Gościu! Jeżeli coś przeczytasz to skomentuj. Lubię wiedzieć, że ktoś mnie odwiedza :D

piątek, 14 października 2011

Zdziwienie

   Ło matulu ile mnie czasu tu nie było. Przyznam się szczerze, że ostatnio na moment w ogóle zapomniałam o istnieniu tego bloga. Przez prace i natłok innych obowiązków jakoś w ogóle nie mam czasu na przyjemności. Opowiadanie nadal stoi w miejscu. W sumie to nie wiem czy braku chęci do pisania, czy z braku weny. Pewno po troszku z obydwu powodów... Ehhh... Musiałabym kiedyś przysiąść i chociaż ten kolejny rozdział zakończyć, ale tak jakoś... IE CHCE MI SIĘ... Wiem, wiem leniwa się zrobiłam. Po prostu jakoś tak Junkosiowy lepiej mi się pisało. Słowa same się w głowie układały, a teraz nad każdym kolejnym zdaniem muszę ciężko myśleć, nie wspominając o całkowitym braku pomysłów na akcje. Jednak przyrzekłam sobie, że nie porzucę tego opowiadania. Skoro je zaczełam to także je skończę. Nie wiem kiedy, ale kiedyś na pewno tak się stanie.
Pozdrawiam każdego kto tu zajrzy... :D


I do usłyszenia :*

piątek, 11 lutego 2011

4. Zagubione szczęście

Zatrzymała się kilka kroków od niego. Tylko jej tu brakowało.
 - Sato, kochany! Nie spodziewałam się tutaj Ciebie. Zazwyczaj... Nie! Właściwie, nigdy nie pojawiasz się na takich imprezach. Co się stało, że dziś jednak zdecydowałeś się nas zaszczycić swoim towarzystwem?
No i się zaczęło pomyślał.
 - Witaj Ni-Kyu. – Ledwo zauważalnie skinął jej głową. – Tak wyszło, że tu jestem. – Rzucił bez entuzjazmu. Nie zamierzał się jej tłumaczyć.
 - Czy mogę mieć nadzieję, iż to z mojego powodu? Dlatego, że chciałeś się ze mną spotkać? – Uśmiechnęła się słodko, aż mu ciarki przeszły po plecach.
 - Bynajmniej. – Odrzekł z grymasem na ustach.
 - Och... Jesteś taki jak zwykle. Mógłbyś czasem powiedzieć mi coś miłego.
Sapnął z rezygnacją...
 - Jak masz ochotę na coś miłego to idź i poczytaj sobie komentarze na swoim blogu, a nie męcz mnie. – Mówiąc to odwrócił się w drugą stronę i ruszył w kierunku osoby, do której wcześniej pomachał.
Niestety tymi słowami nie udało mu się uwolnić od namolnej dziewczyny. Nieszczególnie przejęta słowami Sato Ni-Kyu natychmiast pobiegła za nim łapiąc go za łokieć. Satoru natychmiast wyrwał rękę z jej uścisku i spojrzał na nią groźnie.
 - Czy możesz zostawić mnie samego? – Próbował opanować wściekłość i niechęć do osoby stojącej obok.
 - Oj, nie bądź taki! Już niedługo mamy śpiewać w duecie. Pojawienie się naszej dwójki razem doskonale pomoże w promocji przyszłego singla. A może nawet płyty... – To ostatnie powiedziała bardziej do siebie, błądząc myślami gdzieś daleko.

Sato czuł jak wszystkie jego mięśnie coraz bardziej się napinają. Z natury był cierpliwym człowiekiem, jednak ta kobieta potrafiła jak nikt wyprowadzić go z równowagi. Ona miała do tego wrodzony wręcz talent.
Szedł dalej ku wcześniej ujrzanemu znajomemu. Wiedział, że tamten go zauważył i nie mógł się teraz wykręcić od tej rozmowy. Z resztą dziwnie by wyglądało gdyby nagle się odwrócił i poszedł w drugą stronę. Uchodził za dziwaka w swym świecie. Nie przeszkadzało mu to. Nie zamierzał jednak uchodzić za niespełna rozumu, a taki wydałby się gdyby zrobił nagle coś dziwnego. Nie miał wyjścia. Musiał iść dalej przed siebie i się przywitać z Dan Fin-Ki’m, choć wcale nie miał na to ochoty. Stary znajomy był typowym przedstawicielem człowieka światowego, aktora. Grał w filmach oraz w życiu. Sato nie raz widząc takich ludzi zastanawiał się, czy oni w ogóle zauważają moment, kiedy przestają być sobą, a zaczynają grać przez znajomymi i rodziną? Satoru znał go jeszcze z czasów szkoły podstawowej, gdy sławny był tylko dzięki swojej rodzinie. Fin-Ki był jedynie 2 lata starszy, a do tego dzięki jego koneksjom rodzinnym był znany przez wszystkich w szkole. Jego ojciec był najbliższym współpracownikiem premiera, a matka siostrą znanej aktorki. Z też powodu nikogo nigdy nie dziwił fakt, iż syn takich ludzi został kimś również znanym. Szkoda tylko, że ta sława najpierw jego rodziców, a następnie jego własna tak bardzo zepsuła mu charakter. Teraz jednak jest już zbyt późno żeby się nad tym zastanawiać, czy cokolwiek zmieniać.

Zatrzymał się dokładnie na wprost Fin-Ki’ego, a w tym samym momencie jego rękę znów dopadła Ni-Kyu. Widząc zainteresowanie znajomego jej osobą, uznał, że może warto na razie jej nie odrzucać. Fin-ki, jak dobrze pamiętał od zawsze interesował się ładnymi kobietami. Była to jego słabość. Tak też Sato szybko uznał, że może właśnie on pomoże mu się uwolnić od natrętnego stworzenia uwieszonego na jego ramieniu.
 - Witaj Dan Fin-Ki. – Powiedział z uprzejmym uśmiechem na ustach. - Dawno się nie widzieliśmy.
 - Cześć Wanabe. – Odpowiedział, cały czas nie spuszczając wzroku z Ni-Kyu. – Faktycznie trochę czasu minęło od naszego ostatniego spotkania. Gdybyś częściej zaszczycał nas swoim towarzystwem podczas podobnych imprez, pewnie mielibyśmy więcej okazji do spotkań. Ale, ale... Czyż ta piękność u twego boku, to nie słynna Ni-Kyu. Chyba nie mieliśmy okazji się jeszcze poznać osobiście szanowna pani. – Wyciągnął rękę w kierunku mile połechtanej komplementami dziewczyny.
Ni-Kyu podała mu swoją dłoń, którą delikatnie ucałował na powitanie. Sato nigdy by nie przypuszczał, że ten mężczyzna może być tak szarmancki. Jednak prawdą jest, że zawsze wokół niego kręcił się wianuszek osób płci żeńskiej. W szkole biegała za nim cała chmara zakochanych po uszy nastolatek, potem studentek, a teraz tysiące fanek (jakby nie było, dalej nastolatek). Sato pomyślał, że na całe szczęście, on sam ma do czynienia jedynie z tymi ostatnimi, których jakoś jak na razie udaje mu się unikać.
 - Jestem zaszczycony – wymruczał patrząc oczarowanej dziewczynie prosto w oczy.
Ni-Kyu zachichotała. Sato patrząc na całą sytuację z boku, stwierdził, że zachowuje się ona, jak onieśmielona dziewczynka, a nie jak bogini seksu za którą się zawsze podawała. Pokiwał głowa z rezygnacją… Po raz kolejny już dzisiaj odpłynął myślami do sytuacji i osoby, przez która się tu znalazł. Po chwili z zamyślenia wyrwał go jednak głos Fin-Ki’ego.
 - Och! Z tego wszystkiego – pewnie miał na myśli spotkanie Ni-Kyu, bo raczej nie jego – zapomniałem wam przedstawić moją towarzyszkę. Tylko gdzie ona… A już ją widzę!
Pomachał do kobiety stojącej po drugiej stronie Sali i przywołał ją gestem dłoni. Sato niewiele ona obchodziła. Pewnie kolejna sztuczna lalka z większą ilością sylikonu w ciele niż mózgu.
Zerknął obojętnie w stronę nadchodzącej dziewczyny i… Zaparło mu dech w piersi.
Znał ją…
To była ona…
Twinkie…
Dziewczyna z czarnej strefy. Ta, która bez problemów poradziła sobie z bandą rzezimieszków na ulicy. Ta sama, która wywoływała w nim tak dziwne uczucia…
Szła w jego stronę, początkowo skupiając na nim wzrok. Potem jednak go odwróciła i już na niego nie spoglądała. To ma być towarzyszka Fin-Ki’ego? Niemożliwe! Jak oni się poznali? Całą swoją uwagę skupił na zbliżającej się dziewczynie. Nie słyszał słów Ni-Kyu stojącej obok i coś do niego szczebioczącej, nie zwracał uwagi na słowa znajomego. Wpatrywał się w Twinkie, jakby nikogo poza nią nie było na sali. W końcu znalazła się naprzeciwko. Spojrzała na niego i już wiedział, że również go rozpoznała. Nie powiedziała tego, ale zobaczył to w jej wystraszonych oczach.



   Co ja tu robię? – Zastanawiała się. - Nie pasuję do tego towarzystwa. Że też dałam się Finowi namówić.
Wściekając się sama na siebie piła kolejnego drinka, chcąc rozładować napięcie, które towarzyszyło jej przez cały wieczór. Byun-Ra nie lubiła takich miejsc. Pełnych snobów, których interesowała jedynie zawartość portfela pozostałych obecnych. Sama nie potrafiła pojąć, jak mogła dać Finowi zrobić z siebie partnerkę na ten wieczór. Przyjaciel powinien tu przyprowadzić, którąś ze swoich głupiutkich panienek. Takie pewnie świetnie by się tu bawiły. Wiedziała, że zrobił to żeby nie siedziała sama w domu i nie rozmyślała nad wydarzeniami ostatnich dni. Jednak ona chyba wolałaby właśnie taką opcję od przebywania w niewygodnej sukience wśród tych okropnych ludzi. Ale jak by nie było, doceniała próbę poprawienia jej humoru przez przyjaciela.
Spojrzała w jego stronę z roziskrzonymi oczami. Obok niego stało dwoje ludzi, Mężczyzna z uwieszoną na ręce piękną kobietą. Fin-Ki podniósł rękę i skinął na nią. Ruszyła w ich kierunku, nie bardzo mając ochotę poznawać nowych ludzi, nie chciała jednak sprawiać zawodu koledze. Z każdym krokiem ogarniało ją dziwne uczucie. Czarnowłosy mężczyzna, stojący po lewej stronie Fin-Ki’ego wyglądał jakoś znajomo. No, ale skąd miałaby znać kogoś tej „ligi”? Na tą imprezę przybyły same najwybitniejsze osoby show biznesu. Skąd ona mogłaby znać kogoś takiego?  Wiadomo miała kontakt z wieloma osobami z różnych sfer, jednak nigdy nie usługiwała nikomu z tak znanych osób. Jedynym celebrytem jakiego poznała był…
W tym momencie przed oczyma stanęła jej twarz, którą tak zawzięcie, a jednocześnie bezskutecznie próbowała zapomnieć. Twarz osoby, która wywoływała w jej ciele takie poruszenie.
Z każdym krokiem, jej przerażenie rosło. Każdy kolejny centymetr tylko potwierdzał jej początkowe przypuszczenia, iż znów przed nią pojawił się Wanabe Satoru.  Szła wpatrzona w jego osobę do momentu, aż zdała sobie sprawę, że może to trochę dziwnie wyglądać. Szybo zwróciła oczy na Fin-Ki’ego lub Fina jak lubiła go nazywać. Gdy była już o krok, uśmiechnęła się do niego.
 - Wołałeś mnie, prawda? – Zapytała słodko, dalej nie spoglądając w stronę pozostałych.
 - Tak. – Odparł z dumą Fin-Ki. – Pozwól, że ci kogoś przedstawię. Oto mój znajomy Wanabe Satoru, choć z pewnością nie muszę ci tego mówić. – Dodał z pewną ironią w głosie. - Natomiast kobieta u jego boku to piosenkarka Ni-Kyu, o której z pewnością również nieraz słyszałaś. A to moja bliska – podkreślił to słowo – przyjaciółka Jon Byun-Ra.
 - Ach, oczywiście, że znam te nazwiska – Twinkie gwałtownie odpowiedziała z udawaną radością. – i oczywiście ogromnie się cieszę, że mogę poznać kogoś tak sławnego.
W końcu odwróciła się w stronę pary, którą przed chwilą przedstawił jej kolega. Z widocznym wahaniem wyciągnęła rękę do Sato w geście powitalnym.
 - Miło mi cię poznać – dodała gdy ujął jej dłoń.
 - Wzajemnie – Odpowiedział wpatrując się prosto w jej oczy.



   Mimo, że Twinkie stała tuz przed nim dalej wpatrywał się w nią jak zaczarowany. Kompletnie nie zwracał uwagi na to co mówi Fin-Ki przedstawiając ich jej. Dzisiaj wyglądała jeszcze piękniej niż zapamiętał. Włosy miała upięte w skomplikowany sposób z tyłu głowy. Ubrana była w dopasowaną sukienkę w kolorze szmaragdu ze sporo odsłaniającym dekoltem, a na nogach miałach delikatne srebrne szpilki na cieniutkich paseczkach. Całego stroju dopełniała srebrna biżuteria. Delikatny łańcuszek z medalikiem na szyi oraz kolczyki zwisające z uszu. Tak ubrana i z makijażem nie przypominała poznanej wcześniej amazonki.
Z rozmyślań na jej temat wyrwała go wyciągnięta w jego kierunku dłoń. Jej dłoń.
 - Miło mi cię poznać. – Odparła gdy odwzajemnił gest.
Jak to miło jej go poznać? Przecież się znają! Miał ochotę krzyczeć z wściekłości, że dziewczyna nie przyznaje się do ich znajomości. A może z raczej ucierpiała na tym jego duma?
Zdołał jednak odpowiedzieć tylko – Wzajemnie.
Skoro tak chce pogrywać to zgoda – Zdecydował Satoru. Nie zamierza się jej narzucać. Podczas powitania był ciekawy jej reakcji. Czy przyzna, że już się poznali i wymyśli jakąś historyjkę na ten temat. Przypuszczał, ze nie opowie o prawdziwych zdarzeniach tamtego dnia, nie spodziewał się jednak, ze w ogóle się nie przyzna do znajomości z nim. Ale jeżeli chce to tak rozegrać to on nie będzie się jej narzucał. Tym bardziej, że ma ze sobą „bliskiego” przyjaciela.

Kiedy Satoru wreszcie puścił rękę Twinkie, ta z uśmiechem wyciągnęła ją w stronę, gdzie jeszcze przed sekundą stała Ni-Kyu. Nie zdążyła jednak. Piosenkarka była już uwieszona u ramienia jej przyjaciela, gawędząc z nim wesoło i oddalając się w stronę wysepki z barkiem alkoholowym. Lekko skonsternowana Byun-Ra rozejrzała się w około, jednak nie miał jej kto uratować. Została sam na sam z chłopakiem, który wywoływał u niej szybsze bicie serca. Była zgubiona.

Satoru natomiast nie wydawał się w żaden sposób zdenerwowany. Stał nonszalancko oparty ramieniem o ścianę i przyglądał jej się z zagadkowym uśmiechem na ustach. Co gorsza uroczym uśmiechem, przed widokiem którego, Twinkie zawzięcie próbowała uciec. Nie miała jednak gdzie. Teraz żałowała, ze nie próbowała wcześniej z nikim tutaj się bliżej poznać, gdy Fin przedstawiał ją wszystkim swoim znajomym. Po chwili musiała przyznać się do porażki. Spojrzała na Sato niepewnym wzrokiem.

 - Pięknie dziś pani wygląda – Odezwał się gdy w końcu przestała zachowywać się jak wystraszony królik w każdej chwili gotowy do ucieczki przed drapieżnikiem. Nie chciał, by się go bała, jednak z drugiej strony bawiła go ta sytuacja.
 - Dziękuję – opowiedziała drżącym głosem, spuszczając skromnie wzrok na ziemię.
 - Ale… Czy my się już nie spotkaliśmy przypadkiem? – Był ciekaw jak odpowie na to pytanie teraz, gdy nie ma już przy nich żadnych świadków, którzy mogliby zadawać trudne pytania.
 - Eee… Nie sądzę.
Tak więc dalej chce udawać? Czy ona naprawdę myśli, że on jej nie poznał? Z resztą… Zgoda, zobaczymy jak długo uda jej się w ten sposób zachowywać…
 - Och, w takim razie przepraszam. Najwidoczniej musiałem panią z kimś pomylić.
 - Nic się nie stało.
 - Bardzo przypomina mi pani pewna niedawno poznaną dziewczynę
– Drążył dalej.
W tym momencie resztki nadziei Twinkie, że może jednak jej nie poznał rozwiały się doszczętnie.
- Jak to ona się nazywała? – Udawał, że się zastanawia patrząc w dal ponad jej ramieniem. – Aaa, tak. Mówiła, żeby nazywać ją Twinkie. Może jesteście w jakiś sposób ze sobą spokrewnione? Naprawdę bardzo pani ją przypomina. Pani Jun Byun-Ra?
- Jon Byun-Ra.
– Poprawiła go szybko, starając się by jej głos nie zdradzał rodzącej się w głowie paniki. – I nie mam w Seulu żadnej rodziny, także wątpię, żebym miała coś wspólnego z pana znajomą. – Po tych słowach przełknęła głośno ślinę.
Dla Satoru sytuacja stawała się coraz bardziej zabawna. Po raz pierwszy w życiu, dręczenie kogoś sprawiało mu niewymowną radość. Pomyślał, że gdyby tylko Twinkie zdecydowała się przyznać do znajomości z nim, dałby jej spokój jeśliby poprosiła. Jednak ona zawzięcie próbowała wmówić mu, że spotykają się po raz pierwszy, a tego jakoś nie mógł zostawić bez odpowiedzi. Nie myśląc o konsekwencjach zdecydował się zagrać ostrzej. Musiał tylko pilnować, żeby przypadkiem role się nie odwróciły. Pamiętał doskonale jak w podstępny sposób poradziła sobie z typkami na ulicy, gdzie został zaatakowany.
Zrobił duży krok w jej stronę tak, że ich twarze znalazły się kilka centymetrów od siebie.
Twinkie momentalnie zaczęła ciężej oddychać, nie odsunęła się jednak.
 - Jesteście tak podobne… - Niski ton jego głosy zawibrował pomiędzy nimi.
 Byun-Ra nie była w stanie logicznie myśleć. Bliskość tego mężczyzny doprowadzała ją do szaleństwa. Musi uciekać! Powinna jak najszybciej chociaż odsunąć się od tego człowieka!
Jednak nie mogła…
Był jak magnes, gdy się do niej zbliżył, ona odczuwała nieodpartą chęć by być jeszcze bliżej.
Sato nieświadomy wewnętrznej wojny prowadzonej przez Twinkie ciągnął dalej.
 - Jesteś pewna, że już się nie spotkaliśmy? – Dalej mówił niskim, zmysłowym głosem. – Ach co za faux-pas ! Powinienem powiedzieć: Jest „pani” pewna? A może jednak mogę zwracać się do pani na „ty”?
W odpowiedzi skinęła tylko głową, nie czując się na siłach by wydać z siebie jakiekolwiek dźwięk.
Twarz Satoru zbliżyła się kolejne kilka centymetrów. Już niewiele brakowało by stykali się nosami.
 - W takim razie bardzo się cieszę. Nie lubię zwracać się do znajomych w tak wyniosły sposób… Pani… Choć muszę ci się do czegoś przyznać moja droga. - Zniżył głos do szeptu i przybliżył usta do jej lewego ucha tak blisko, że czuła jak owiewa ją jego ciepły oddech. Przeszedł ją dreszcz i to bynajmniej nie dlatego żeby poczuła zimno.
 - Dla mnie jesteś Panią. – Poczuła jak okręca sobie wokół palców prawej dłoni kosmyk jej włosów, który prawdopodobnie wymknął się jej z długo upinanej fryzury.
Ta chwila była dla niej torturą. Jednak jakże słodką torturą.
- Od chwili gdy pierwszy raz się spotkaliśmy, jesteś panią mojego umysłu i mojego ciała. Od dnia gdy zbudziłem się w twoim łóżku nie potrafiłem przestać o tobie myśleć.
W tym momencie oprzytomniała i chciała się od niego odsunąć. On jednak był szybszy i nie pozwolił jej na to łapiąc ją prawą ręką, która jeszcze chwile temu bawiła się jej włosami, za ramię. Nie dałaby rady mu się wyrwać, nie szarpiąc się z nim. Nie chciała jednak robić zamieszania wokół swojej osoby i przyciągać zaciekawionych spojrzeń, przez co z pewnością musiałaby wytłumaczyć się Finowi. Tylko co miałaby mu powiedzieć? Nawet gdyby coś wymyśliła, obawiałaby się, że gwiazdor stojący obok mógłby wszystko zniweczyć, zaprzeczając jej słowom. A zdecydowanie nie miała ochoty na opowiadanie przyjacielowi wydarzeń sprzed paru miesięcy.
Rzuciła Sato jak, jej się wydawało, groźne spojrzenie. On jednak wydawał się tego nie zauważyć. Przyciągając ją z powrotem, tak, że znajdowali się w poprzedniej pozycji, kontynuował.
 - Chyba nie myślałaś, że te eleganckie fatałaszki mnie zmylą i cię nie rozpoznam?
 - Puszczaj!
– syknęła.
 - Wiesz? Tak w ogóle to nie pasują one do ciebie. Zwykłe ciuchy i ulica zdecydowanie lepiej współgrają z twoją osobą. No ale… Jak się znajdzie takiego nadzianego sponsora jak Fin-Ki trzeba się odpowiednio pokazywać. – Sam doznał szoku słysząc w swoich ustach te słowa. Dlaczego był na nią taki zły? Czemu było w nim tyle jadu? Chyba nie przez to, że nie przyznała się, iż go zna. Co to miało za znaczenie. I co za różnica z kim tutaj przyszła. Spotkali się zaledwie raz w życiu, jakie miał prawo ją osądzać? Z zamyślenia wyrwał go promieniujący ból lewej kostki.
 - Powiedziałam puszczaj! – Znów szarpnęła ramieniem do tyłu licząc, że uda jej się wyrwać z jego objęć. Niestety po raz olejny nie udało jej się to. Była wściekła i chciało jej się krzyczeć. - Nie wiem czego ode mnie chcesz. Po ostatnim spotkaniu miałam nadzieję, ze więcej się już nie zobaczymy! – Powiedziała ostrym tonem, nadal jednak na tyle cicho by nie wzbudzić zainteresowania osób stojących w pobliżu. – Dlaczego za każdym razem gdy cię spotykam przysparzasz samych kłopotów?
 Roześmiał się na te słowa, jednak niezbyt szczerze.
 - Cóż, najwidoczniej było nam pisane spotkać się ponownie. Ale powiedz mi słoneczko, dlaczego tak bardzo nie chciałaś się przyznać, iż mnie znasz?
 - Idź do diabła!
 - Chciałabyś, co?
– Wygiął usta w ironicznym uśmiechu.
 - Żebyś wiedział – Rzuciła mu przez zęby.
 Nagle oboje zastygli w bezruchu, słysząc z drugiego końca Sali nawoływanie
 - Twinkie! – Był to głos Fin-Kiego.
Jednocześnie spojrzeli w jego kierunku. Zbliżał się w ich stronę.
 - Już idę! – odpowiedziała na jego wołanie słodkim głosem to jeszcze bardziej wkurzyło Sato.
 - Puszczaj. – Zwróciła się do Sato, odwracając się w stronę nadchodzącego przyjaciela. Tym razem jego uścisk ustąpił. – Mam nadzieję, że się więcej nie spotkamy i jak najszybciej uda mi się o tobie zapomnieć. – Dodała na pożegnanie.
Słowa te z jakiegoś nieznanego mu dotknęły go do żywego. Stracił nad sobą kontrolę. W ostatniej chwili złapał ją za łokieć i pociągnął swoim kierunku. Niespodziewana się tego ataku. Tak też zachwiała się i wpadła prosto w jego ramiona.
 - To spróbuj teraz o mnie zapomnieć! - Wolną ręką chwycił ją za drugie ramie i przywarł do ciepłych warg Twinkie swoimi ustami.

wtorek, 28 grudnia 2010

3. Zagubione szczęście

   Nieprzytomny chłopak znalazł się na łóżku w sypialni Twinkie. Nie było łatwo, ale jakoś udało jej się go tam zaciągnąć. Kiedy już ułożyła nieprzytomnego człowieka w pościeli, po raz pierwszy dokładniej na niego spojrzała. Był przystojny. I kogoś jej przypominał. Zmrużyła oczy próbując sobie przypomnieć sytuację, w której mogła poznać owego jegomościa. Jej spojrzenie po raz kolejny spoczęło na nieznajomym. Chłopak, a właściwie już mężczyzna miał pociągłą twarz, a jego skóra była dość ciemnej karnacji. Włosy na pierwszy rzut oka, wyglądały jakby podczas porannej toalety zapomniał przejechać po nich, choć raz grzebieniem. Jednak, kiedy przyjrzeć im się bliżej, można zauważyć, iż są one starannie ufryzowane dając efekt artystycznego nieładu. Przyciągały uwagę nie tylko swoim ułożeniem, ale również kolorem. One nie były czarne... „Czarne” to zdecydowanie nieodpowiednie określenie. Hebanowa czerń o wiele lepiej do nich pasuje. Do tego, w podobnym kolorze były brwi chłopaka. Idealne łuki położone równolegle względem powiek skrywających czarne tęczówki. Byun-Ra nie była w tej chwili w stanie zobaczyć koloru oczu, jednakże gdyby ktoś chciał się z nią złożyć o spora sumę pieniędzy, była gotowa przyjąć zakład, że czy są równie czarne jak włosy i brwi. Przechodząc wzrokiem dalej, zjechała w niższe partie twarzy, zatrzymując się na pełnych czerwonych ustach, od widoku których, przeszedł ją jakiś wewnętrzny dreszcz. Natychmiast uciekła wzrokiem w stronę okna, trafiając w ten sposób na kolorowy magazyn, którego główną tematyką były wywiady ze znanymi postaciami showbiznesu. „Król sceny – Wanabe Satoru” głosił nagłówek na okładce. Niemożliwe, pomyślała. Ponownie przeniosła wzrok na mężczyznę w jej łóżku. Tym razem wpatrywała się w niego długo, aż do momentu, gdy jak jej się zdawało jego powieki drgnęły. Wtedy szybko stanęła przed szafką znajdującą się na przeciw łóżka, udając, że szuka jakichś medykamentów, które prawdę powiedziawszy leżały cały czas pod jej ręką.
- Auuaa... – Zdezorientowany Sato syknął i podniósł się z pozycji leżącej, po czym dotknął ręką obolałej głowy.
- Wreszcie się przebudziłeś? – Zapytał jakiś znajomy głos. A osoba, do której należał, nawet nie odwróciła się w jego stronę.
Satoru otworzył oczy bez pośpiechu i rozejrzał się dookoła, jego wzrok zatrzymał się na kobiecie stojącej nieopodal. Zauważył, że sam leży na łóżku w małym, ciemnym pokoiku. Ściany oblepione były pożółkłą tapetą, na podłodze leżał wypłowiały dywan. Okno przesłaniały szczelnie ciemnoczerwone zasłony.
- Gdzie ja jestem? – Zapytał, w dalszym ciągu nie mogąc odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Rozglądał się nerwowo dookoła, jednak żaden przedmiot nie wyglądał znajomo. Do tego ból rozrywający mu czaszkę od wewnątrz nie pomagał w skupianiu uwagi.
- U mnie. – Dziewczyna odpowiedziała krótko. – Jesteś Wanabe Satoru. – Bardziej stwierdziła, niż zapytała. - Widziałam się ostatnio w jakiejś gazecie.
- Dokładnie. A ty..? – Dawno nie słyszał, by ktoś nie należący do jego świata tak spokojnie na niego reagował. Tym bardziej wiedząc, kim jest. Nie narzekał jednak. Musiał jednak stwierdzić, że miło było, choć raz nie być ogłuszonym piskiem jakiejś zagorzałej fanki.
- Możesz mi mówić Twinkie. Ale lepiej mi powiedz, co traka gwiazda jak Ty robiła sama w tej okolicy?
- Szukam kogoś.
– W dalszym ciągu bacznie się jej przyglądał. Stała do niego odwrócona plecami i szukała czegoś w szafce. W jego głowie pojedyncze obrazy stopniowo składały się w dłuższe urywki filmu, dzięki czemu, zaczynał przypominać sobie ostatnie wydarzenia. Banda rabusiów, ręka przyciskająca go do ziemi, znajomy kobiecy głos i SPLUWA! Podskoczył na wspomnienie groźnej, a zarazem sprytnej dziewczyny z bronią.
W tym samym czasie Byun-Ra odwróciła się do niego, w dalszym ciągu stojąc tam gdzie wcześniej. Gdy spojrzała na niego powtórnie, zadrżała, a jednocześnie poczuła ciepło ogarniające jej ciało i duszę.. Mimowolnie uśmiechnęła się na widok rozczochranego, z na wpół przymrużonymi powiekami chłopaka, który w tej chwili wyglądał bardziej uroczo niż przystojnie.
- Szukasz kogoś? Oczywiście... – Dodała. Cały urok chwili zniknął w ciągu sekundy, a na jej twarzy zagościł dziwny grymas. – Wiesz co..? Z tego, co wiem bliżej centrum jest wiele lepszych domów publicznych niż w tej okolicy.
Spojrzał na nią krzywo, ale nie odezwał się. Nie ufał jej na tyle.. Właściwie w ogóle jej nie ufał. Przecież praktycznie jej nie znał, więc dlaczego miałby jej mówić, dlaczego znalazł się sam w takiej dzielnicy.
Twinkie złapała w dłonie mały koszyczek i ruszyła w stronę łóżka, po czym na nim przysiadła, wyciągając powoli rękę w jego kierunku.
- Czego chcesz? – Odchylił się w tył by nie mogła go dotknąć.
- Siedź spokojnie, przecież nie chcę ci nic zrobić!
- Tamten gość też tak myślał początkowo, zanim nie zmiażdżyłaś mu przyrodzenia.

Dziewczyna uśmiechnęła się odruchowo na myśl o wspomnianej sytuacji.
- W takim razie bądź grzeczny, a obiecuję, że twoje klejnoty nie ucierpią. – Odpowiedziała chichocząc.
Teraz, kiedy siedziała tak blisko, Sato zauważył, że dziewczyna jest naprawdę ładna. Gdy wcześniej walczyła z przerośniętym mięśniakiem wydawała mu się jakaś taka większa i groźniejsza. Natomiast w tym momencie, gdy siedziała przed nim uśmiechnięta, wyglądała tak niewinnie, delikatnie i... uroczo. Sam zdziwił się tym, co przyszło mu do głowy. Jednak nie mógł zaprzeczyć. Wpatrywał się w jej twarz, gdy grzebała w przyniesionym koszyczku. Dziewczyna była naprawdę ładna, ciemne długie włosy okalały jej delikatną twarz, miała jasną cerę i ciemne, duże oczy, zdradzające od razu, iż pochodzi z zachodu. Dalekiego zachodu. Przypuszczał, iż gdzieś z Europy. Oczy nie dość, że duże to jeszcze otoczone były długimi, grubymi rzęsami, które dodatkowo powiększały je optycznie. Zszedł wzrokiem trochę niżej wzdłuż linii drobnego noska, zatrzymując się na pełnych ustach. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w nieznajomą mu dziewczynę, której prawdę mówiąc zawdzięczał życie.
- Długo zamierzasz się tak jeszcze gapić? – Zapytała nie odrywając wzroku od czytanej właśnie ulotki. – Mam coś na twarzy, czy po prostu nigdy wcześniej nie widziałeś białego człowieka?
Odwrócił szybko wzrok udając zainteresowanie wiszącym na ścianie zegarem.
- Auć! – Wrzasnął, odczuwając nagle silne pieczenie na policzku. Tak bardzo uciekał wzrokiem od dziewczyny, że nie zauważył jak przyłożyła nasączony jakimś płynem wacik do jednej z jego ran.
- Jak nie będziesz się tak wiercił z pewnością będzie mniej bolało. – Skarciła go. - Żałuję, że nie zdążyłam tego zrobić, kiedy jeszcze leżałeś spokojnie nieprzytomny. Zachowujesz się jak małe dziecko. – Dodała z wyrzutem.
Po tych słowach starał się opanować. Musiał się przecież pokazać z jak najlepszej strony. Starał się odprężyć pod dotykiem delikatnych dłoni opatrujących kolejno jego rany na skroni i policzkach. Gdy zręczne, delikatne palce zbliżyły się do ostatniej ranki w kąciku ust, wstrzymał oddech. Spoglądając jej prosto w oczy zastanawiał się, co ta dziewczyna ma w sobie, że aż tak na niego działa. Całe jego ciało się naprężyło, a każdy mięsień zesztywniał. Natomiast Byun-Ra, kompletnie nieświadoma wrażenia, jakie wywiera na swoim „pacjencie”, nieprzerwanie oczyszczała niewielkie rozcięcie.
Nagle odwróciła wzrok w jego stronę, a ich spojrzenia się spotkały. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Widziała jak jego oczy stopniowo zmieniają barwę. Pociemniały. Czuła się tak, jakby rozgrzewały ją od środka, wywołując przyjemne ciepło, gdzieś wewnątrz jej ciała.
Twinkie nagle zauważyła, że jest coraz bliżej wpatrującego się w nią obiektu. Jak to możliwe? Myślała. Przecież ona sama nie ruszyła się z miejsca. Zabrała rękę z jego twarzy i szybko, lecz niegwałtownie odsunęła się od Sato, nieprzerwanie utrzymując kontakt wzrokowy. Próbowała zebrać myśli. Nie wiedziała, dlaczego jej ciało tak reaguje na tego człowieka. Przecież regularnie bywała blisko różnych mężczyzn, a najczęściej nawet i bliżej. Jednak nikt dotychczas nie sprawiał, iż czuła się tak jak teraz.
Twarz Satoru ponownie znalazła się niebezpiecznie blisko. Byun-Ra nie potrafiła jednak odwrócić wzroku od jego oczu, nosa, ust, od jego twarzy... W ostatnim momencie dotarło do niej, co się święci. Momentalnie zerwała się na nogi.
- Rany powinny szybko się zagoić. To tylko zadrapania. – Paplała. - Jednak gdyby coś się działo powinieneś pójść do lekarza. Na pewno znasz dobrych lekarzy...
- Eee, tak... – Odpowiedział lekko zmieszany.
- Chyba będę już szedł. – Odezwał się po chwili.
Twinkie spojrzała na niego. Kiedy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, Sato zauważył w oczach dziewczyny coś dziwnego. Miał wrażenie jakby wzrokiem mówiła mu by został, jednak twarz dziewczyny oraz jej słowa całkowicie zaprzeczały temu odczuciu.
- Też wydaje mi się, że to dobry pomysł. Dość już miałam z Tobą problemów.
Przypuszczał, że dziewczyna nie będzie go błagała, by został, ale miał cichą, podświadomą nadzieję, iż jej słowa nie będą aż tak dosadne. Wstyd mu było przyznać się samemu przed sobą, że coś faktycznie ciągnęło go do dziewczyny. Tylko, co i dlaczego? Zaczął przypuszczać, iż to pewnie przez silne uderzenie w głowę.
Po chwili uznał, że czas się w końcu ruszyć. Zsunął się na kraniec łóżka i spuścił nogi na ziemię. Podpierając się rękoma o materac próbował znaleźć się w pozycji pionowej. Niestety, gdy przeniósł ciężar ciała na nogi, te odmówiły posłuszeństwa i chłopak zataczając się, runął z impetem z powrotem na łóżko. Zawroty głowy natychmiast powróciły, na co Sato zareagował zduszonym jękiem. Zacisnął powieki by uspokoić wirujące obrazy.
Gdy je otworzył zobaczył przed sobą zmartwiona minę Twinkie.
- Wszystko dobrze? – Zdziwił się, jak bardzo ucieszyła go troska w głosie dziewczyny.
- Myślę, że tak. Po prostu trochę zakręciło mi się w głowie. – Odparł starając się zachować obojętny ton głosu.
Spróbował jeszcze raz podnieść się na nogi.
Upadłby znowu, gdyby w ostatniej chwili Byun-Ra nie podtrzymała go za ramię. Jednym ruchem objęła go w pasie i zarzuciła sobie na ramiona jego rękę.
- Sprawiasz mi dzisiaj same kłopoty! – Starała się wypowiedzieć te słowa z pogardą w głosie, ale nie zabrzmiało to tak chłodno jak chciała. – Znów muszę ci pomagać. Ciekawa jestem jak zamierzasz mi się odwdzięczyć za to?
- Prawda. Jestem twoim dłużnikiem za dzisiejszy dzień i znajdę sposób żeby Ci jakoś wynagrodzić Twoje dzisiejsze zachowanie
. – Próbował odpowiadać tak samo obojętnym tonem jak ona.
Godzinę później, objeżdżając rondo po raz trzeci, Sato myślami dalej błądził wokół dziewczyny, która go uratowała. Kim była naprawdę? Czym się zajmowała? Te pytania zajmowały jego całą uwagę. Z tego letargu ocknął się dopiero w momencie, gdy ujrzał błysk światła i dźwięk klaksonu jadącego z naprzeciwka samochodu, który z minął się z nim na milimetry. Wtedy zdał sobie sprawę, że wjechał z ronda na lewy pas i jedzie pod prąd! Natychmiast zjechał na pobocze. Nie może prowadzić w takim stanie, bo jeszcze doprowadzi do katastrofy – pomyślał. Kiedy zebrał siły, ruszył w dalszą drogę.

Dopiero wchodząc do domu zdał sobie sprawę z tego, która już jest godzina. Dochodziła dziewiętnasta, a na dworze robiło się szarawo. Przekręcając za sobą klucz w zamku, ściągnął bluzę i rzucił ją niedbale na stojąca po lewej stronie kanapę. Spojrzał na mały stolik, na którym stał telefon z automatyczną sekretarką. Małą czerwona lampka błyskała jak szalona. Zerknął na wyświetlacz. Dziesięć nowych wiadomości.
- Szlag by to... – Syknął.
Wiedział, że przyjdzie mu się gęsto tłumaczyć ze swojej całodniowej nieobecności. Ale był dorosły. Miał prawo czasem do własnego życia. Odkąd trafił do agencji nie miewał praktycznie własnego życia.
Wyjął z kieszeni komórkę i włączył ją. Gdy tylko ucichły dźwięki oznajmiające włączanie się urządzenia natychmiast dał się usłyszeć nieprzerwany odgłos stale napływających sms’ów. Nie czekał nawet do momentu aż nadejdą wszystkie wiadomości, tylko rzucił telefon na kanapę obok kurtki i poszedł do łazienki. Jeżeli ma się zmierzyć z tymi wszystkimi ludźmi, a w szczególności z prezesem, któremu na pewno zdążył się już poskarżyć manager musi najpierw wziąć chłodny prysznic.
Przez piętnaście minut stał nieruchomo pod głównym strumieniem wody rozkoszując się uczuciem, jakie dawała w połączeniu z jego obolałym ciałem. Wrócił myślami do bandy, która go napadła i do pięknej dziewczyny, która wybawiła go z opresji. W bajkach zawsze odbywało się to odwrotnie. To rycerz ratował niewiastę. Jednak on nigdy nie uważał się za rycerza... Gdy przed oczyma stanął mu obraz uśmiechniętych ust i bystrych oczu jego ciało zareagowało instynktownie. Wszystkie mięśnie się napięły, a w lędźwiach poczuł pulsujące gorąco. Mógł myśleć, co chciał, ale ciało samo mu mówiło, co myśli o dziewczynie. Uśmiechnął się krzywo w odpowiedzi na reakcję swojego ciała. Choć przychodziło mu to z trudem, zdecydował się nie myśleć już o „tej” kobiecie. Twinkie. O nie zbyt wyraźne reakcje w nim wyzwalała. Była dla niego niebezpieczna.... Z drugiej jednak strony była jedynym pozytywnym aspektem dzisiejszego wypadu. Poza nią nie spotkało go nic dobrego, a co gorsza nie udało mu się odnaleźć tego, czego szukał. Po wyjściu z domu swojej wybawicielki długo jeszcze krążył w kółko, ale jej dom był jedynym żółtym w tej okolicy, a specyficzny budynek obok okazał się zwykłym domem publicznym. Tam na pewno nie mieszkała osoba, której szukał. Najwidoczniej przez te lata coś się pozmieniało. Nie oznacza to jednak, że zaprzestanie poszukiwań anielskiego głosu. Co to, to na pewno nie...

Tłumaczenia się przed managerem, prezesem oraz całą sterta innych ludzi, która miała miliony ważnych spraw do niego akurat dzisiaj, zajęły mu ponad dwie godziny. Gdy wreszcie odłożył słuchawkę, był bardziej wyczerpany niż po solidnym treningu. Jedyne, o czym teraz marzył to ciepłe miękkie łóżeczko i masażysta. Albo masażystka... Taka o ciemnych długich włosach, dużych oczach... Nie, nie, nie... Otrząsnął się z tych myśli. Znów wbrew sobie wracał wyobraźnią do Twinkie. Ciekawe jak ma naprawdę na imię?
- Dość! – Krzyknął i potrząsnął głową, by wyrwać się z tego transu. – Ta dziewczyna jest dla mnie naprawdę niebezpieczna.



Tiiiiiit...!!! – Dźwięk klaksonu rozchodził się po okolicy
- Już idę! - Warknął wściekle przez okno do kierowcy. – Nie dadzą się człowiekowi spokojnie pozbierać... – Mruczał pod nosem zarzucając na ramiona białą marynarkę, po czym wyszedł.
Dojechał na miejsce z lekkim opóźnieniem. Niestety w sobotni wieczór ulicę Seulu niczym nie różniły się od wiecznie zatłoczonych dróg Nowego Yorku. Szybkie przedarcie się przez te korki graniczyło z cudem.
Kierowca zatrzymał samochód przed głównym wejściem, wokół którego tłoczyli się dziennikarze oraz całe rzesze fanów czekających, by choć przez chwilę móc zobaczyć na żywo swoich idoli.
Drzwi się otworzyły. Natychmiast okrążyli go reporterzy, a blaski fleszy utrudniały mu widzenie.
- Znów to samo... – Pomyślał. – Czym ci ludzie się tak ekscytują? – Spojrzał na napierający na barierki tłum. – I jak oni mogą to lubić? – Tym razem jego twarz zwrócona była ku parze znanych sław pozujących do zdjęć.
Gdyby nie przykaz prezesa wydany za karę, za tamten pamiętny dzień z pewnością by się tu nie pojawił. Nienawidził tych głośnych imprez, rozdań nagród i tym podobnych. Takie miejsca przyprawiały go o ból głowy. Jednak tym razem nie miał wyjścia. Dobrze pamiętał rozmowę z prezesem.
- Szefie miałem do załatwienia ważne sprawy, mówiłem o tym managerowi
- Twój manager mówił mi coś zupełnie przeciwnego. Z resztą nieważne. Zniknąłeś na cały dzień do tego nie dało się z Tobą skontaktować! Co ty sobie do diabła wyobrażasz? Ty tutaj pracujesz a nie jesteś na wakacjach. Ja ci nie każę mnie słuchać, ale ciekawy jestem jak sobie poradzisz bez swojej gwiazdorskiej pensji? No słucham?! Widzę, że nie masz mi nic do powiedzenia. Tak też myślałem.
- Szanowny Panie Prezesie...
- Nie podlizuj mi się tu teraz! Lepiej słuchaj! Swoją nieobecnością naraziłeś agencje na pewne straty i chyba nie myślisz, że ujdzie ci to tak łatwo?
- No, nie...
- Chociaż tyle dobrze. W takim razie słuchaj. W przyszłym tygodniu, w sobotę odbywa się koncert charytatywny, w którym nasza agencja zgodziła się pomóc. Wiem, ze nie lubisz takich imprez, dlatego początkowo nie miałem zamiaru cię w to angażować, ale nie dałeś mi wyboru. Dlatego też masz się tam pojawić!
- Ale...
- Nie ma żadnego „ale”! Masz tam być I nie próbuj się wykręcać a jakikolwiek sposób. Nawet gdyby rozpętała się trzecia wojna światowa, choćbyś był jedyną żywa osobą, nawet gdybyś zapadł w śpiączkę to masz zacząć lunatykować i pojawić się na tej imprezie. Rozumiesz?
- Tak, ale...
- Zapytam jeszcze raz. Czy zrozumiałeś, co do ciebie mówiłem?
- Tak...
- W takim razie bardzo się cieszę i mam nadzieję, że twoja osoba przyciągnie i zachęci wielu ludzi do pomocy. A teraz do widzenia. Mam jeszcze mnóstwo pracy właśnie przez takich jak ty...


Z prezesem nie było dyskusji, kiedy już podjął decyzję. I tak też właśnie, w tym momencie zajmuje miejsce przy okrągłym stoliku suto zastawionym samymi rarytasami, mając wokół siebie całe tabuny fałszywie uśmiechających się do siebie ludzi, wśród których co jeden gotów zrobić więcej, na rzecz zlikwidowania konkurencji. Takie imprezy spotkania nie powinny nazywać się imprezami charytatywnymi tylko „starciami tytanów”. Przecież wszyscy wiedzą, że żaden z tych lalusiowatych gwiazdorów, czy też żadna wypindrzona lala nie są tutaj po to by wspomóc zbożny cel, a jedynie po to, by pochwalić się nową kreacją, czy jak to bywa wśród mężczyzn nową „blond zdobyczą”...
Sato rozglądał się dokoła, szukając choć jednej przychylnej twarz. Jednak poza ludźmi z branży, którzy próbowali rzucać w jego stronę krzywe uśmiechy, które miały wyglądać szczerze nie napotkał nikogo, z kim chciałby zamienić choć słówko. Co ja tu robię na boga? – Co rusz zadawał sobie to pytanie.
Po raz wtóry rozejrzał się po wielkiej sali bankietowej, którą ta rzekomo potrzebująca wsparcia finansowego organizacja wynajęła w hotelu „Marriott”. Tym razem jednak coś przyciągnęło jego uwagę. Przy wejściu zauważył lekkie zamieszanie. Zaciekawiło go, kto wzbudził aż takie poruszenie na sali. Przesunął się kilka kroków w stronę okna, by mieć lepszy widok na rozgrywające się przy drzwiach cyrkowe przedstawienie. Gdy przyglądał się tej scenie uznał, że blaski fleszy przypominają mu pewna grę komputerową, w której podczas strzelania z karabinu czy pistoletu również dało się zauważyć takie błyski. Pomyślał, że dobrze by było, gdyby tak choć jedno z tych migających urządzeń zamieniło się w broń. Bezwiednie uśmiechnął się do siebie i złapał w rękę kolejną lampkę szampana ze stojącego obok stolika. Przyłożył kieliszek do ust oglądając spoglądając cały czas w stronę zamieszania. Pociągnął łyk i... prawie się udusił kiedy dostrzegł osobę odpowiedzialną za to całe zamieszanie. Wtedy ona również go zauważyła i dostojnym krokiem ruszyła w jego kierunku.

piątek, 24 grudnia 2010

Merry Christmas



Mimo, że ogromnie nie lubię świąt, a Wigilia jest dla mnie najgorszym dniem roku to wiem, że wiele osób jest całkowicie odmiennego zdania i właśnie tym wszystkim życzę wszystkiego naj, naj, naj, żeby się spełniły wasze wszystkie marzenia!!!

niedziela, 14 listopada 2010

2. Zagubione szczęście

Trochę to trwało, ale mam nadzieję, że warto było czekać :PP
oto kolejny rozdział Zagubionego szczęścia. Już nie przeciągam i życzę miłego czytania.




2.
- Nie, nie, nie i jeszcze raz nie!!!
- Ale nie możesz odmówić! Poza tym ja cię nie pytam czy ty się zgadzasz, tylko informuję cię o tym, co zostało już ustalone.
- Takie rzeczy powinno się ustalać ze mną!
- Nie było sensu pytać cię o zdanie, bo wszyscy wiedzieli, że się nie zgodzisz!
- No to tym bardziej, jak śmieliście ustawić coś takiego za moimi plecami?! Powtórzę to raz jeszcze. Nie będę współpracował z tą nadętą, rozwydrzoną, rozpieszczoną i nadmuchaną lalą! Ona zachowuje się jakby była jakąś pieprzoną księżniczką!
- No bo w końcu nią jest! A nawet nie księżniczką, a królową. Królową sceny i muzyki. A ty jesteś królem. Duet w waszym wykonaniu będzie prawdziwym hitem sezonu, rozumiesz?! Zajmiecie czołowe miejsca na wszystkich listach przebojów!
- Nie zajmiemy!
- Uwierz, że tak będzie!
- Nie będzie, bo ja nie zamierzam wykonywać z Ni-Kyu żadnych duetów czy czegokolwiek innego!
- Czy ty w ogóle słuchasz, co ja do ciebie mówię?! Ni-Kyu to wielka gwiazda i to cud, że zgodziła się pracować dla naszej agencji. A wiesz, z jakiego powodu to zrobiła?! Nie wiesz! To zaraz ci powiem! Umówiła się z prezesem, że będzie pracowała dla naszej agencji tylko pod warunkiem, iż będzie pracowała z tobą baranie jeden!
- Nie obchodzi mnie to, dlaczego ta pusta idiotka u nas się znalazła, ale mnie w to nie mieszajcie!
- A obchodzi cię praca?! Wiesz co się z tobą stanie, gdy prezes dowie się, że to właśnie przez ciebie stracił miliony?!
- Nie wystąpię z nią i koniec! Jeżeli mam już śpiewać w duecie sam znajdę sobie partnerkę!
- Jeżeli znajdziesz kogoś równie dobrego jak Ni-Kyu i prezes się na nią zgodzi to droga wolna. Niestety nie jesteś w stanie tego zrobić!
- To się jeszcze okaże!
– Wyszedł.
- Satoru! Wracaj do cholery! Nie skończyliśmy jeszcze!
Pomimo dźwiękoszczelnych ścian, po korytarzach niosło się echo głośnej wymiany zdań dwojga ludzi. W tym miejscu nie było to nowością. Często zdarzało się, że któryś gwiazdor kłócił się ze swoim managerem. Tym jednak, co wyróżniało tą kłótnię z pośród innych był fakt, iż podniesiony głos należał do Satoru. Osoby uznawanej za najspokojniejszą i najcichszą w całej wytwórni, jak nie w całej agencji „Sparkle”. Zawsze uprzejmy i cichy. Kulturalny, szczery i szczodry do pomocy. Wybitnie wyróżniał się na tle tych wszystkich zadzierających nosa gwiazdeczek. Możliwe, że to ze względu na pochodzenie. Japońskie wychowanie miało wpływ na jego zachowanie. Ulubieniec prezesa potrafił jednak wyciągnąć pazurki, gdy było trzeba, w czym pomagał mu jego całkiem „intrygujący” charakterek. Właśnie ten charakterek i tym razem się ukazał. To właśnie on kazał Sato wyjść z pomieszczenia, nie dokończywszy rozmowy, trzaskając za sobą drzwiami. I to również on zaprowadził go na most, skąd uwielbiał przyglądać się wodzie. Młody mężczyzna stał oparty o barierkę i wpatrywał się w liście płynące z nurtem rzeki. Był wyjątkowo rozdrażniony. Nie lubił kłótni i wrzasków. Jednak nie lubił również, kiedy zmuszano go do robienia rzeczy, których nie chciał. Był wściekły na swojego managera, że ten za jego plecami, próbował go wkręcić w taką akcje. Młody piosenkarz nie miał najmniejszego zamiaru współpracować ze znaną i popularna gwiazdą. Od kiedy poznał ją kilka lat temu, nie miał o niej dobrego zdania. Uważał ją za pustą, płytką i fałszywą zdzirę. Niestety los chciał, iż ona miała o nim wręcz przeciwną opinię i na wszelakie sposoby próbowała się do niego zbliżyć. Tak jak i tym razem. Wykorzystała słabość prezesa do jej osoby, by móc współpracować z Satoru.
Chłopak potrząsnął głową, by pozbyć się tych wszystkich myśli. W końcu przyszedł w to miejsce by oczyścić umysł, a nie dalej przeżywać wynikłą sytuację. Dziękował w myślach Bogu, że nikt nie zna tego miejsca, iż nikt nie wie, że to właśnie tu znika, gdy potrzebuje czasu dla siebie. To była jego mała tajemnica.
Podczas rozkoszowania się szumem wody oraz śpiewem ptaków, jak przez mgłę zaczęły dochodzić do niego jeszcze jakieś dźwięki. Wytężył słuch skupiając się właśnie na nich. Nasłuchiwał przez kilka minut, aż uświadomił sobie, że to kobiecy głos, do tego o pięknej barwie, dolatujący z dołu. Słuchając dalej rzadko słyszanej, jednak znanej mu melodii zaczął nucić, a następnie głośno śpiewać równo z osobą wydającą z siebie te cudne dźwięki. Śpiewał coraz głośniej zatracając się w melodii jak to miał w zwyczaju, aż w pewnym momencie nie zauważył nawet, że głos dochodzący spod mostu ucichł. Gdy sam skończył ostatnią zwrotkę coś mu nie pasowało. Zaczął nasłuchiwać i nic... No właśnie cisza...
- Hallo!!! Ty, tam dole! Odezwij się! Jak się nazywasz?! – Odpowiedziało mu jedynie echo. – Hallo! – Dalej nic.
Chcąc poznać osobę, do której należał dalej dźwięczący mu w uszach głos, Sato zszedł czym prędzej na dół. Niestety. Nie zastał tam już nikogo. Właścicielka pięknego głosu musiała już odejść. Chłopak rozejrzał się dokładnie, jednak nie znalazł niczego, co zaprowadziłoby go do osoby, którą słyszał.
Wracając do wytwórni, cały czas myślał o głosie, który słyszał. Był wielce ciekawy, do kogo on należy. Postanowił, że za wszelką cenę odnajdzie dziewczynę spod mostu. Wracał w to miejsce w każdej wolnej chwili, jednak wciąż nie było mu dane jej poznać.



Głośny śpiew zawsze ją odprężał. Pod warunkiem jednak, iż była całkiem sama. Nigdy nie odważyła się pokazać przed kimś swoich zdolności. Doskonale wiedziała, że w tym świecie wszystko, czy to jej zaleta czy wada, może zostać wykorzystane przeciwko niej samej. Tutaj na szczęście, nie musiała się powstrzymywać. To było jej miejsce, tylko jej... Przed nią jedynie woda, za nią łąki, a nad jej głową betonowa konstrukcja zagłuszająca jej głos i niepozwalająca, by ktoś niepowołany ją usłyszał. A myśl o tym podniosła głos jeszcze o kilka decybeli.
Po chwili zaczęło jej się wydawać, iż nie jest sama. Miała wrażenie, jakby ktoś z bliska się jej przysłuchiwał. Jednakże uznała, iż to tylko wyobraźnia płata jej figle. Śpiewała dalej, do momentu aż usłyszała czyjś głos równocześnie ze swoim. Pomyślała, że to już nie może być jej wyobraźnia. Ktoś faktycznie słuchał jej, a teraz do tego się przyłączył. Zamilkła i zaczęła dalej nasłuchiwać. Skądś znała ten głos, ale skąd? Nie potrafiła przypisać do nikogo wśród znajomych. Nikt nie miał tak pięknego głosu. Melodyjny śpiew, nieproszonej osoby działał na nią uspokajająco. Zmrużyła oczy...
- Opanuj się! To ktoś obcy, nie wiadomo, czego chce od ciebie! – Jej instynkt samozachowawczy odezwał się momentalnie.
Rozejrzała się w około – nikogo nie było. Głos nadal płynął z góry. Jakby anielskie chóry dla niej z nieba śpiewały. Uśmiechnęła się do siebie.
- Żegnaj aniołku – zwróciła się ku osobie wtórującej jej śpiewem, a następnie wróciła do „domu”.

Po upływie około trzech miesięcy, Wanabe Satoru powoli tracił nadzieję, że uda mu się jeszcze spotkać dziewczynę o niebiańskim głosie. Pomimo faktu, iż bywał w miejscu ich pierwszego spotkania niemal codziennie i spędzał tam długie godziny, nie udało mu się spotkać dziewczyny.
Twinkie natomiast, coraz rzadziej odwiedzała swoją pustelnie. Za każdym kolejnym razem, gdy wracała w „swoje” miejsce, rozglądała się i nasłuchiwała, czy nie pojawił się również mężczyzna z mostu. Na szczęście nie trafiała na niego. Powinna być z tego powodu zadowolona, jednak wcale nie czuła radości. W głębi swego serca, chciała jeszcze raz spotkać nieznajomego o pięknym, ciepłym glosie. Natomiast z drugiej strony, nie wiedziała kim on jest, dlatego też jakiś wewnętrzny głos kazał jej uważać. Dobrze wiedziała, że powinna posłuchać tego głosu. Tak też pod mostem bywała sporadycznie.
Życie tych dwojga zaczynało na powrót płynąć swoim dawnym biegiem. Sato coraz rzadziej bywał nad rzeką, a Byun-Ra nie robiła tego prawie wcale. Fakt, że Satoru nie pokazywał się już w okolicach mostu nie oznaczał, że zapomniał on o anielskim glosie nieznajomej. Czasem, podczas przerw w pracy lubił sobie nucić, usłyszaną tamtego dnia piosenkę. Sam nawet przyłapał się na tym, że polubił melodie, którą niegdyś uważał za strasznie prowincjonalną.
Pewnego popołudnia podczas przerwy w czasie sesji zdjęciowej do magazynu „Gwiazdy przed obiektywem” Satoru jak zwykle podśpiewywał sobie. Za jego plecami, asystenci oraz wizażysta pracowali w pocie czoła, by przygotować jego rzeczy do kolejnych ujęć. W pewnym momencie, Sato zdał sobie sprawę, że ktoś stojący obok mu się przysłuchuje. Wyczuł to jakoś instynktownie, otworzył oczy i obrócił się w jego stronę. Okazało się, iż to jeden z nowych asystentów mu się przygląda.
- Stało się coś? – Zapytał chłopaka.
- Ekhm... Wiem, że to nie moja sprawa, ale skąd pan zna tę melodie? – Zapytał nieśmiało.
- Jaką melodię?
- Tą, którą pan właśnie nucił.

Satoru zdziwiło lekko to pytanie, jednak z drugiej strony nie widział przeszkód by odpowiedzieć.
- Usłyszałem to jakiś czas temu i tak jakoś wpadło mi w ucho. A dlaczego pytasz? – Zapytał autentycznie zaciekawiony.
- To stara piosenka, niewiele osób ją zna, a przynajmniej nie na tyle by zaśpiewać kilka zwrotek. W Seulu nie znam chyba nikogo poza nami, kto znałby tę melodię. Albo właściwie nie... Jak tak teraz o tym myślę, to jest ktoś jeszcze.
Oczy Sato powiększyły się. Czyżby? Nie to niemożliwe by mówił o niej. Ale, może jednak...
- A kto jeszcze zna tę piosenkę?
- Tak szczerze mówiąc to nie wiem. Nie znam tej osoby. Po prostu pewnego dnia, gdy odwiedzałem znajomego w „Czarnej strefie” słyszałem jak jakaś dziewczyna to śpiewa. Nie widziałem jej jednak dokładnie. Stała w podwórzu, kilka domów dalej, ale słyszałem to wyraźnie. Do tego jej głos...
- Co z jej głosem?
– To zdanie prawie wykrzyczał z podekscytowania.
- Miała niesamowity głos. Nie zapomnę go do końca życia. Jak, jak...
- Jakby śpiewały anielskie chóry?
- Dokładnie! Skąd pan wiedział?

Na to pytanie Satoru uśmiechnął się jedynie pod nosem. On wiedział i nikt inny nie musiał.
- A dawno to było?
- Jakoś w zeszłym roku, ale tak jak mówię nie pamiętam dokładnie.
- Hmmm... Mam do Ciebie prośbę. Jak możesz przyjdź po zdjęciach do mojej garderoby. Mam parę pytań jeszcze.

Satoru był niesamowicie zadowolony. Nie przypuszczał, że ten dzień będzie dla niego tak owocny. Postanowił zaraz z samego rana udać się do tzw. Czarnej strefy. W końcu rok, to nie znów tak dawno. Chociaż z drugiej strony, w ciągu roku może się zdarzyć bardzo wiele. Trzeba jednak być dobrej myśli. Do tego – biedna dzielnica. Jeżeli właścicielka tego cudownego głosu jest biedna, łatwiej będzie ją namówić do współpracy. Pieniądze czynią cuda...
Przez resztę dnia, Sato był wyjątkowo podekscytowany. Wierzył, że usłyszana przez Boby’ego dziewczyna, to ta sama osoba, której on szuka. Domysły te sprawiły, że jego oczy pozostały otwarte do białego rana. Czego skutkiem, jak można się domyślić, była długa, bezsenna noc. Kiedy wskazówki na zegarze wskazały godzinę dziewiątą Satoru zerwał się z łóżka. Przeszedł do łazienki by wziąć kąpiel, mając nadzieję, że ta w jakiś cudowny sposób zastąpi mu stracone godziny snu i doda energii. Zaraz po wyjściu spod prysznica, jeszcze w ręczniku oplatającym biodra zadzwonił do managera Wo Bin’a.
- Wo Bin, słucham?
- To ja – Sato. Jeżeli mam dzisiaj jakieś zajęcia to je odwołaj.
- Jak to?
- Wypadła mi dzisiaj bardzo ważna sprawa i nie będzie mnie cały dzień.
- Czyś ty do reszty zwariował? Co ty znowu kombinujesz? Ni-Kyu przyjeżdża dzisiaj do naszej agencji, musisz się z nią spotkać...
- Co do Ni-kyu sprawa jest zamknięta. Zdania nie zmieniłem i nie zamierzam z nią pracować! Koniec tematu! Do usłyszenia...
- Hallo? Hallo! Satoru!

Jednym ruchem ręki wyciągnął baterię i rzucił telefon na łóżko. Nie miał zamiaru wysłuchiwać kolejnej tyrady na temat korzyści wypływającej ze współpracy z „Królową sceny”. Dzisiejszego dnia miał ważniejsze sprawy do załatwienia. Musiał znaleźć i namówić do współpracy nowa Królowa sceny, niezależnie od ceny jaką będzie musiał ponieść.
Chwilę później był już gotowy do wyjścia. Ubrany „jak najnormalniej” w jeansy, t-shirt i rozpinaną bluzę z kapturem złapał w rękę kluczyki z samochodu i wyszedł. Do Czarnej strefy miał kawałek... Znajdowała się ona praktycznie na drugim końcu miasta, patrząc z perspektywy miejsca jego zamieszkania. Dojazd nie był łatwy. Mimo, że jego nowa, niebieska Mazda 6 rozwija niezłe prędkości, korki w centrum nie dawały mu szans na jej rozwinięcie. Stojąc kolejne minuty zaczynał żałować, iż nie wybrał jednak dłuższej, za to stanowczo rzadziej uczęszczanej. Po prawie dwóch godzinach męczeńskiej podróży dotarł na obrzeża Czarnej strefy Seulu. Im dalej zapuszczał się w głąb, tym większą różnicę dostrzegał między wyglądem tego miejsca a okolicy, w której sam mieszkał. Już po minięciu zaledwie dwóch przecznic, jego oczom ukazały się odrapane, stare budynki, zaśmiecone ulice z poprzewracanymi kubłami na śmieci. Grupki ludzi, najczęściej półprzytomni, całkowicie zalani już z samego rana pijacy, ale również biedne kobiety zostawione przez mężów alkoholików czy młodzież, na której nikomu nie zależy, spoglądali badawczym, podejrzliwym wzrokiem, na jakże wyróżniający się w tym otoczeniu samochód. Takie rzeczy większość z nich miała okazje zobaczyć jedynie na bilbordach reklamowych zawieszanych bliżej centrum. Satoru szybko zrozumiał, że wjazd w tą okolicę nie był dobrym pomysłem, na najbliższym możliwym skrzyżowaniu zawrócił, by zaparkować w jakimś bezpiecznym miejscu, a następnie piechotą udać się w stronę, gdzie Boby spotkał śpiewająca dziewczynę. „Na piątej alei jest jeden bardzo specyficzny budynek. Kiedy tam pan dojdzie na pewno go zauważy. Zaraz obok niego znajduje się niski dom o żółtych ścianach, otoczony wysokim, drewnianym płotem i to właśnie tam na podwórku słyszałem wtedy tę dziewczynę. To biedna okolica i ludzie rzadko zmieniają miejsce zamieszkania, dlatego myślę, że powinien pan ja tam znaleźć.” Zgodnie ze słowami Boby’ego, Sato udał się na piątą aleję, odnaleźć żółty budynek i jego mieszkańców, a właściwie głównie jedną mieszkankę.
Długo nie szukał specyficznego budynku. Gdy dotarł do skrzyżowania dwóch przecznic, był trochę zdezorientowany. Bał się, że zgubił drogę. Spojrzał najpierw w lewo, ale nic nie przyciągnęło jego uwagi. Odwrócił się w prawo i w oddali zauważył coś dziwnego. Ruszył w tamtą stronę, by z bliska przyjrzeć się wyróżniającemu się obiektowi. Już po kilku krokach zdał sobie sprawę, iż znalazł to, czego szukał. Dziwny, wysoki jak na tę okolicę, jaskrawo-czerwony budynek, a zaraz obok niziutki żółty domek. Zadowolony z siebie, pewnym krokiem ruszył w stronę budowli.
Do celu zostało mu już zaledwie kilkanaście metrów, nagle poczuł przeszywający ból głowy, który prawie zwalił go z nóg. Gdy odzyskał równowagę, zaskoczony odwrócił się. W tym samym momencie zobaczył, cos lecącego w jego kierunku. Niestety nie zdążył zrobić uniku i kamień trafił go dokładnie w czoło, powalając tym samym na ziemię. Przed oczyma zrobiło mu się ciemno. Gdy otworzył oczy, stało nad nim kilku chłystków, z czego dwóch przeszukiwało mu właśnie kieszenie. Momentalnie szarpnął się, jednak czyjaś silna ręka przycisnęła go z powrotem do ziemi.
- Co jest?! – Wycharczał chyba bardziej do siebie niż swoich napastników.
- Leż spokojnie to stracisz tylko portfel, a rusz się kurwa jeszcze raz, to Mały – tu wskazał na przerośniętego obdartusa – sprawi, że więcej się już nie ruszysz! Zrozumiałeś?!
- Zachciało się lalusiowi spacerów po naszej dzielnicy, to ma.
– Odezwał się drugi zadowolony z siebie, stojący kilka kroków dalej.
Chociaż ciało nie chciało pogodzić się z tą sytuacją, rozum podpowiadał mu, żeby lepiej ich posłuchał. I, że raczej nie żartują.
Kiedy Satoru już prawie pogodził się ze stratą portfela, dokumentów, komórki i kluczyków do swojego nowego samochodu (co przyszło mu chyba najtrudniej), półprzytomny i wciąż przygniatany do ziemi przez jednego z osiłków, usłyszał kobiecy głos.
- Debile puśćcie go! – Krzyczała jakaś dziewczyna. – A jeżeli to był nasz klient?! Odbiło wam do reszty!
- Daj spokój mała i spadaj do siebie!
– Warknął jeden z bandy, prawdopodobnie ich przywódca.
- Wiecie co się stanie jak Charli się dowie, że znów kręcicie się koło jego interesu i odstraszacie klientów?!
- A co on może nam zrobić?! –
Zapytał jeden z nich z szyderczym uśmieszkiem na ustach. – Kotku, lepiej zamiast trzymać się tego starucha, przyłączyłabyś się do mnie. Na pewno o wiele mniej byś pracowała. A właściwie, zajmować musiałabyś się tylko mną. Co ty na to kochanie?
Dziewczyna, której Sato nie widział zbyt dokładnie, ponieważ zasłaniał mu ją przerośnięty mięśniak, spokojnym krokiem podeszła do chłopaka składającego jej propozycję.
- Hmmm... Sama nie wiem. Naprawdę myślisz Biku, że jesteś lepszy od Charli’ego? Wiesz... on pomimo wieku jest jeszcze całkiem sprawny. A ty... – Unosząc brwi rzebiegła wzrokiem po sylwetce swojego rozmówcy. – Wcale nie wyglądasz na takiego ogiera. – Dodała z ironicznym uśmiechem na ustach.
- Uuuu... – Rozległo się wokół, w odpowiedzi na odważną ripostę dziewczyny.
- To może zaraz ci to udowodnię?! – Zapytał, coraz bardziej wściekły, że daje się upokarzać jakiejś pannicy na oczach kumpli.
- A czemu by nie? – Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
Twinkie nie wiedziała, co robi i dlaczego. Kierował nią jakiś impuls, by pomóc chłopakowi leżącemu na chodniku. Normalnie nie przejmowała się cudzymi sprawami i unikała takich sytuacji. Tym razem jednak jakiś wewnętrzny głos kazał jej zainterweniować. Podeszła do zaskoczonego, ale jednocześnie zdecydowanie zbyt pewnego siebie przywódcy bandy. Zarzuciła mu jedną rękę na szyję i przyciągając go do siebie namiętnie pocałowała. Po kilku sekundach przerwała pocałunek.
- Nadal jesteś pewny, że dasz sobie radę? – Zapytała chłopaka.
- Możesz być pewna. – Odpowiedział półprzytomnie z oczyma przesłoniętymi pożądaniem.
Dziewczyna kolejny raz uniosła usta do pocałunku. Kiedy ich wargi już prawie się zetknęły, z całej siły uderzyła napaleńca kolanem w krocze tak, że ten padł zwijając się z bólu
- Myślę, że teraz już nie podołasz. – Posłała mu kpiący uśmiech.
Gdy reszta zauważyła, co się dzieje, wszyscy natychmiast rzucili się w stronę Twinkie. Ta przeczuwając ich posunięcie, szybko wyjęła zza paska z tyłu pistolet. Odbezpieczając go jednym płynnym ruchem wycelowała w bandę zmierzająca w jej stronę.
- Jeszcze krok, a przekonacie się, że pogłoski o moich zdolnościach strzeleckich nie były tylko plotkami!
Wszyscy stanęli jak wryci.
- Zbierajcie z ziemi tego niedorajdę i znikajcie stąd zanim nie nabiorę ochoty na strzelanie do ruchomego celu! – Wrzasnęła.
Sato sam zaczynał się bać. Jednak z drugiej strony był pod wielkim wrażeniem przebiegłości i odwagi tej interesującej istotki. Gdy mężczyźni, którzy go zaatakowali zaczęli się zbierać poszkodowanego z ziemi uznał, że teraz może już wstać. Kiedy spróbował unieść się do pozycji siedzącej, jego czaszkę przeszedł przeszywający ból, po czym poleciał do tyłu po raz kolejny uderzając głową o ziemię. Przed oczyma zamajaczyła mu zbliżająca się postać pięknej kobiety z bronią w ręku, która zniknęła nagle w ciemności.