! Junki...! Aaa...
Wzięłam przyjaciela za rękę i podeszłam do stolika.
- Junki to mój eee... przyjaciel Kuba. Przepraszam, że tak zareagowałam, ale nie widziałam się z nim od paru lat. – Junki nie wyglądał na uszczęśliwionego, ale w tym momencie jakoś mnie to nie obchodziło, choć wiem że powinno. Wiem, wiem... Wredna jestem, ale to Kubuś!
- Miło cię poznać – mój znajomy drągal odezwał się pierwszy.
- Cześć – odpowiedział oschle piękniś.
Dzięki spotkaniu dawnego chło.. przyjaciela, miałam tak dobry humor, że nawet nie miałam sił się złościć na Junkiego za jego zachowanie.
- Przysiądziesz się do nas, prawda? – Zapytałam Kubę, przy czym mocniej ścisnęłam jego dłoń, którą nadal trzymałam.
- No wiesz... Raczej nie mogę, w pracy jestem.
- Spoko, Junki to załatwi. Prawda?
– Spojrzałam błagalnie na Junkiego z najsłodszym uśmiechem, jaki umiałam w tej chwili z siebie wykrzesać.

- Oczywiście. – Burknął i poszedł do kierownika obiektu.


- To opowiadaj! Jak ci się wiodło na wyspach? Co się stało, że wróciłeś? Gdzie teraz mieszka... – Zakrył mi usta dłonią.
- Czyżbym się pomylił?
- Co?
- Przede mną chyba Karolina siedzi a nie Patrycja – zaczerwieniłam się.
- Sorki, poniosło mnie. Ale to wszystko, dlatego że ty tak na mnie działasz.

Oboje uśmiechnęliśmy się do siebie.
Przyglądając się sobie, zaczęliśmy wspominać stare dobre czasy. Te wszystkie wygłupy, zaczepki. To jak rządziliśmy okolicą – w końcu byliśmy zawsze najwięksi wśród okolicznych dzieciaków, hehe...
Junki nadszedł w lekko nieodpowiednim momencie. Akurat wspominaliśmy jedną z wycieczek w liceum. Z tym, że kiedy on podchodził, była mowa o ucieczce przed nauczycielem i naszym pocałunku na jeziorem...
- ...i pamiętasz, kiedy wróciliśmy wszyscy już spali, a my stojąc na korytarzu nie mogliśmy się rozstać...
- Ehkmmm...
– Usłyszeliśmy za sobą. – Pati nie chcę wam przerywać, tej jakże absorbującej konwersacji, jednak czas na nas. – Mówiąc to przykucnął obok i objął mnie w pasie ramieniem.

Co on sobie myśli? Chce się popisać przed Kubą? Ja mu pokażę...
Wstałam z krzesła, zrzucając jednocześnie rękę Junkiego ze swojej talii.
- Kubusiu a ty gdzie mieszkasz, bo w końcu mi nie odpowiedziałeś?
- Z powrotem w Zabrzu, dlatego mam nadzieję, że uda nam się spotkać znów niedługo.
- No obowiązkowo. A jesteś tutaj samochodem?
- Tak, a dlaczego pytasz?

- To myślę, że moglibyśmy razem pojechać, mamy jeszcze tyle do powspominania. – Złapałam go za rękę i poprowadziłam w kierunku wyjścia...

1 komentarz:

  1. Woo! Patiko już tu jesteś z rozdziałami? - nieźle :D
    Ta romantyczna kolacja z Junkosiem była wspaniało, no ale pojawił się Kubuś.
    Ha! Dobrze, że ja wiem jak to dalej się potoczy. W przeciwnym przypadku musiałabym znowu trzymac nerwy na wodzy.
    Pozdrowionka - Noriko

    OdpowiedzUsuń