Gościu! Jeżeli coś przeczytasz to skomentuj. Lubię wiedzieć, że ktoś mnie odwiedza :D

sobota, 28 sierpnia 2010

5. Junkosiowy szał - Ona

Junkosiowy szał
5. Ona
   Od momentu przebudzenia, wizje wczorajszego wieczoru nie pozwalały mi jasno myśleć. Cały czas miałam przed oczyma, wydarzenia z parku. Godziny mijały a ja nie otrząsałam się z letargu. Dzień upływał mi na bujaniu w obłokach i sprawdzaniu maila. Moje stany psychiczne potrafiły przejść od euforii do rozpaczy w czasie paru sekund, gdy okazywało się, że na moim koncie nie pojawiła się żadna nowa wiadomość. Na szczęście po chwili dobry humor znów wracał i mogłam ponownie zamknąć się w świecie wspomnień.
Minął dzień, a ja pomimo tego, że pierwsza i największa fala radości już minęła, wciąż nie potrafiłam się skupić na normalnym funkcjonowaniu, nawet moja rodzina zaczęła mi się dokładniej przyglądać. W pewnym momencie, podczas kolejnej chwili zatracenia się w świecie marzeń, do rzeczywistości przywrócił mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie mając większej ochoty na odbieranie, co wiązałoby się z poruszeniem z miejsca, czekałam aż ktoś inny ruszy swój tyłek. Niestety, wyglądało na to, iż rodzinka też nie miała w planach podnoszenia słuchawki, tak też w końcu sama ruszyłam w kierunku hałasującego aparatu.
- Hallo?! – Odezwałam się po podniesieniu słuchawki.
- Hallo, można prosić do telefonu Patrycję?
- Przy telefonie, słucham.
- Aaa... Pati to ty, nie poznałam cię po głosie. Tutaj Karola...
– Właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, jaki błąd popełniłam odbierając ten telefon. Wiedziałam, że w końcu zadzwoni. To było nieuniknione, ale ja nie miałam w tamtym momencie sił, ani ochoty na tłumaczenie się, gdzie zniknęłam poprzedniego wieczoru. Podczas gdy ja kombinowałam jak tu wykręcić się z tej rozmowy, Karolina ciągnęła dalej, jeden ze swoich słynnych monologów.

- Jestem pewna, że wiesz, po co dzwonię. Musisz mi wyjaśnić, gdzie się wczoraj straciłaś. – A nie mówiłam? - Byłaś i nagle się rozpłynęłaś. Szukałam cię po całym pubie i dopiero kiedy zauważyłam, że nie ma twojej torebki zrozumiałam, iż pewnie poszłaś do domu. Nie martw się, rozumiem cię całkowicie. To oczywiste, że byłaś zmęczona po podróży, że też nie pomyślałam o tym od razu. Trzeba mi było powiedzieć, kiedy się umawiałyśmy. Zrozumiałabym... – Aha, na pewno. Jeśliby chociaż do słowa mnie dopuściła, ale nie mogę być na nią zła, w końcu w pewnym sensie dzięki niej przeżyłam cudowne chwile. – Oh... Mam nadzieję, że dotarłaś cało do domu i nie przytrafiły ci się żadne nieprzewidziane sytuacje – o i to jakie? Gdybyś wiedziała... – No nic, ważne, że dotarłaś do domu. Jednak chciałam cię zapytać o jeszcze jedną sprawę. Chodzi mi o tego przystojniaka, który przyszedł z tobą wczoraj, Juna.Wczoraj też gdzieś nagle zniknął. Może byliście razem, co? Heh, żartuję tylko. Przecież to nie twój chłopak czy ktoś taki. – Wiedziałam, że do tego dojdzie. Chwila, moment! Juna?! –
- Jasne... – Wrrr... Mam dzisiaj jakąś dziwnie nieodpartą chęć, by ją udusić
- W takim razie miałabym prośbę, mogłabyś mi powiedzieć coś więcej na jego temat? Bo on sam nie był wczoraj zbyt rozmowny, jedyne co udało mi się wyciągnąć z niego to to, że nazywa się Jun – No i tu się mylisz moja droga, nawet tego do końca nie wyciągnęłaś. – Dlatego też, pomyślałam, że skoro się znacie to pewnie wiesz o nim co nieco. A muszę przyznać, iż Jun naprawdę mi się spodobał, no ale on taki małomówny, pewnie wstydliwy, dlatego uznałam, że dobrze będzie pozyskać parę informacji na jego temat od ciebie. No sama wiesz. Kiedy ma urodziny, czy ma rodzeństwo, jego numer telefonu, no i najważniejsze, czy ma dziewczynę? No powiedz, proszę cię.
- Wiesz Karolciu...
– Normalnie mam taki silny charakter, dlaczego akurat w tego typu sprawach musi on być odchylony od normy? Czemu do diaska, nie potrafię powiedzieć przyjaciółce, że chłopak, którym się interesuje jest mój i nie zamierzam go nikomu oddawać? – Szczerze mówiąc sama zbyt dobrze nie znam eee... JUNA, znamy się głównie z widzenia, więc niewiele mogę ci pomóc.
- Wielka szkoda! Tak liczyłam, że od ciebie uda mi się czegoś dowiedzieć. No nic, tak czy inaczej mam nadzieję, iż się wkrótce znów spotkamy i najwyżej sama wyciągnę z niego te informacje, a znajdą się na to już odpowiednie sposoby, sama rozumiesz
– W tym momencie nad głową zapalił mi się ogromny neon z napisem „Wara od niego”, szkoda tylko, że Karolina nie mogła go zobaczyć.

- Pewnie dasz radę – odpowiedziałam tylko głupia...
Miałam ochotę jak najszybciej skończyć tę rozmowę, najwidoczniej jednak nie było mi to dane.
- Tak w ogóle, właśnie mi się przypomniało, że wczoraj nie miałyśmy okazji pogadać o twoich wakacjach, a nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłam, kiedy cię nie było. Zaraz musimy sobie urządzić jakieś babskie pogaduchy. Spotykamy się u ciebie czy u mnie? – Nie zdążyłam się jeszcze odezwać a już... – Faktycznie głupie pytanie, najlepiej u mnie. U ciebie pewnie cała rodzinka w domu, to tylko by nam przeszkadzali. U mnie rodzice jeszcze nie wrócili z wakacji, także będziemy miały spokój. W takim razie czekam na ciebie. Pa – i się rozłączyła.
Stałam osłupiała ze słuchawką w dalszym ciągu przyłożoną do ucha, zastanawiając się nie po raz pierwszy, skąd ja wytrzasnęłam taką przyjaciółkę i jak to możliwe, że przyjaźnimy się już od ponad 10 lat? Trzeba jej jednak przyznać to, że zawsze mogę na niej polegać i nie raz już pomogła mi wydostać się z różnych opresji. Nie miałam wyjścia, jeżeli nie chciałam urazić Karolci, musiałam się zebrać i pójść do niej. Miałam tylko nadzieję, iż nie będzie już dzisiaj poruszać tematu Junkiego, bo wolałabym w końcu nie wybuchnąć i nie skrzywdzić jej.
Przebrałam się z moich domowych łachmanów w coś, w czym można się pokazać na ulicy, wyjęłam z szafy ulubioną torbę, wrzuciłam do niej portfel, gumy do żucia i pożyczony chwilowo od mamy telefon komórkowy (w razie co, a ona i tak rzadko z niego korzysta), wzięłam do ręki smycz, zawołałam psa oraz krzyknęłam, że wychodzę i postaram się nie być za późno. Ruszyłam w kierunku domu Karoli.  Przyjaciółka, dobrze mnie znając, wyczekiwała już w oknie. Gdy tylko zbliżyłam się do ogrodzenia, ta machała mi, o mało co nie wybijając szyby rękoma. Moja kochana wariatka - pomyślałam.
Kiedy weszłam do domu Karoliny, jak zwykle poraził mnie widok wnętrza. Za każdym razem, gdy tu przychodziłam, miałam wrażenie, jakbym znajdowała się w muzeum. Na ścianach drogocenne obrazy, na stolikach inne dzieła sztuki, dom urządzony w jasnych kolorach, gdzie każdy przedmiot miał swoje stałe miejsce, wyposażenie z najwyższej półki. Nie wiem jak tutaj uchował się charakter mojej szalonej znajomej. Dzięki Bogu, że jej pokój jest całkowitym przeciwieństwem całej reszty domu. Tylko u niej czuję się swobodnie. Kiedy tam wchodziłyśmy, zauważyłam, iż nic od lat się nie zmieniło. Łóżko nie zasłane, pościel jak zwykle w jakieś niezidentyfikowane, kolorowe wzorki, pod oknem, moje ulubione, wielkie pufy, na półkach wystawa maskotek przeplatająca się z naszymi zdjęciami w kolorowych ramkach. No może tylko na kilku półkach doszło trochę książek. Od razu rzuciłam się w stronę ukochanego, niebieskiego siedziska i poczułam się jak u siebie. To było nasze stałe miejsce do rozmów... 2 pufy, moja niebieska w żółte łatki, a jej żółta w niebieskie. Mimo czasem trudnego do zniesienia charakteru Karolci, właśnie uświadomiłam sobie, że tego mi było trzeba. Tego miejsca i tej osoby naprzeciw. Żałowałam tylko, że nie mogę opowiedzieć jej o ostatnich wydarzeniach na lotnisku, a następnie w parku. Jednak wiązałoby się to ze zdradzeniem całej prawdy o Junkim, a pomimo mego zaufania do przyjaciółki nie chciałam tego robić.
Zostało więc planowane opowiadanie co ciekawszych anegdot z mojego pobytu u ciotki w Niemczech. Po jakimś czasie, ze świata plotek, wyrwało mnie skomlenie psa. Całkiem zapomniałam, że wzięłam go ze sobą. Spojrzałam na zegarek i faktycznie była już 23:00. Pies potrzebował wyjść, z reszta ja też, w końcu mówiłam, że nie będę zbyt późno. Pożegnałam się z Karolą, co nie było zbyt łatwe oczywiście i wyszłam.
Wracając do domu uznałam, że pójdę dłuższą drogą, by pies się wybiegał. Dłuższa droga oznaczała około pół godziny spaceru, zamiast 10 minut. Szłam wolnym tempem, bez pośpiechu, obserwując pojedynczych ludzi spieszących się do domów. W pewnym momencie moje spojrzenie przykuła pewna para, stojąca na rogu ulicy. W pierwszym momencie dziewczyna skojarzyła mi się z Magdą - dziewczyną mojego brata, chłopaka nie widziałam dobrze, ponieważ stał tyłem, jednak zdecydowanie nie przypominał Daniela. Idąc cały czas w ich kierunku, coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, iż to jest Magda, tylko co ona by tutaj robiła o tej godzinie i to z obcym facetem. Do tego chłopak nie przypominał żadnego z jej braci, miał całkowicie inna budowę ciała i fryzurę, jednak skądś go znałam, byłam pewna... Szłam tak dalej, dopiero kiedy znalazłam się kilka metrów od nich, magdopodobna dziewczyna mnie zauważyła i zdaje się, że momentalnie lekko zbladła. Wtedy nie miałam już wątpliwości co do tego, iż jest ona tym kim przypuszczałam.
- Cześć – powiedziała zmieszana.
Cały czas jednak zastanawiało mnie, kim jest jej towarzysz? Wiem, że ponoć rozstała się z moim bratem, ale mogła poczekać, chociaż kilka dni nim przygrucha sobie nowego fagasaaaaa... W tym momencie chłopak odwrócił się i doznałam szoku...
- Junki! – Krzyknęłam.
- Pati?! A co ty tutaj robisz? – Co ja tutaj robię? – Pomyślałam. O to, to chyba ja powinnam zapytać. - Widzę, że znacie się z Madzią – Madzią?! Wrrr... – Ona jest modelką, która będzie ze mną współpracowała przy sesji.
Wiedziałam, ze małolata dorabia sobie jako modelka, ale dlaczego musi akurat współpracować z nim?! Chyba ją powieszę, albo lepiej... Wydłubię jej oczy... Wybory mojego brata, to nie mój biznes, ale Junkiego ci nie oddam wiedźmo. Wychodzi na to, że dobrze robiłam, od zawsze nie mając do niej zaufania...
- Pati, a skąd wy się z Junkosiem znacie?! – Ehe... ehe... Że jak ona powiedziała?! Z Junkosiem? Przysięgam, że zginie w ciężkich mękach! Nie no a teraz się jeszcze na moich oczach kleić do niego będzie. Puszczaj jego ramie szmato jedna!!!
- Tak wyszło, że się znamy... – Skoro on nie ma zamiaru nic więcej powiedzieć, to ja też po sobie nie pokaże jakiejkolwiek zazdrości, ale... – Ale co wy robicie o tej porze w środku miasta?
- Zwinęliśmy się szybciej z wieczorku zapoznawczego dla ekipy. Nudnawo tam jakoś było, woleliśmy pospacerować. Prawda, Junkoś? – O nie, dłużej nie wytrzymam tego, czy ta dziewucha robi to specjalnie?! Od zawsze mnie drażniła swoją pewnością siebie. Do tego, braku prezencji to jej zarzucić nie można: młoda, zgrabna, o dość ciemnej karnacji, z długimi, falującymi włosami... Jak przy takiej w kompleksy nie wpaść. Kiedy była z moim bratem to nie miałam powodów do zazdrości, ale kiedy widzę ją z moim wymarzonym facetem to niepewność zżera moje, wszystkie wnętrzności. Tak poza tym, dlaczego Junki nic nie mówi, nie zamierza mi w żaden sposób wyjaśnić tej sytuacji? Wczoraj mnie całował, a dzisiaj praktycznie ignoruje?! Dobrze, niech tak będzie. Pokażę mu, że ja też tak potrafię.
- W takim razie ja już pójdę, nie chcę wam zakłócać tych miłych chwil (zaakcentowałam) – powiedziałam z uśmiechem na ustach – też muszę już lecieć, do zobaczenia. – Ruszyłam szybkim krokiem przed siebie. Kiedy mijałam Junki’ego miałam wrażenie jakby był lekko zaskoczony, jednak pewnie tylko mi się zdawało.
Drogę do domu prawie przebiegłam, chciało mi się ryczeć. Pomimo tego, że nie przyłapałam ich przecież na niczym niestosownym, to zbyt dobrze znałam Magdę. Widziałam jej wzrok, kiedy na niego zerkała... Ona była nim zainteresowana i to nie przelotnie. Byłam załamana... Przecież to z góry przegrana walka, jak mam walczyć z kimś, kto wygląda tak jak ona?
Kiedy weszłam do domu, na nic już nie miałam ochoty. Odruchowo włączyłam komputer by sprawdzić pocztę, a następnie miałam zamiar się po prostu położyć i zasnąć.
Kiedy zalogowałam się na swoje konto, zauważyłam 5 nowych maili. Pewnie znów jakiś spam – pomyślałam.
1.    Otwórz darmowe konto bankowe... ble ble ble...
2.    Wygrałeś wycieczkę... – jasne...
3.    Wakacje! Chorwacja za połowę ceny... – jak będzie za darmo to wyjadę...
4.    Ubezpieczenie OC... – daliby już spokój!
Usuń, usuń, usuń, usuń i ...
Ostatni byłam gotowa od razu usunąć, jednak w ostatnim momencie moją uwagę zwróciły jakieś „krzaczki” w tytule... Otwieram – zdecydowałam.

Odbiorca: pati@mail.com
Nadawca: aprilboy@mail.com   Temat: „This is me 그게 나야
 “Cześć Pati,
Obiecałem się odezwać, dlatego też piszę w pierwszej wolnej chwili. Przepraszam, że tak późno, ale wcześniej nie miałem nawet minuty wolnego. Teraz właściwie też się spieszę, ponieważ idziemy całą ekipą na piwo, by się lepiej poznać.
Zapisz sobie mój adres mailowy. Poza tym, chciałbym Ci coś dać, kiedy uda nam się spotkać.
Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru
Lee jun Ki 이준기”
Dlatego był taki dziwny. Pewnie myślał, że przeczytałam wcześniej tego maila i głupio się czuł, że nic dla mnie nie ma... Moje słoneczko kochane. Powinien wiedzieć, ze ja nic od niego nie chcę, poza samą jego obecnością. Jak to teraz rozwiązać? Po co tak się unosiłam, przecież oni naprawdę nic nie robili, a ja zaraz musiałam się wściekać... Głupia, głupia, głupia...
Wiedziałam, że teraz nie mam nawet, co marzyć o zaśnięciu, uznałam, że dobrze mi zrobi kolejny spacer dla wyciszenia buzujących we mnie emocji. Noc była chłodna, ale przyjemnie się szło. Bezwiednie skierowałam się w stronę miejsca ostatniego spotkania z Junkim i ex mojego brata. Pomimo tego, że dawałam sobie sprawę, iż na pewno nie stoją tam dalej, czułam lekkie rozczarowanie, gdy nie znalazłam wyżej wymienionej dwójki w tamtym miejscu. Odetchnęłam głęboko i poszłam dalej. Daleko na przedzie, jawiła mi się jakaś para.
- Nie no oczywiście, że to nie oni. Co mieliby tu jeszcze robić? – Zapytałam samą siebie.
Gdy byłam już dostatecznie blisko, by rozpoznać sylwetki ludzi stojących kilkanaście metrów przede mną, stanęłam jak wmurowana. To byli oni! Stali przodem do siebie, a Junki prawdopodobnie coś do niej mówił. Nie miałam odwagi by podejść bliżej. Po krótkiej chwili, poczułam na sobie wzrok Magdy, uśmiechnęła się parszywie, jak to tylko ona potrafi, odwróciła wzrok na Junkosia i... Nie wierzę! Pocałowała go!!!
Dalej, nie jestem pewna co się stało, do oczu napłynęły mi hektolitry łez, odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec, najszybciej jak potrafiłam...

środa, 25 sierpnia 2010

Zdrowie a praca... Wypadek Junkiego

Wiem, że powinna zostać teraz wstawiona notatka przedstawiająca profil kolejnego przystojniaka, jednak dzisiaj nie mam do tego głowy. Z małym opóźnieniem dowiedziałam się o wypadku Lee Jun Ki'ego.
 
Jak przeczytałam na jednej z zagranicznych stron LINK. Podczas jednej z ostatnich prób do swojego najnowszego wojskowego musicalu aktor Lee Jun Ki niespodziewanie (nie wiem jak można się czegoś takiego spodziewać) uderzył się w czoło o urządzenie techniczne (nie podali dokładnie w co). Z powodu rozległej rany, został natychmiast hospitalizowany. Zabieg trwał ponad 2 godziny w czasie których, Junkiemu założono około 50 szwów (ilość mnie zszokowała, on chyba jakimś mieczem w głowę dostał). Gwiazdor przeszedł również serie innych badań, głównie w kierunku sprawdzenia, czy nie doznał wstrząsu mózgu. Na szczęście do niczego takiego nie doszło. 
Przy wypisie lekarz zalecił mu jakiś czas odpoczynku, jednak po raz kolejny jego pracoholizm oraz obowiązkowość dały o sobie znać. Junki stwierdził, że nie chce zawieść swoich fanów, wycofując się w ostatnim momencie z gry. Tak też zaraz po wyjściu ze szpitala zagrał w musicalu. Dobrze, że chociaż w pogotowiu byli sanitariusze, którzy natychmiast zareagowaliby w razie pęknięcia szwów lub rozejścia się rany.
Po pewnym czasie od ściągnięcia szwów, będzie mógł się poddać operacji plastycznej, usunięcia blizny


mojemu ukochanemu przystojniaczkowi ze swojej strony życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia oraz błagam by się nie przemęczał i nie narobił sobie jeszcze większych szkód (od początku jestem zdania, że to całe wojsko mu nie służy)


Aja, aja fighting Junki!!!



wtorek, 24 sierpnia 2010

4. Junkosiowy szał - Ławka

Junkosiowy szał
4. Ławka 

   Ale miałam cuuuudny sen! W głowie dalej mi wiruje, w brzuchu bulgocze, a usta mi drżą... Dotknęłam swoich, ciepłych warg... Zaraz, zaraz... To nie był sen! To się zdarzyło naprawdę! Noc, blask księżyca, my dwoje... Tak, tak, zdecydowanie to nie był sen! Czyli to pożegnanie..? Aaa.. Ale zacznijmy od początku. 
Po umieszczeniu w kałuży Junkiego (na samo wspomnienie mam uśmiech na ustach), ucieczce przed Karolą, a następnie zostaniu tylko we dwoje, przeżyłam magiczne chwile. Na spacer wybraliśmy się do pobliskiego parku. Chodziliśmy długo ramie w ramię, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Junki opowiedział mi o życiu w Korei, o swoich ciężkich początkach w świecie showbiznesu. Jak nie raz już wszystko rzucał, by koniec końców jednak do tego powrócić, ile musiał się nacierpieć, by dojść do miejsca, w którym się obecnie znajduje. Osobiście nieraz czytałam o jego trudnych początkach, ale kiedy słyszy się to na żywo, od samego bohatera tych historii to tak naprawdę dopiero wtedy zaczyna człowiek o pojmować. Później przeszliśmy do radośniejszych tematów, przykładowo naszych śmiesznych wpadek. Zawsze myślałam, że to ja mam co opowiadać potomności, ale okazało się, iż byłam w błędzie. Te historie, jak to podczas nagrywania teledysku wkręcił sobie włosy w wentylator, jak pomylił drzwi i wszedł do damskiej szatni, skąd co ciekawe w pierwszym momencie nawet go nie wyrzucili... Oh Junki... 
Byłam w niebie... Nigdy nie śmiałabym nawet przypuszczać, że coś takiego może się zdarzyć w moim życiu, że chodząc po moim, nikomu nieznanym mieście będę rozmawiać z samym Lee Jun Ki’m. W końcu krocząc sobie spokojnie, no może nie do końca spokojnie, bo w ciemnościach nie raz już bym leżała twarzą do ziemi, gdyby nie refleks Junki’ego, w egipskich ciemnościach parku dostrzegliśmy ławeczkę. Nasz spacer trwał już około dwóch godzin, więc nogi domagały się odpoczynku, tak też zdecydowaliśmy się usiąść na chwilę. Podeszliśmy do ławki, odwróciliśmy tyłem i opadliśmy... Problem w tym, że nie na ławkę a na trawę. Jednocześnie zaczęliśmy się głośno śmiać. Jak się okazało, w mroku nie zauważyliśmy, iż ławce brakuje paru desek, a dokładnie miała tylko pierwszą z brzegu i ostatnią – górną. Dobrze, że było ciemno i nikt nie widział, jak siedzimy na ziemi z nogami powyżej głowy. Oboje przez dobre kilka minut nie potrafiliśmy się powstrzymać od śmiechu, co jeszcze bardziej utrudniało nam wydostanie się z drewnianej, parkowej pułapki. Junki’emu udało się uwolnić jako pierwszemu, otrzepał spodnie (mokre jeszcze po zafundowanej przeze mnie kąpieli w kałuży) i zaczął pomagać mi się wykaraskać. Nie było to wcale łatwe, jakoś się zaklinowałam i utknęłam. Junki ciągnął z całej siły, aż w końcu wyskoczyłam tyłkiem z potrzasku, jednak zrobiłam to z takim impetem, że poleciałam całym ciałem na mojego wybawcę, przewracając go na plecy i przygniatając do ziemi swoim ciałem! Leżąc tak, patrzyliśmy sobie w oczy, pomimo tego, iż wiedziałam, że powinnam się ruszyć, nie potrafiłam. Leżałam na nim bez ruchu, a on wpatrując się we mnie w ogóle nie wydawał się zniecierpliwiony tą sytuacją. Było mi ciężko oddychać, jego twarz tak blisko mojej, nasze oczy wpatrzone w siebie... Pomimo ciemności widziałam księżyc odbijający się w jego czarnych źrenicach. Mijały kolejne sekundy, a my ani drgnęliśmy... W końcu chłopak odezwał się pierwszy. 
- Masz tu coś we włosach – powiedział lekko skrępowany i wyjął  mojej czupryny jakiś listek. 
Tego mi było trzeba, jakiegoś bodźca by się poruszyć. Z prędkością światła zarwałam się na równe nogi, a on zaraz za mną. 
- Przepraszam – tyle dałam radę powiedzieć zmieszana. Zwykle się nie czerwienię, jednak w tym przypadku czułam żar wypływający na moje policzki. Dziękowałam Bogu, że jest tak ciemno i nikt tego nie widzi, a w szczególności pewna osoba. Chociaż u Junki’ego, też nie widziałam tej zwykłej mu pewności siebie. Oboje staliśmy tak, nie wiedząc za bardzo co powiedzieć. Czas działał na naszą niekorzyść i z każdą sekundą czuliśmy narastające zakłopotanie. Uznałam w końcu, że ta sytuacja zaczyna być śmieszna, przecież to był nic nieznaczący wypadek, a my, dwoje dorosłych ludzi zachowywaliśmy się, jakbyśmy co najmniej dziecko zrobili. Odwróciłam się w stronę ławki, która była powodem całego zamieszania i zaczęłam chichotać. Czułam na sobie spojrzenie Junkie’go, który wkrótce sam się roześmiał. 
 - Przykro mi, ale będę musiał zaraz iść – odezwał się po chwili. Mój humor momentalnie się pogorszył. Wiedziałam, że ta chwila nadejdzie w końcu, ale nie chciałam, żeby to było teraz. Tak właściwie to nie chciałam, żeby to było kiedykolwiek!
- Rozumiem – odpowiedziałam. – Szkoda, że tak szybko. 
- Będę w Polsce jeszcze przez jakiś czas, więc na pewno wkrótce się odezwę.  
- Ale nie masz mojego numeru?! 
- Dałaś mi maila, pamiętasz? – No tak, z tych wrażeń całkiem zapomniałam.
- Ach, prawda.
- Jednak mamy jeszcze chwilkę, także wykorzystajmy ją najlepiej jak się da – Tu się uśmiechnął, nie widziałam dobrze, ale jestem pewna, że to zrobił. Co ciekawe, podczas uśmiechania się musi emitować jakieś fale, ponieważ za każdym razem gdy tylko się uśmiechnie, czuję to w całym ciele, tak samo było teraz. 
Byłam ciekawa, co ma na myśli mówiąc: „...wykorzystajmy ją najlepiej jak się da” i też zaraz miałam poznałam odpowiedź.  
Spokojnie ruszyliśmy w kierunku wyjścia z parku. W towarzystwie Junkosia, czas leciał mi na tyle szybko, że nawet nie wiem, kiedy weszliśmy tak daleko w głąb. Idąc blisko siebie, co jakiś czas nasze dłonie się o siebie ocierały, przy każdym takim dotyku przechodził mnie dreszcz. W pewnym momencie, przy kolejnym takim dotknięciu, Junki niespodziewanie złapał mnie za dłoń, nasze palce się splotły... Nie spojrzeliśmy na siebie, szliśmy jak gdyby nigdy nic. Nie wiem jak to było z nim, ale ja miałam obawy, iż moje serce zaraz przebije klatkę piersiową i zacznie biegać po parku. Czułam ciepło napływające z jego dłoni, to było chyba najprzyjemniejsze uczucie, jakie istniało. Jego dłoń była tak gładka, ciepła i – pewna. Nie chciałabym już nigdy jej puszczać. Niestety, moje wymarzone „nigdy” w tym momencie dobiegło końca.  
Byliśmy już przy bramie parku. Junki stanął na przeciw mnie i puścił moją rękę. Miałam ochotę się rozpłakać... Dlaczego ten cholerny park nie jest większy, dlaczego jest już tak późno, dlaczego nie możemy zostać tak dłużej?! To tylko kilka z miliona pytań pt. „Dlaczego...” biegających po mojej głowie. Patrzyłam się... Nie ja się gapiłam na swoje stopy, nie mając odwagi podnieść głowy i się pożegnać. Wiedziałam, ze on ma mojego maila, a ja jego numer telefonu, ale co jeżeli nie uda nam się już spotkać? A nawet jeżeli uda, nikt mi nie zagwarantuje, że będzie równie przyjemnie!
- Muszę już iść Pati. – W końcu to powiedział, to było nieuniknione. Zdecydowałam się podnieść głowę. Musiałam to zrobić, w razie gdybyśmy mieli się więcej nie spotkać. Gdybym tego nie zrobiła, plułabym sobie w twarz do końca życia! 
- Szkoda – odpowiedziałam. – Mam nadzieję, że jeszcze uda nam się spotkać?
- Zdecydowanie musimy ten wieczór powtórzyć, tylko następnym razem może bez wrzucania mnie do kałuży, co? – Wyszczerzył zęby i naciągnął spodnie w miejscu, w którym były jeszcze mokre. 
- Jeszcze raz przepraszam za to, nie wiem jak mam ci to wynagrodzić..?
- Hmmm... Mam jeden pomysł... –  W tejże chwili zrobił krok w moim kierunku, a jego usta dotknęły moich! Miał takie miękkie i ciepłe wargi, idealnie pasowały do moich. 
Byłam zszokowana, nie wiedziałam jak się oddycha, nie potrafiłam się poruszyć, nawet nie myślałam w tamtym momencie. Stałam z szeroko otworzonymi oczyma, gapiąc się w nicość. 
Junki oderwał na moment swoje wargi i spojrzał mi w dalej niewidzące oczy. Poczułam chłód na swoich ustach. Wtedy dotknął lewą dłonią mojego policzka, prawa objął moją talię i przyciągnął do siebie. Nasze usta złączyły się po raz drugi, tym razem byłam już w stanie się poruszyć i oddać pocałunek. Moje ręce pomału objęły go za szyję. Jedna owinęła sobie wokół palców pasemko jego długich aksamitnych włosów, druga natomiast spoczęła na jego ramieniu. W tym momencie byłam gotowa oddać za niego życie, gdyby tylko poprosił. Nigdy nikt tak na mnie nie działał, przy nim nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Moje ciało i umysł nie miały w tej chwili ze sobą nic wspólnego, każde robiło co chciało. Natomiast moje serce i dusza zdecydowanie były pod komendą Junki’ego. Nie wiem jak długo tak staliśmy, ale moje kolana stawały się coraz miększe. W pewnej chwili, gdyby nie silne ramię Junkosia, byłabym już na ziemi. W tym też momencie, rozdzieliliśmy się. Pomału otworzyłam oczy, bojąc się, iż wydarzenia sprzed sekundy były tylko snem. Podniosłam delikatnie powieki, potem jeszcze troszkę. Moim oczom ukazał się anioł w ziemskiej postaci. Spojrzałam mu w oczy a na usta wkradł się uśmiech. Przede mną stał Junki ze świecącymi oczyma i szerokim uśmiechem na ustach. Wcześniej nawet tego nie czułam, ale nadal podtrzymywał mnie ręką w pasie. Kiedy to sobie uświadomiłam, nerwowo odsunęłam się o krok do tyłu. To był mój błąd, nie wiedziałam, że za mną wystaje wysoki krawężnik, tak też potknęłam się o niego i runęłam w tył. Nawet Junki, ze swym refleksem nie był w stanie temu zaradzić. Co ciekawsze, za krawężnikiem, zgadnijcie co było?!  
Brawo, zgadliście!  
Wielka kałuża! 
Tak, więc siedziałam na środku ogromnej kałuży, a chłopak, któremu jeszcze chwilę temu byłam w stanie oddać wszystko, czego by zażądał - zaśmiewał się do rozpuku.
- No to jesteśmy kwita – rzucił krótko i pomógł mi wstać.
Na pożegnanie przytulił mnie mocno, szepcząc mi do ucha, że odezwie się jak tylko znajdzie chwilę i żebym nie liczyła, na to, że przed nim ucieknę. Cmoknął mnie jeszcze w policzek na do widzenia i ruszył w swoim kierunku. 
Patrzyłam na oddalającą się postać, nie mając sił nawet się wściekać na swoją niezdarność. Byłam dalej zbyt oszołomiona tym, co zdarzyło się dzisiejszego wieczora, by myśleć o ubłoconych spodniach, w których będę musiała przemierzyć miasto, wracając do domu...



poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Lee Hong Ki

Przyszedł czas na przedstawienie kolejnego z panów, na cześć którego dostała imię jedna z rybek. Tym razem mowa o żółtej.

Notatka dedykowana oczywiście Noriko


Lee Hong Ki to niewiarygodnie uroczy chłopak, tak właściwie już mężczyzna. W końcu urodził się 2 marca 1990r czyli ma już szacowny młodzian lat 20. Jednak urodę ma wyjątkowo chłopięcą, za co kochają go rzesze fanek.
Nasz słodki i kochany chłopaczek przyznał się jednak jakiś czas temu do drobnego oszustwa, związanego z jego wzrostem. Okazuje się, iż nie ma 178cm jak podawane jest w jego profilu, a 175cm. w obronie chłopaka powiem jednak, że ta różnica nie była podana celowo by zmylić fanów. Po prostu, kiedy przyjmował się do agencji (dodam, że było to w wieku 18 lat), wszyscy myśleli, iż jeszcze trochę urośnie, jednak tak się nie stało, a 3 dodatkowe cm w profilu zostały.
Następną informacją, jakiej nie można pominąć, jest zdecydowanie to, że Hong Ki jest głównym wokalistą koreańskiego boysbandu F.T Island, którego piosenki ze swojej strony polecam :)
Przystojniaczek, oprócz kariery wokalnej, ma za sobą również role w znanej dramie "You're beautiful", po czym stał się ogólnie rozpoznawany jako "Jeremy". zagrał również kilka ról epizodycznych. Obecnie studiuje na Uniwersytecie Kyung Hee na wydziale Dramatu i Teatr.
Kolega jest zodiakalnymi rybami a jego grupa krwi to "AB"








Jedno z moich ulubionych zdjęć, pochodzące z dramy YB

niedziela, 22 sierpnia 2010

3. Junkosiowy szał - Uśmiech

Pora na kolejną częśc mojego opowiadanka. Życzę miłej lektury :)


Junkosiowy szał
3. Uśmiech

     Mieliśmy spotkać się po pubem „Toudi”, o 20:30, czyli za pół godziny. Oznaczało to, że na pewno się spóźnię, miałam jeszcze mokre włosy i byłam owinięta ręcznikiem. Biegałam po całym domu jak opętana, szukając czegoś odpowiedniego do ubrania. W pewnym momencie, podczas wbiegania do łazienki, potknęłam się o próg i wylądowałam twarzą na umywalce.
- Aaauuuuaaaaa!!!!!!!! Kto k**** wpadł na pomysł, żeby to tu stało?! – Pozbierałam się, spojrzałam w lustro i... Zaniemówiłam. Miałam rozcięta i opuchniętą wargę. Jak ja mam się tak pokazać ludziom na ulicy, wygląda jakby mnie ktoś pobił?! Zdecydowałam, że nigdzie nie idę. Już miałam odwoływać wyjście, lecz gdy wzięłam telefon do ręki uświadomiłam sobie, że nie znam numeru Karoli, a moja komórka jest przecież niezdatna do użytku, przez pewnego osobnika. W takim wypadku nie miałam wyjścia, musiałam szybko się ubrać, nałożyć podwójną ilość pudru na twarz i mieć nadzieję na to, że nikt nie zauważy. Wybiegłam z domu jak szalona, w końcu zostało mi tylko dziesięć minut na dojście, a normalnie potrzeba mi minimum dwudziestu. Biegnę zdyszana chodnikiem, jeszcze tylko dwa zakręty i będę na miejscu. Szybko biorę pierwszy zakręt, 90 dziewięćdziesiąt stopni w prawo, już mam wyjść na prostą, lecz dochodzi do czołowego zderzenia z jakimś przechodniem. Odbiłam się i lecę do tyłu, w ostatniej jednak chwili, mój oprawca podtrzymał mnie. W pierwszym momencie, kiedy na niego wpadłam, nie zauważyłam kto to, jednak już w następnej sekundzie rozpoznałam stojącego za mną osobnika. Stałam tak podtrzymywana przez niego, wpatrując się w jego twarz, która była tak blisko...
Niemożliwe – myślałam. To chyba sen, pewnie zasnęłam w domu i to wszystko tylko mi się śni... Przede mną stał Junki we własnej osobie. Tylko, co on robił w moim mieście? Niemożliwe, żeby gdzieś tutaj miała się odbywać jego sesja?!
- To ty?! – W końcu się odezwałam
- Ja we własnej osobie – odparł z uśmiechem i postawił mnie prosto. Dalej stałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w niego. W końcu on pierwszy przerwał ciszę.
- To – tu dotknął palcem mojej rozciętej wargi, której tak, à propos nie miało być widać – to chyba nie od zderzenia na lotnisku? Co?- Jego dotyk mnie sparaliżował.
- Nie, nie! – Szybko zaprzeczyłam. Chociaż, w sumie mogłam powiedzieć, że tak. Może miałby dzięki temu jakieś wyrzuty sumienia, iż nie odebrał telefonu. Właśnie! Telefon. Mam okazję dowiedzieć się, co się stało.
- Nie zadzwoniłaś?! – Skąd wiedział, o czym myślę?! Zaraz, zaraz! Ja, nie zadzwoniłam?!
- Chyba sobie żartujesz?! – Praktycznie krzyknęłam. – Że niby ja nie zadzwoniłam?!
- Słucham?
- Dzwoniłam do Ciebie popołudniu, koło szesnastej! To ty, nie raczyłeś podejść do telefonu! Jakiś facet powiedział mi, że jesteś zajęty i nie masz czasu na rozmowy!
- Oh! Mój manager musiał odebrać telefon. Przepraszam Cię za niego. Mam nadzieję, że mi wybaczysz? – Kiedy to powiedział i dodał do tego swój uśmiech, byłam w stanie wybaczyć mu wszystko, nawet gdyby był odpowiedzialny za trzęsienia ziemi i głód na świecie. Na szczęście opanowałam się w porę, zanim zdążyłam przytaknąć. Uznałam, że będę twarda.
- Ty już nie wymyślaj wymówek! Jestem pewna, że po prostu chciałeś uniknąć odpowiedzialności za to, co zrobiłeś z moim telefonem, mając nadzieję, że więcej mnie nie spotkasz! – Wytknęłam mu z groźną miną. Sama nie wiem skąd we mnie wzięła się ta siła.
- No coś ty! – Spojrzał na mnie skonsternowany – Przecież, gdybym chciał cię unikać, nie dałbym ci mojego prawdziwego numeru! A tak poza tym, to dzwoniłaś jedynie w sprawie swojego telefonu? – Zapytał z uroczym uśmieszkiem na ustach, a mnie zatkało. Takiego pytania się nie spodziewałam... No i co ja mam mu odpowiedzieć? Muszę się opanować i dalej grać twardą.
- A w jakiej innej sprawie miałabym dzwonić? – Jak to w jakiej? - Myślałam. Chociaż by po to, by usłyszeć jeszcze raz twój głos.
- Ach... No tak... – Chyba zbiłam go trochę z tropu, co mnie lekko zdziwiło. – W takim razie daj mi swój numer, to... Prawda, zapomniałem, że to właśnie przez jego brak rozmawiamy. – Pomyślałam, że muszę coś szybko wymyślić! Jeszcze stracę z nim kontakt!!!
- To może podam ci mojego maila? – To pierwsze, co wpadło mi do głowy.
- O! Świetnie! Już sobie zapisuje. – Ze śmiejącymi się oczyma wyjął z kieszeni telefon i zapisał podany przeze mnie adres. – To jesteśmy w kontakcie.
Jedyne, co dałam radę z siebie wyrzucić to krótkie „tak”.
- A tak w ogóle, to gdzie się właśnie wybierasz? Może masz trochę wolnego czasu? No wiesz... Nie znam tu nikogo poza tobą, a dostałem dzisiaj wolny wieczór... Może, poszlibyśmy się czegoś napić? Jeżeli masz ochotę oczywiście.
- Ja... – Ja mam dzisiaj urodziny, czy co? Czemu on takie durne pytania zadaje?! Jasne!!! – Chętnie.
- Super! No to chodźmy.
Ruszyliśmy przed siebie. W ciszy szliśmy w kierunku, w którym zmierzałam wcześniej. Nie bardzo wiedziałam, co mam mówić, miałam kompletną pustkę w głowie, jednak nie przeszkadzało mi to. Byłam szczęśliwa, że w ogóle mogę być tak blisko mojego idola. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że z tej całej euforii całkiem zapomniałam o Karoli i reszcie paczki. Dokładnie w tej samej chwili usłyszałam swoje imię. Jeszcze dobrze się nie odwróciłam, a już na mojej szyi wisiała przyjaciółka. Ściskała mnie bez końca, nie zwracając w ogóle uwagi na mojego, nieco zszokowanego towarzysza. W końcu mnie puściła.
- Gdzieś ty się tyle czasu podziewała?! Wiesz ile już na ciebie czekamy?! – Zapytała, wskazując jednocześnie ręką na machającą do mnie grupkę, stojącą trochę dalej. - Mieszkasz najbliżej z nas wszystkich, jak to możliwe, że przychodzisz ostatnia?!
Już miałam odpowiedzieć, gdy do rozmowy wtrącił się Junkoś.
- Przepraszam, ale to chyba moja wina – powiedział i chyba dopiero wtedy Karola go zauważyła. Odwróciła się w jego stronę, a oczka się jej zaświeciły.
- Ach... Nie masz, za co przepraszać. Jeżeli to rzeczywiście ty jesteś powodem, to Pati ma zdecydowanie odpuszczone to spóźnienie. – Powiedziała szczerząc się, a zaraz potem nachyliła się w moją stronę i zapytała szeptem:
- Skąd ty taaaaakie ciacho wytrzasnęłaś? Trzeba było mówić, że przyprowadzisz takiego słodziaka, to lepiej bym się przygotowała. – Mówiąc to cały czas spoglądała na Junkiego trzepocząc rzęsami.
O nie – pomyślałam. Co jak co, ale jego ci nie oddam. Z oczu zaczęłam strzelać piorunami w kierunku przyjaciółki. Nie zdążyłam jeszcze nic odpowiedzieć, a ta już zaciągała mojego przystojniaka w kierunku grupki znajomych. Nie pozostało mi nic innego jak iść za nimi. Po drodze do pubu, moja kochana Karolinka nie odstępowała Junki’ego na krok, prawie, że na nim wisiała, a co gorsza on nie wyglądał na zbytnio niezadowolonego. Wręcz przeciwnie, rozmawiał sobie z nią w najlepsze. Kurde, no!!! Pomimo tego, iż przebywałam z nim dłużej niż ona, tyle z nim nie rozmawiałam?! Co to ma być?! Wlokłam się za wszystkimi, nie spuszczając z oczu znajomej dwójki.
Po dotarciu na miejscu, rozsiedliśmy się wygodnie w ulubionej loży. W „Toudim” nie było jeszcze zbyt tłoczno, co miałam nadzieje się utrzyma. Moi przyjaciele łącznie z Karolą nie wiedzieli, iż mój nowy znajomy jest wielkim celebrytem w swoim kraju, jednak to mogło się w każdej chwili zmienić, gdyby ktoś w lokalu go rozpoznał. Cały czas siedziałam i martwiłam się, czy nagle nie wejdzie ktoś, kto go zna i nie zacznie się nalot fanek, jak na lotnisku.
Po kilkudziesięciu minutach wszyscy już szaleli. Nawet Junkiego Karolcia wyciągnęła na parkiet, tylko ja nie potrafiłam się rozluźnić. Siedziałam i wodziłam wzrokiem za panem gwiazdorem, wściekła na siebie, że nie poszliśmy w drugą stronę. Mogliśmy teraz przyjemnie spędzać czas we dwójkę. Ach... Po upływie kolejnych kilkunastu minut, nie wytrzymałam i poszłam zaczerpnąć świeżego powietrza na zewnątrz. Odeszłam kilka metrów od głównego wejścia, by nie stać w przejściu, oparłam się o budynek za mną, przymknęłam oczy i spokojnie oddychałam. Nagle, ni stąd, ni zowąd ktoś złapał mnie za ramię. Odruchowo wyrwałam się i odepchnęłam dość mocno natręta. Gdy się na niego spojrzałam, ku mojemu zdumieniu okazało się, iż w kałuży obok mnie siedzi nie kto inny, jak sam Junki. Wlepiłam w niego oczy i... Nie wytrzymałam, wybuchnęłam gromkim śmiechem. To był po prostu uroczy widok, jaki nie raz pojawiał mi się tylko w wyobraźni. Junkoś ociekający wodą siedzący na środku wielkiej kałuży. Ze śmiechu łzy napływały mi do oczu. W końcu zdecydowałam się podejść i pomóc mu wstać. Dalej trzęsąca się ze śmiechu wyciągnęłam rękę w jego kierunku. Spojrzał na mnie z urażoną miną i sam podniósł się z ziemi. No to pięknie – pomyślałam. Właśnie zraziłam do siebie kogoś, z kim planowałam nawiązać jak najlepszy kontakt. Pewnie więcej się do mnie nie odezwie. Skruszona zabrałam rękę i odsunęłam się o krok. Przystojniaczek dalej wpatrywał się we mnie wrogo.
- Przepraszam – powiedziałam, w końcu zmieszana. – To faktycznie nie było śmieszne, nie powinnam się śmiać. No i przepraszam, że cię uderzyłam, ale nie wiedziałam, że to tyyyy.... – Co jest?!
Zanim dokończyłam zdanie, Junki złapał mnie za rękę i pociągnął.
- Idziemy, szybko! – Krzyknął i zaczął biec, ciągnąc mnie za sobą. Biegliśmy dobrą chwilę, przez wszystkie okoliczne zaułki.  Zdyszani zatrzymaliśmy się w końcu.
- Co-ty-wy-pra-wiasz?! – Zapytałam dysząc ciężko, a on uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Nie widać? Uprawiam wieczorny joging.
- Hę?!
- No widziałem, jak twoja koleżanka wychodzi z pubu i trzeba było nas ewakuować. Przykro mi, ale ona jedna jest bardziej męcząca od całego stada moich fanek. – Spojrzałam mu w oczy i oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Kamień spadł mi z serca, że nie jest na mnie zły za tamto.
- Wydawało mi się, że lubisz Karolę – powiedziałam, gdy już trochę się uspokoiliśmy.
- Przez pierwsze dziesięć minut tak było, ale potem moja cierpliwość osiągnęła swoje granice. A ty, skoro wiedziałaś jaka jest twoja przyjaciółka, czemu mnie nie ratowałaś, tylko zostawiłaś na pastwę losu i wyszłaś gdzieś sama?!
- Eee... Myślałam, że dobrze się bawisz, więc uznałam, że nie będę ci przeszkadzać.
- To ja specjalnie trzymałem się od ciebie z daleka, bo myślałem, że zła na mnie jesteś za coś. Tylko, właśnie nie wiedziałem za co.
- Wariacie! Za co miałam być zła na ciebie? Przecież to ja całkiem zapomniałam, iż umówiłam się ze znajomymi i jeszcze wciągnęłam w to ciebie...
- No się dogadaliśmy... Heh...
- W takim razie przepraszam cię za Karolinę, nie myślałam, że tak się do ciebie przyklei. Najwidoczniej się jej spodobałeś
. – Niby powiedziałam to tak niewinnie, ale strasznie ciekawa byłam jego odpowiedzi.
- Może jaj jej tak, ale ona mi zdecydowanie nie. – Ulżyło mi, a on dodał spoglądając mi prosto w oczy – wolę wyższe dziewczyny... – Stałam nie wiedząc, co powiedzieć. Czy to ostatnie dotyczyło mojej osoby? Czy on naprawdę powiedział, że woli mnie od niej?! Nie... Na pewno mi się przesłyszało. Pewnie powiedział to całkiem ogólnie, że lubi wysokie dziewczyny. Tak, to dokładnie tak było.
- To co teraz robimy? Pewnie nie chcesz już wracać w objęcia Karoli? Chyba, że zmieniłeś zdanie, to mogę cię tam odprowadzić. – Mówiąc to ruszyłam z powrotem. Nie zdążyłam jeszcze zrobić kroku, a Junki już zagrodził mi drogę.
- Nie ma mowy! Jeżeli nie chcesz ze mną przebywać to, to powiedz, ale nie zaciągaj mnie z powrotem do jaskini lwa! Błagam. – Słowo „ błagam” w jego ustach, połączone z robieniem szczenięcych oczu wywołało istny huragan w moim sercu. W tamtym momencie miałam wielką ochotę rzucić mu się na szyję, zacząć tulić i obiecywać, że nikomu go już nie oddam, więc nie musi się o nic martwić. Oh... Musiałam wtedy użyć całej, swojej silnej woli by tego nie uczynić.
- Dobrze, już dobrze – odpowiedziałam tylko. – Obiecuję, że nie wrócimy już tam. Tylko.., że ja zostawiłam tam moją torebkę. – No i szlag by trafił całą ucieczkę!
- To żaden problem... Taadaaam... – i wyciągnął moja torebkę zza pleców. Nie mogłam w to uwierzyć. Czyli wychodząc z pubu już wiedział, co się stanie...
- Spryciarz! Od początku zamierzałeś stamtąd uciec?
- Trafiła się okazja, to musiałem ją wykorzystać, więc wziąłem twoją torebkę i wyszedłem. Po chwili spotkałem ciebie no i resztę już znasz.
– i znów ten jego uśmiech. Jak on będzie się dalej tak uśmiechał, to moje serce długo już nie pobije.
- To teraz zdecydowanie nie musimy już tam wracać. Chcesz jeszcze gdzieś iść się zabawić czy wolisz już wracać? – Nie idź jeszcze! Błagam. Modliłam się w duchu wy wybrał pierwszą opcję. W końcu udało nam się zostać sam, na sam. On nie może chcieć już iść!
- Myślę, że noc jest jeszcze młoda,.. – yes, yes, yes! (teraz to chyba trochę Marcinkiewicza przypominałam) – ale nie mam już sił na tańce. Może po prostu pospacerujemy trochę po mieście, co? – On mi zdecydowanie czyta w myślach!
- Jestem całkowicie, „za”! Też nie mam już ochoty, na żadne zatłoczone miejsca. – Najlepiej chodźmy w jakieś ciemne miejsce, gdzie nie będzie nikogo poza nami... Hehehehe...
Ruszyliśmy ramię w ramię, prowadziłam nas w stronę wielkiego parku, tam będzie się nam najprzyjemniej spacerowało i nie powinniśmy spotkać zbyt wielu ludzi. Tylko jak ja się opanuję w takiej romantycznej scenerii? Jakoś będę musiała, nie chcę wystraszyć mojego księcia, kiedy wreszcie mam z nim okazję poprzebywać we dwoje. Idąc wpatrywałam się w jego profil. Było dość ciemno, więc miałam nadzieję, iż tego nie widać. Nie mogłam się na niego napatrzeć.
Ileż to razy wyobrażałam sobie, że właśnie tak z nim idę, ile razy marzyłam, że kiedyś będę miała okazję z nim porozmawiać... W końcu Bóg wysłuchał moich próśb!






Mam nadzieję, że się podobało, wkrótce następna część :)

sobota, 21 sierpnia 2010

YamaPi

Przyszedł czas na przedstawienie kolejnej osoby, której imię było inspiracją, podczas wymyślania nazw dla rybek.

Notatka dedykowana oczywiście dla pierwszej damy bohatera tego postu AjAj

Yamashita Tomohisa popularnie nazywany Yamapi'm (jak również TomoPi, Pi, P-chan czy Tomo-chan) urodził się 9 kwietnia 1985r w mieście Chiba w Japonii a swoją karierę rozpoczął bardzo szybko, bo już w 11 roku życia. Chłopak szybko stał się rozpoznawalny, głównie poprzez swoją niebagatelna urodę i wrodzony urok osobisty. 


W tej chwili Yamapi jest znanym aktorem, piosenkarzem i modelem. Zagrał w takich dramach jak: Buzzer Beat, Nobuta wo Produce, Code Blue i wielu, wielu innych. Jest liderem zespołu NEWS, wystąpił też w wielu reklamach przykładowo: Pringles, Kiss Mint, Coca Cola i Toshiba Toshiba Note PC.
Pomimo, iż mówi się, że w świecie showbiznesu nie ma przyjaciół "Pi" znalazł ich i do dnia dzisiejszego przyjaźni się z Jin'em Akanishi'm, Nishikido Ryo, Ikutą Tomą oraz Kamenashi'm Kazuą.

Z dodatkowych informacji mogę podać, iż ów przystojniak mierzy 175 cm wzrostu i waży około 60 kg. Jego grupa krwi to "A". Jest zodiakalnym Baranem (podobnie jak poprzednio opisywany tu Lee Jun Ki)
Należy do agencji "Johny's Entertainment"



Z dedykacja dla AjAjka oczywiście :)

środa, 18 sierpnia 2010

2. Junkosiowy szał - Telefon

Nie wiem, czy ktoś tutaj czyta moje opowiadanie, ale skoro zaczęłam je tu wstawiać to należy to skończyć. Dlatego też wklejam kolejną część :)


Junkosiowy szał
2. Telefon 

Całą drogę do domu rozpierała mnie energia, nie potrafiłam usiedzieć już w tym samochodzie. Rozmyślałam o tym, co się dzisiaj stało, miałam ochotę śpiewać ze szczęścia, za to mój brat zdaje się, był w nastroju całkowicie przeciwnym do mojego. W końcu zdecydowałam się go zapytać, o co chodzi?
- Mody, a ty, co taki bez humoru? Nie wymagam, żebyś skakał z radości na mój widok, ale nieco więcej entuzjazmu by nie zaszkodziło. – Cisza... Żadnej odpowiedzi. Pełne skupienie na drodze. No to próbuje dalej zagadać. – Co tam na praktykach? Teraz chyba cały miesiąc chodziłeś jak się nie mylę?- Dalej zero odzewu... Zaczynałam się już denerwować, wpadłam więc na pomysł. – Aaaaa, stój, stój!!! Słyszysz?! Stój! – Wydarłam się na cały głos, ale podziałało. Zatrzymał się z piskiem opon na poboczu i zaczyna się rozglądać, o co chodzi.
- Co się stało?! No mów! Darłaś się jak opętana, ale nic nie widzę, zgłupiałaś?
- No to jednak nie straciłeś głosu? – zapytałam z szyderczym uśmieszkiem na ustach. Spojrzał na mnie tak, jakby miał mnie rozstrzelać samym spojrzeniem.
- Nie, nie straciłem głosu, za to ty chyba rozum w tym samolocie!!! Odbiło ci, żeby robić coś takiego?! Myślałem, że naprawdę coś się dzieje!
- Spokojnie, musiałam jakoś w końcu zwrócić twoją uwagę, bo jesteś myślami w innym, własnym świecie. Co się dzieje? Mów?! Inaczej nigdzie dalej nie jedziemy!
- Daj spokój, nic przecież, zapinaj pas i ruszamy. – Widziałam, że faktycznie nie ma ochoty nic mówić, ale to właśnie nie było w jego stylu i zaczynałam się coraz bardziej martwic. Uznałam, iż muszę to z niego wyciągnąć.
- Nie! Nigdzie nie pojedziemy dopóki nie powiesz co się dzieje, przecież widzę! Chodzi o rodziców? – Żadnej reakcji.- O Baxa?! – Też nic. O co jeszcze mogło chodzić? Wiem. – O Magdę? – Po wyrazie jego twarzy wiedziałam już wszystko. Najwidoczniej pokłócił się ze swoja dziewczyną. Musiało to być coś poważnego, pierwszy raz widziałam go w takim stanie.
- Nie chcę o tym teraz gadać! OK? Jedźmy!
Poddałam się, wiedziałam, że teraz więcej z niego nie wyciągnę. Najważniejsze było, iż wiedziałam o co chodzi. Zapięłam pas i ruszyliśmy dalej w ciszy.
Kiedy podjeżdżaliśmy pod mój blok, już z daleka widziałam, że rodzice wyglądają nas przez okno. Jeszcze nie wjechaliśmy dobrze na podwórko, a ci już na dole byli. Wysiadamy z bratem z samochodu, ten tylko trzasnął drzwiami i poszedł do domu. Rodzice oczywiście zaczęli mnie ściskać i całować Przecież byłam tylko 2 tygodnie w Niemczech u ciotki a nie na drugim końcu świata. No, ale tacy już są rodzice. W końcu, kiedy już się trochę uspokoili, mam zapytała o brata.
- Mówił ci coś?
- Nie – odpowiedziałam. – Ale, o czym miał mówić?
- No nie zauważyłaś, jaki wściekły łazi? I to już tak od dwóch dni. Pokłócili się z Magdą, pierwszy raz tak poważnie.
- Zauważyłam i domyśliłam się o co chodzi, ale nie chciał mi nic więcej powiedzieć. Nie ma co go za język ciągnąć, będzie chciał to sam powie.
Zabraliśmy bagaże i poszliśmy do domu.
W nocy nie mogłam spać. Cały czas rozmyślałam o przygodzie z lotniska, o uśmiechu, o błyszczących oczach, o karteczce z drogocennym numerem... Zaraz po przyjściu do domu przepisałam numer do pamiętnika i kalendarza podręcznego, żeby nie daj Boże się gdzieś nie zapodział. Toż to mój skarb był. Najgorsze było to, że miałam wielką ochotę się komuś pochwalić, opowiedzieć o całym zdarzeniu, ale nie było komu. Nikt z moich znajomych nie podziela mojej pasji do kultury azjatyckiej, a już tym bardziej do tamtejszych ludzi. Znalazłoby się kilku znajomych internetowych, którzy chętnie by posłuchali mojej opowieści, lecz za późno już było, by do nich pisać. Tak też euforia, którą nie miałam się, z kim podzielić szalała w moim ciele, nie dając mi zasnąć.
Po kilku godzinach przekręcania się z boku na bok, zmęczenie wygrało tę nierówną walkę z moimi chaotycznymi myślami i odpłynęłam w krainę snów.
Obudziłam się niezwykle wcześnie jak na mnie, było coś koło godziny 7:00. Jeszcze nigdy w życiu nie wstałam z łóżka dobrowolnie tak rano, jednak dzisiaj nie miałam najmniejszej ochoty spać dalej. Nucąc sobie i przeskakując z nogi na nogę pobiegłam do łazienki wziąć prysznic. Jak się później okazało, pod prysznicem momentami się zapominałam i moje nucenie przechodziło w dość głośny śpiew, co obudziło prawie cała rodzinkę. Pół godziny później wychodzę z łazienki, w dalszym ciągu cała w skowronkach. Idę do swojego pokoju. Po drodze mijając kuchnie, witam się prawie że śpiewająco z rodzicami i lecę dalej. Nawet nie zauważyłam, że mama patrzy na mnie krzywo, pewnie zastanawiała się, co mi odbiło. W końcu nigdy się tak nie zachowuję, a już na pewno nie o tej godzinie. Gdy już muszę wstać tak wcześnie, zazwyczaj snuje się po domu jak zombie, a nie latam jak królowa wróżek.
Weszłam do swojego pokoju, założyłam bluzę, a z szuflady wyjęłam smycz. Zagwizdałam na psa i w dalszym ciągu nucąc ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych. Kontem oka spostrzegłam tylko, jak rodzice spoglądają na siebie pytająco, zastanawiając się: co ona ćpała? Nie zwróciłam na to większej uwagi, założyłam buty i wyszłam z domu. Szłam chodnikiem i uśmiechałam się sama do siebie. Pewnie dziwnie to wyglądało, bo obcy ludzie się za mną oglądali, ale co mi tam! Byłam szczęśliwa, jak chyba jeszcze nigdy. Niby nic się nie stało takiego, ale miałam numer telefonu do mojego księcia. Spacerując wpatrywałam się w karteczkę. Numer znałam już na pamięć, w sumie zapamiętałam go chyba po pierwszym przeczytaniu. Po głowie krążyła mi jedna myśl, że dziś po południu usłyszę jego głos, będę mogła z nim porozmawiać. Nie wiem, jak ja wytrzymam do popołudnia? Jakoś muszę! Czas też wziąć się w garść i przestać zachowywać tak podejrzanie. Rodzice już dziwnie na mnie patrzą, a przecież nie mogę im powiedzieć, że spotkałam wczoraj na lotnisku moją miłość, mojego koreańskiego idola. Na każde najmniejsze nawet wspomnienie, czegoś azjatyckiego dostają przecież szału.. Muszę się opanować!
Po spacerze starałam się zachowywać jak najnormalniej, z tym, że nie było to łatwe. Wokół głowy ciągle widziałam wybuchające fajerwerki, w brzuchu miałam setki motyli a ręce mi się trzęsły, ale starałam się nie wzbudzać podejrzeń. Na szczęście, mój brat był dalej w depresji „pozerwaniowej”, więc rodzice skupiali uwagę na nim. W końcu widok cichego i spokojnego Daniela jest dziwniejszą rzeczą niż szalona Pati.
Przyszło popołudnie, godzina szesnasta. Nie wiedziałam czy to nie za wcześnie, jednak dłużej nie byłam w stanie czekać. Zabrałam domowy telefon (na całe szczęście mam bezprzewodowy) i poszłam na ogródek, gdzie nikt z rodziny na 100% nie był w stanie mnie usłyszeć. Wystukałam numer z pamięci i czekam...
- ...  ...  ... - nikt nie odbiera! Jeszcze raz!
- ...  ...  .Słucham? – Aaa, udało się, ktoś odebrał! Ale to nie jest głos Junkiego! – Hallo!? – Spokojnie, spokojnie. Pewnie Junki robi teraz coś ważnego i nie może odebrać telefonu, zaraz pewnie wszystko się wyjaśni.
- Hallo, z tej strony Patrycja. Chciałabym prosić do telefonu pana Lee Jun Ki? – Nikt nic nie odpowiada, ciągnę dalej – Dostałam wczoraj ten numer od niego i miałam zadzwonić dziś po południ. Czy mogę z nim porozmawiać?
- Przepraszam, ale pan Lee Jun Ki ma napięty grafik i nie ma czasu na prywatne rozmowy. Proszę więcej nie przeszkadzać. Do widzenia. – Mój świat runął! Wszystkie fajerwerki nagle zgasły a motyle w brzuchu pozdychały. Przed oczyma miałam tylko ciemność. Jak to możliwe, przecież sam dał mi ten numer, powiedział, że mam zadzwonić?!  Chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę domu. Całkowicie zdołowana zamknęłam się w swoim pokoju i nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Wiedziałam, że to było zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Jednak miałam nadzieję, głupią nadzieję, że może jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło. Wierzyłam w to! Chciałam w to wierzyć i to był mój błąd... Do wieczora siedziałam na łóżku gapiąc się przez okno i słuchając smętnych piosenek. Dziękowałam Bogu, że rodzice wyszli dzisiaj do znajomych i prawdopodobnie wrócą bardzo późno, inaczej pewnie zaczęliby się o mnie martwić (rano pełna energii a wieczorem zamknięta w sobie). Po kilku godzinach takiego siedzenia zdecydowałam włączyć komputer i przejrzeć pocztę. To był mój kolejny błąd! Po otwarciu systemu znów ujrzałam mój powód rozpaczy. Z ekranu monitora uśmiechał się do mnie, nie kto inny jak sam Lee Jun Ki.

Ach, że tez zapomniałam o tej tapecie! Odruchowo wyłączyłam monitor i przeniosłam się z powrotem na łóżko.
Siedząc tak, gdzieś w swojej podświadomości słyszałam dźwięk dzwoniącego telefonu. Na początku myślałam, że tylko mi się to wydaje, ale po kolejnym sygnale byłam już pewna, iż dzwoni to stacjonarny telefon. Nie miałam ochoty na rozmowy z nikim, jednak jakoś zebrałam siły i poczłapałam odebrać denerwującą machinę.
- Hallo...?
- Hallo?! Pati?! Tu Karola. Co się z tobą dzieje? Od rana próbuję się dodzwonić na twoją komórkę, ale ciągle masz wyłączoną... ble... ble... ble... – No to się zaczęło, pomyślałam. Dobrze wiem, że kiedy moja przyjaciółka się rozgada - to już koniec. Mama z głowy 2-3 godziny, tym bardziej, że jak widać strasznie jej zależało żeby się dodzwonić. Pewnie znów zmieniła chłopaka, kiedy mnie nie było i chce mi o tym opowiedzieć... Tylko, że ja nie mam dzisiaj sił na takie rozmowy, to będzie dla mnie tortura... A Karola mówiła dalej – Wiem, że dopiero co wróciłaś z Niemiec, ale zbiera się cała paczka, musisz pójść z nami. – Najwidoczniej, kiedy się zamyśliłam, musiała wspominać coś o jakimś wypadzie do pubu. – Będzie Ewka, Kasia i nawet Marcin zreflektował się, że przyjdzie. Nie może ciebie zabraknąć! Co ty na to? Idziesz oczywiście?!
- No nie wiem... – Oczywiście nie miałam najmniejszej ochoty na żadne zabawy, jednak Karoli nie da się tak łatwo odmówić. Kiedy w zeszłym roku odmówiłam wspólnego wyjścia, nie podając satysfakcjonującego jej powodu, po pół godzinie waliła w moje drzwi krzycząc, że nie da mi spokoju dopóki się nie zgodzę z nią wyjść.
- Chyba nie próbujesz się wykręcić?! – Jasne, że próbuję! – Miałam ochotę powiedzieć, ale z drugiej strony może ten wypad nie jest takim złym pomysłem. Kiedy będę z paczką przyjaciół może uda mi się o wszystkim choć na chwile zapomnieć, a tak będę tu siedziała i użalała się nad sobą.
- Nie, no coś ty! Pewnie, że idę. To, o której i gdzie się spotykamy?
- Wiedziałam, że się zgodzisz! W takim razie... – Z entuzjazmem podała mi miejsce oraz godzinę spotkania, a następnie pożegnałyśmy się i rozłączyłyśmy.


 

By Patikujek :)
Z pozdrowieniami dla moich pierwszych czytelniczek :*

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Główny bohater

Tak patrze i patrze na tego bloga, co zaowocowało myślą, iż warto by było choć trochę bliżej przedstawić głównego bohatera opowiadań, oraz mojego ulubieńca Mr. Lee Jun Ki.
Nie zamierzam się zbyt dużo na jego temat rozpisywać, bo jakbym zaczęła to nie skończyłabym przez następny tydzień :P a nie wytrzymałoby tego nawet moje kochane F4 (przy okazji serdecznie pozdrawiam :D)
Tak też zaczynamy:
Lee Jun Ki  
Jest to znany w całej Azji (i jak widać nie tylko) aktor, model i piosenkarz. Zagrał w kilku znanych filmach (m.in. The King and the Clown, Fly, Daddy, Fly) i dramach (m.in. Time Between Dog and Wolf, Iljimae, My Girl). Wydał kilka singli (do najnowszych należy J Styl)oraz zagrał w wielu reklamach, przykładowo: McDonald`s (Shake Shake Fries), Pepsi, Samsung Anycall Fx, Pomegranate Juice. Nie można zapomnieć również o sporej ilości zdobytych przez niego nagród (nie będę ich jednak wymieniać bo to, trochę by trwało).
Przystojniaczek urodził się 17 kwietnia 1982r. (czyli jest zodiakalnym baranem) w Busan, w Korei Południowej. Jego początki kariery nie były łatwe, ze względu na jego specyficzny wygląd, nie wróżono mu świetlanej przyszłości w świecie showbiznesu, na szczęście udało mu się zajść dojść daleko.
Obecnie odbywa obowiązkową, dwuletnią służbę wojskową, na której zakończenie z niecierpliwością czekam.
Z takich dodatkowych informacji mogę jeszcze podać, że Junki mierzy około 178cm wzrostu i  waży około 66kg (choć teraz zdecydowanie mniej, co widać po aktualnych zdjęciach z jednostki), natomiast jego grupa krwi to "B".
Na koniec wklejam kilka (no może trochę więcej jak kilka, ale miałam problem wybrać) moich ulubionych zdjęć :) Dodam jeszcze, że mojego najulubieńszego nie wstawię, ponieważ widnieje juz na banerze u góry oraz rozpoczyna pierwszą część opowiadania w notatce poniżej.

Tak przyrządzane śniadanie zjadałabym zawsze z wielkim apetytem :P

 W bieli mu wyjątkowo do twarzy :D



Za ten uśmiech można by skoczyć w ogień 

A taki bywa słodki! i jak się tu w nim nie zakochać???

sobota, 14 sierpnia 2010

1. Junkosiowy szał - Spotkanie


Na początek, dla rozruszania bloga, wklejam pierwszą część mojego fanficka. Mam nadzieję, że się spodoba. Z góry uprzedzam, ze jest to pierwsze takie opowiadanie pisane przeze mnie, więc może mieć sporo niedoskonałości.

Junkosiowy szał - 1. Spotkanie
 
   Jak ja nie lubię latać samolotami, do tego te zatłoczone lotniska, ludzie spieszący się i biegający we wszystkie strony… Ach… A co najgorsze samoloty LATAJĄ i to tak wysoko! Gdyby nie to, że nie uśmiecha mi się 15 godzinna podróż autokarem na pewno bym się tu nie pojawiła, a do tego ciocia fundowała podróż, więc nie mogłam odmówić. No nic, trzeba iść, nie ma co tu tak stać. Tylko gdzie może być moja podwózka do domu? Że też zapomniałam się wczoraj z bratem umówić, przy którym wejściu będzie stał. Mam nadzieję, że nie zapomniał, iż ma mnie stąd odebrać. Z tymi tobołkami to trochę ciężko byłoby mi do domu wrócić autobusami, na taksówkę nie mam, poza tym za drogo by to wyszło.
Obeszłam całe lotnisko, ale po bracie ani śladu. Jest już 19:00, powinien tu być od pół godziny. Trzeba do niego zadzwonić! No tak, bateria mi przecież padła. Ja to jednak mam szczęście. Zostaje mi tylko stać przed głównym wejściem, mając nadzieję, że wkrótce przyjedzie.
Nagle usłyszałam jakieś dziwne wrzaski. Wiem, że na lotnisku bywa głośno, ale to już przesada. Mógłby ktoś zrobić z tym porządek! Wrzaski są coraz głośniejsze… Najwidoczniej hałaśliwa grupka zbliża się ku wyjściu – pomyślałam i nagle poczułam uderzenie. Było ono na tyle mocne, że wylądowałam na walizkach obok mnie, a na mnie jakiś facet. Pozbierał się szybko i biegnie dalej. W tym momencie zerknęłam w prawo i zobaczyłam na ziemi swoją komórkę w kilku częściach. Nie! Tylko nie to! Dopiero, co wymieniłam ją na nowy model! Nie zostało mi nic innego jak ruszyć za nim. Pomimo tego, że bieganie z walizkami nie jest moja mocną stroną, zaczęłam go doganiać. Gdy go goniłam wydawał mi się jakiś znajomy, ale to pewnie tylko mi się wydawało. Facet, chyba nie był stąd i nie bardzo wiedział gdzie biegnie. Pobiegł na tyły lotniska, gdzie na jego nieszczęście był ślepy zaułek, tak też jakoś udało mi się go złapać. Chwyciłam go za rękaw i wrzeszczę:
- Człowieku! Nie wiesz, że jak się na kogoś wpada to należy użyć pewnego magicznego słowa! – facet próbuje dalej biec, nawet się na mnie nie spojrzał, ale ja twardo, nie puszczam rękawa jego kurtki. O nie, nie ujdzie mu to płazem!
- Hallo! Słyszy mnie pan?! Mówcie przecież do pana! Nie dość, że pan na mnie wpadł, to jeszcze rozwaliła mi się przez pana komórka. Wypadałoby, chociaż „przepraszam” powiedzieć! – dalej zero reakcji. Co z nim jest nie tak? - myślę sobie. A ten, nagle odwraca się, łapie mnie za rękę i ciągnie na bok w stronę jakiejś stojącej ciężarówki. Ja, jak to ja - nie miałam najmniejszego zamiaru dać się gdzieś zaciągnąć bez walki, jednak trzeba chłopakowi przyznać, że ma siłę i jakoś mu się to udało. No fajnie – myślałam sobie. Trzeba mi było ścigać tego narwanego gościa i drzeć się po nim. Coś czuję, że za chwile to mi dopiero da powód do wrzasków… Nie wiedziałam co zrobić. Zacząć krzyczeć? W końcu jakiś koleś, zaciąga mnie gdzieś w ciemność. Tyle, że takie panikowanie nie leży w mojej naturze. Poczekamy co się stanie, najwidoczniej jeszcze nie wie z kim zadarł… Gdy byliśmy już za ciężarówką, złapał mnie nagle od tyłu. Jedną ręką zakrył mi usta, drugą mocno trzymał w pasie. Zaczęłam się szarpać i wyrywać, wtedy zbliżył usta do mojego ucha i szeptem powiedział:
- Cicho… Zaraz cię puszę, tylko bądź przez moment cicho. Błagam…
Zamarłam… Czego on mógł ode mnie chcieć, dlaczego się chowamy? Do tego ten głos… Jakiś taki znajomy, ale nie mogę skojarzyć… No nic, w sumie mogę go posłuchać, co mi szkodzi postać chwilę cicho. Tylko mógłby mnie już puścić, jakoś niezręcznie się czuję w objęciach obcego faceta. Choć musze przyznać, całkiem to przyjemne :P Kiedy tak staliśmy, z daleka było słychać te same wrzaski, które wcześniej dolatywały z lotniska. Jakieś piski i krzyki, a ja zastanawiałam się, skąd znam głos chłopaka stojącego za mną? Próbowałam się lekko przekręcić w jego „objęciach” by móc mu się przyjrzeć, jednak nie bardzo potrafiłam. Do tego robiło się już szarawo i tylko katem oka widziałam zarys jego twarzy. Miał nietypowy kolor skóry, a kiedy go goniłam, zauważyłam, że ma niezłą fryzurę (znaczy dłuższe, czarne włosy) i całkiem niezłą budowę ciała. Nie widziałam jak na razie jego twarzy, ale miałam na to coraz większą ochotę. Staliśmy tak jeszcze chwilę, do czasu, aż wrzawa ucichła. Zaczęłam przypuszczać, że pewnie to jacyś jego kumple, a on stara się przed nimi schować. W końcu mnie puścił, a ja zdałam sobie sprawę, że pomimo tego, iż mnie już nie trzyma, dalej stoję do niego przytulona plecami. Poczułam, że się uśmiecha. Odskoczyłam jak oparzona, odwróciłam się i zamarłam. Już wiedziałam skąd znam ten głos i kogo mi przypominała cała jego postać. Jak mogłam nie poznać od razu? Te włosy, budowa ciała… a teraz jeszcze te oczy i uśmiech. Pomyślałam, że zaraz zemdleję. Niemożliwe! To nie może być on. Co on robiłby w Polsce, do tego na lotnisku w Pyrzowicach?
- Lee Jun Ki!? – wrzasnęłam jak nienormalna. Ten od razu znów mnie złapał i zakrył mi usta.
- Cicho – powiedział i ciągnął dalej troszkę łamaną polszczyzną – Jak będziesz się tak drzeć, to usłyszy cię zaraz całe lotnisko, a ja będę musiał znów uciekać, tyle, że nie bardzo mam już gdzie!
Stałam jak wryta i się na niego gapiłam. Byłam w szoku. Nie mogłam uwierzyć temu, co widzę. To niemożliwe, żeby on tu był! Jak?! Dlaczego?! Miałam ochotę skakać, piszczeć i wrzeszczeć. Chyba pierwszy raz w życiu rozumiałam te szalejące fanki, kiedy ktoś znany pojawiał się w miejscu publicznym. Na całe szczęście, mój rzadko działający móżdżek włączył się w odpowiedniej chwili. Przypomniał mi, moje własne słowa, jak to obiecywałam sobie nie raz, że nigdy w życiu w obecności idola nie zachowam się jak typowa „psycho-fanka”. W końcu to też zwykły człowiek, który po prostu miał trochę więcej szczęścia w życiu ode mnie. Jednak dalej stałam i wpatrywałam się w niego.
Po chwili, gdy nie dochodziły nas już żadne odgłosy przeczesującego lotnisko tłumu fanek, Jun Ki odezwał się pierwszy:
- Jak widzę, ja nie muszę ci się przedstawiać? – zapytał. - Zdaje się, że już mnie rozpoznałaś, o czym chyba pół lotniska się dowiedziało, gdy krzyknęłaś – i uśmiechnął się pokazując rządek swoich bielusieńkich ząbków. Ja zrobiłam się czerwona, no może nie czerwona, bo nie mam w zwyczaju tego robić, ale gdybym miała pewnie właśnie paliłabym się ze wstydu, więc powiedzmy, że się speszyłam (co jest dość delikatnym określeniem mojego stanu w tamtej chwili). Nie wiedziałam co powiedzieć, natomiast on ciągnął dalej:
- Ale może tak ty mi się przedstawisz? Miło by było wiedzieć, jak ma na imię pierwsza osoba, która zamiast się cieszyć na mój widok, szarpie mnie i się wścieka, w końcu nie zdarza mi się to zbyt często.
W tym momencie, przypomniałam sobie, dlaczego ja tu jestem i czemu go goniłam. I nie zwracając uwagi na to, iż to przecież jest mój ulubieniec – Lee Jun Ki, cała złość wróciła na nowo.
- To nie istotne jak mam na imię! Nie goniłam cię z tymi walizami – tu wskazałam na swój bagaż – po to, żeby urządzać sobie z tobą pogawędki! – ja to chyba nie jestem typowym przedstawicielem polskiego narodu, gdzie u mnie ta słynna polska gościnność? Zamiast się grzecznie przywitać, wściekam się na przybysza. No dobra, trzeba się uspokoić.
- Dobra, przepraszam, że się tak wściekam. Mam ciężki dzień po prostu. Zacznijmy od początku. Jestem Patrycja. – Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, on odpowiedział tym samym.
- Nie ma sprawy, rozumiem, co znaczy mieć ciężki dzień – powiedział, dalej trzymając moją dłoń.
- Wierzę
- Tak w ogóle, wspominałaś coś o tym, że zniszczyłem ci telefon? Bardzo za to przepraszam. Nie zrobiłem tego specjalnie, po prostu nie miałem dzisiaj sił na spotkanie z tymi wszystkimii fanami. Nie spodziewałem się, że jestem aż tak znany nawet w Polsce. Przyjechałem tutaj na sesję zdjęciową i miałem nadzieję, że uda mi się ją w spokoju zrobić a może nawet trochę odpocząć, ale chyba nie będę miał tyle szczęścia. – W tym momencie zaczął dzwonić jego telefon. Popatrzył na mnie.
- Odbierz – powiedziałam – To pewnie ważne.
Tak też zrobił: - Hallo? Tak już przyleciałem… Wiem… Wiem, że miałem czekać przy głównym wejściu, ale nie dało rady. Gdzie jestem…? Eee...?! – Spojrzał na mnie wyczekująco.
- Na tyłach lotniska, na parkingu dla dostawców – odparłam.
- Na tyłach lotniska, na parkingu dla dostawców – powtórzył. Kiedy tak rozmawiał, doszło do mnie, że nie miałam pojęcia, iż on po polsku potrafi mówić?! No to ci niespodzianka. – OK, OK. zaraz tam będę – zakończył rozmowę i włożył telefon do kieszeni. Stałam dalej, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć czy zrobić. Chyba pierwszy raz w życiu brakowało mi słów. On pierwszy przerwał ciszę.
- Dzwoniła osoba, która zajmuje się mną w Polsce. Prosiła, żebym przyszedł na postój taksówek, ten na uboczu. Wiesz gdzie to jest? – Spytał.
- Chyba tak, ale nie jestem pewna czy tej osobie chodzi o ten postój, o którym myślę, ale chodźmy, zobaczymy. – Ruszyliśmy.
Specjalnie prowadziłam go wszystkimi zauważonymi przeze mnie zakamarkami, nie chciałam wpaść na szalejące gdzieś po lotnisku grupy jego fanek. Szliśmy, a ja nawet nie zdając sobie z tego sprawy, cały czas przyglądałam się Junki’emu. Wyglądał dokładnie tak jak we wszystkich swoich filmach, czy na zdjęciach. Piękne, lśniące, długie czarne włosy, delikatna cera i oczy... Te jego piękne, skośne oczęta. Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę on, że idzie koło mnie jak jakiś znajomy. Nie! Muszę się przestać gapić! – myślałam. W tym momencie on spojrzał na mnie, uśmiechnął się i odezwał:
- Co mi się tak przyglądasz, aż tak dziwnie wyglądam? Tylko nie mów, że zaraz zamierzasz też zacząć skakać i piszczeć, bo kolejny raz nie zniosę tego dzisiaj.
- Nie, nie!!! Skądże! Po prostu ja... Szukam różnic – rzuciłam szybko – No wiesz, sprawdzam czy rzeczywiście jesteś taki sam jak w filmach czy teledyskach.
- I co stwierdzasz?
- ... że jesteś dokładnie taki sam – dodałam z uśmiechem.
W tym momencie, z piskiem opon zatrzymał się przed nami czarny samochód. Wyskoczył z niego jakiś obcy facet i ładuje Junki’ego do środka. Na początku się wystraszyłam, że go porywają czy coś, ale zaraz zdałam sobie sprawę, iż spieszą się po prostu, by nikt nie zobaczył, do jakiego samochodu wsiada mój idol. Drzwi zatrzasnęły się i samochód z piskiem opon ruszył. Ja trochę skołowana, bo ani „cześć”, ani żadnego „do widzenia” nie usłyszałam. Jednak kilka metrów dalej samochód zatrzymał się i opuszczono tylną szybę, przez którą dostrzegłam wystawioną głowę Junkosia. Zawołał mnie, więc podeszłam. Wręczył mi małą kartkę złożoną na cztery.
- Tu masz mój numer, zadzwoń jutro po południu, umówimy się, co dalej z twoją komórka. To do usłyszenia – powiedział z uśmiechem na ustach i odjechał.
A ja stałam tak dalej, z wyciągniętą ręką, a w niej kartką. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie miałam jeszcze szeroko otwartych ust, ale mam nadzieje, że nie. W głowie kłębiła mi się myśl: „Mam numer telefonu Junkiego! Nie wierzę! A może podał mi jakiś fałszywy? No, ale po co by miał to robić, mógł przecież wcale mi go nie podać!... Mam numer telefonu Junkosia!!!” Tanecznym krokiem zaczęłam kierować się w stronę głównego wejścia, aby poczekać na brata, a po głowie dalej biegały mi w kółko te same myśli.
Kiedy zbliżałam się w tamtym kierunku, już z daleka widziałam sylwetkę mojego brata. W końcu przy takim wzroście, nie da się go nie zauważyć, kiedy wystaje jakieś 20 cm nad innych ludzi. Podeszłam, zabrał mój bagaż i spakował do samochodu. Nie odezwał się do tej pory ani słowem, przeczuwałam, że coś jest nie tak. Jednak wolałam nie pytać, by nie psuć sobie mojego cudownego humoru...
Pojechaliśmy do domu...
Patikujek :)

Pierwsza notka

Na wstępie witam serdecznie wszystkich, którzy kiedykolwiek tutaj trafią.
Nazywam się Patrycja.  Bloga tego założyłam w przypływie natchnienia, by móc podzielić się z szerszym gronem moimi bazgrołami :P W ostatnim czasie za namową koleżanek, zaczęłam pisać fanficka z panem Lee Jun Ki'm w roli głównej. Początkowo miało to być tylko krótkie opowiadanko, jednak po pierwszym rozdziale wciągnęłam się w pisanie tak bardzo, że nie planuję tak szybko skończyć tej historii.
Wiem, że moje zdolności językowe nie są wybitne, jednak uznałam, ze mogę się nimi podzielić z szerszą publicznością. Postaram się jak najregularniej wklejać kolejne części mojej opowieści, jednak wpisy nie będą dotyczyły wyłącznie tego. Co jakiś czas planuję również przedstawić wam, któregoś z moich ulubieńców (czyt. azjatyckich ciasteczek :P) lub napisać coś całkowicie od rzeczy (co pewnie raz na jakiś czas będzie się zdarzało).
Mam nadzieję, że często będziecie odwiedzać to miejsce.
Do usłyszenia!


P.S
Na koniec chciałabym przedstawić moich 5 lokatorów bloga (znaczy rybki z dołu):
Czarny JunKi
Pomarańczowy YaPi
Żółty HoKi
Fioletowy Kame
Zielony ChuWu
  Patikujek :)