Gościu! Jeżeli coś przeczytasz to skomentuj. Lubię wiedzieć, że ktoś mnie odwiedza :D

wtorek, 24 sierpnia 2010

4. Junkosiowy szał - Ławka

Junkosiowy szał
4. Ławka 

   Ale miałam cuuuudny sen! W głowie dalej mi wiruje, w brzuchu bulgocze, a usta mi drżą... Dotknęłam swoich, ciepłych warg... Zaraz, zaraz... To nie był sen! To się zdarzyło naprawdę! Noc, blask księżyca, my dwoje... Tak, tak, zdecydowanie to nie był sen! Czyli to pożegnanie..? Aaa.. Ale zacznijmy od początku. 
Po umieszczeniu w kałuży Junkiego (na samo wspomnienie mam uśmiech na ustach), ucieczce przed Karolą, a następnie zostaniu tylko we dwoje, przeżyłam magiczne chwile. Na spacer wybraliśmy się do pobliskiego parku. Chodziliśmy długo ramie w ramię, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Junki opowiedział mi o życiu w Korei, o swoich ciężkich początkach w świecie showbiznesu. Jak nie raz już wszystko rzucał, by koniec końców jednak do tego powrócić, ile musiał się nacierpieć, by dojść do miejsca, w którym się obecnie znajduje. Osobiście nieraz czytałam o jego trudnych początkach, ale kiedy słyszy się to na żywo, od samego bohatera tych historii to tak naprawdę dopiero wtedy zaczyna człowiek o pojmować. Później przeszliśmy do radośniejszych tematów, przykładowo naszych śmiesznych wpadek. Zawsze myślałam, że to ja mam co opowiadać potomności, ale okazało się, iż byłam w błędzie. Te historie, jak to podczas nagrywania teledysku wkręcił sobie włosy w wentylator, jak pomylił drzwi i wszedł do damskiej szatni, skąd co ciekawe w pierwszym momencie nawet go nie wyrzucili... Oh Junki... 
Byłam w niebie... Nigdy nie śmiałabym nawet przypuszczać, że coś takiego może się zdarzyć w moim życiu, że chodząc po moim, nikomu nieznanym mieście będę rozmawiać z samym Lee Jun Ki’m. W końcu krocząc sobie spokojnie, no może nie do końca spokojnie, bo w ciemnościach nie raz już bym leżała twarzą do ziemi, gdyby nie refleks Junki’ego, w egipskich ciemnościach parku dostrzegliśmy ławeczkę. Nasz spacer trwał już około dwóch godzin, więc nogi domagały się odpoczynku, tak też zdecydowaliśmy się usiąść na chwilę. Podeszliśmy do ławki, odwróciliśmy tyłem i opadliśmy... Problem w tym, że nie na ławkę a na trawę. Jednocześnie zaczęliśmy się głośno śmiać. Jak się okazało, w mroku nie zauważyliśmy, iż ławce brakuje paru desek, a dokładnie miała tylko pierwszą z brzegu i ostatnią – górną. Dobrze, że było ciemno i nikt nie widział, jak siedzimy na ziemi z nogami powyżej głowy. Oboje przez dobre kilka minut nie potrafiliśmy się powstrzymać od śmiechu, co jeszcze bardziej utrudniało nam wydostanie się z drewnianej, parkowej pułapki. Junki’emu udało się uwolnić jako pierwszemu, otrzepał spodnie (mokre jeszcze po zafundowanej przeze mnie kąpieli w kałuży) i zaczął pomagać mi się wykaraskać. Nie było to wcale łatwe, jakoś się zaklinowałam i utknęłam. Junki ciągnął z całej siły, aż w końcu wyskoczyłam tyłkiem z potrzasku, jednak zrobiłam to z takim impetem, że poleciałam całym ciałem na mojego wybawcę, przewracając go na plecy i przygniatając do ziemi swoim ciałem! Leżąc tak, patrzyliśmy sobie w oczy, pomimo tego, iż wiedziałam, że powinnam się ruszyć, nie potrafiłam. Leżałam na nim bez ruchu, a on wpatrując się we mnie w ogóle nie wydawał się zniecierpliwiony tą sytuacją. Było mi ciężko oddychać, jego twarz tak blisko mojej, nasze oczy wpatrzone w siebie... Pomimo ciemności widziałam księżyc odbijający się w jego czarnych źrenicach. Mijały kolejne sekundy, a my ani drgnęliśmy... W końcu chłopak odezwał się pierwszy. 
- Masz tu coś we włosach – powiedział lekko skrępowany i wyjął  mojej czupryny jakiś listek. 
Tego mi było trzeba, jakiegoś bodźca by się poruszyć. Z prędkością światła zarwałam się na równe nogi, a on zaraz za mną. 
- Przepraszam – tyle dałam radę powiedzieć zmieszana. Zwykle się nie czerwienię, jednak w tym przypadku czułam żar wypływający na moje policzki. Dziękowałam Bogu, że jest tak ciemno i nikt tego nie widzi, a w szczególności pewna osoba. Chociaż u Junki’ego, też nie widziałam tej zwykłej mu pewności siebie. Oboje staliśmy tak, nie wiedząc za bardzo co powiedzieć. Czas działał na naszą niekorzyść i z każdą sekundą czuliśmy narastające zakłopotanie. Uznałam w końcu, że ta sytuacja zaczyna być śmieszna, przecież to był nic nieznaczący wypadek, a my, dwoje dorosłych ludzi zachowywaliśmy się, jakbyśmy co najmniej dziecko zrobili. Odwróciłam się w stronę ławki, która była powodem całego zamieszania i zaczęłam chichotać. Czułam na sobie spojrzenie Junkie’go, który wkrótce sam się roześmiał. 
 - Przykro mi, ale będę musiał zaraz iść – odezwał się po chwili. Mój humor momentalnie się pogorszył. Wiedziałam, że ta chwila nadejdzie w końcu, ale nie chciałam, żeby to było teraz. Tak właściwie to nie chciałam, żeby to było kiedykolwiek!
- Rozumiem – odpowiedziałam. – Szkoda, że tak szybko. 
- Będę w Polsce jeszcze przez jakiś czas, więc na pewno wkrótce się odezwę.  
- Ale nie masz mojego numeru?! 
- Dałaś mi maila, pamiętasz? – No tak, z tych wrażeń całkiem zapomniałam.
- Ach, prawda.
- Jednak mamy jeszcze chwilkę, także wykorzystajmy ją najlepiej jak się da – Tu się uśmiechnął, nie widziałam dobrze, ale jestem pewna, że to zrobił. Co ciekawe, podczas uśmiechania się musi emitować jakieś fale, ponieważ za każdym razem gdy tylko się uśmiechnie, czuję to w całym ciele, tak samo było teraz. 
Byłam ciekawa, co ma na myśli mówiąc: „...wykorzystajmy ją najlepiej jak się da” i też zaraz miałam poznałam odpowiedź.  
Spokojnie ruszyliśmy w kierunku wyjścia z parku. W towarzystwie Junkosia, czas leciał mi na tyle szybko, że nawet nie wiem, kiedy weszliśmy tak daleko w głąb. Idąc blisko siebie, co jakiś czas nasze dłonie się o siebie ocierały, przy każdym takim dotyku przechodził mnie dreszcz. W pewnym momencie, przy kolejnym takim dotknięciu, Junki niespodziewanie złapał mnie za dłoń, nasze palce się splotły... Nie spojrzeliśmy na siebie, szliśmy jak gdyby nigdy nic. Nie wiem jak to było z nim, ale ja miałam obawy, iż moje serce zaraz przebije klatkę piersiową i zacznie biegać po parku. Czułam ciepło napływające z jego dłoni, to było chyba najprzyjemniejsze uczucie, jakie istniało. Jego dłoń była tak gładka, ciepła i – pewna. Nie chciałabym już nigdy jej puszczać. Niestety, moje wymarzone „nigdy” w tym momencie dobiegło końca.  
Byliśmy już przy bramie parku. Junki stanął na przeciw mnie i puścił moją rękę. Miałam ochotę się rozpłakać... Dlaczego ten cholerny park nie jest większy, dlaczego jest już tak późno, dlaczego nie możemy zostać tak dłużej?! To tylko kilka z miliona pytań pt. „Dlaczego...” biegających po mojej głowie. Patrzyłam się... Nie ja się gapiłam na swoje stopy, nie mając odwagi podnieść głowy i się pożegnać. Wiedziałam, ze on ma mojego maila, a ja jego numer telefonu, ale co jeżeli nie uda nam się już spotkać? A nawet jeżeli uda, nikt mi nie zagwarantuje, że będzie równie przyjemnie!
- Muszę już iść Pati. – W końcu to powiedział, to było nieuniknione. Zdecydowałam się podnieść głowę. Musiałam to zrobić, w razie gdybyśmy mieli się więcej nie spotkać. Gdybym tego nie zrobiła, plułabym sobie w twarz do końca życia! 
- Szkoda – odpowiedziałam. – Mam nadzieję, że jeszcze uda nam się spotkać?
- Zdecydowanie musimy ten wieczór powtórzyć, tylko następnym razem może bez wrzucania mnie do kałuży, co? – Wyszczerzył zęby i naciągnął spodnie w miejscu, w którym były jeszcze mokre. 
- Jeszcze raz przepraszam za to, nie wiem jak mam ci to wynagrodzić..?
- Hmmm... Mam jeden pomysł... –  W tejże chwili zrobił krok w moim kierunku, a jego usta dotknęły moich! Miał takie miękkie i ciepłe wargi, idealnie pasowały do moich. 
Byłam zszokowana, nie wiedziałam jak się oddycha, nie potrafiłam się poruszyć, nawet nie myślałam w tamtym momencie. Stałam z szeroko otworzonymi oczyma, gapiąc się w nicość. 
Junki oderwał na moment swoje wargi i spojrzał mi w dalej niewidzące oczy. Poczułam chłód na swoich ustach. Wtedy dotknął lewą dłonią mojego policzka, prawa objął moją talię i przyciągnął do siebie. Nasze usta złączyły się po raz drugi, tym razem byłam już w stanie się poruszyć i oddać pocałunek. Moje ręce pomału objęły go za szyję. Jedna owinęła sobie wokół palców pasemko jego długich aksamitnych włosów, druga natomiast spoczęła na jego ramieniu. W tym momencie byłam gotowa oddać za niego życie, gdyby tylko poprosił. Nigdy nikt tak na mnie nie działał, przy nim nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Moje ciało i umysł nie miały w tej chwili ze sobą nic wspólnego, każde robiło co chciało. Natomiast moje serce i dusza zdecydowanie były pod komendą Junki’ego. Nie wiem jak długo tak staliśmy, ale moje kolana stawały się coraz miększe. W pewnej chwili, gdyby nie silne ramię Junkosia, byłabym już na ziemi. W tym też momencie, rozdzieliliśmy się. Pomału otworzyłam oczy, bojąc się, iż wydarzenia sprzed sekundy były tylko snem. Podniosłam delikatnie powieki, potem jeszcze troszkę. Moim oczom ukazał się anioł w ziemskiej postaci. Spojrzałam mu w oczy a na usta wkradł się uśmiech. Przede mną stał Junki ze świecącymi oczyma i szerokim uśmiechem na ustach. Wcześniej nawet tego nie czułam, ale nadal podtrzymywał mnie ręką w pasie. Kiedy to sobie uświadomiłam, nerwowo odsunęłam się o krok do tyłu. To był mój błąd, nie wiedziałam, że za mną wystaje wysoki krawężnik, tak też potknęłam się o niego i runęłam w tył. Nawet Junki, ze swym refleksem nie był w stanie temu zaradzić. Co ciekawsze, za krawężnikiem, zgadnijcie co było?!  
Brawo, zgadliście!  
Wielka kałuża! 
Tak, więc siedziałam na środku ogromnej kałuży, a chłopak, któremu jeszcze chwilę temu byłam w stanie oddać wszystko, czego by zażądał - zaśmiewał się do rozpuku.
- No to jesteśmy kwita – rzucił krótko i pomógł mi wstać.
Na pożegnanie przytulił mnie mocno, szepcząc mi do ucha, że odezwie się jak tylko znajdzie chwilę i żebym nie liczyła, na to, że przed nim ucieknę. Cmoknął mnie jeszcze w policzek na do widzenia i ruszył w swoim kierunku. 
Patrzyłam na oddalającą się postać, nie mając sił nawet się wściekać na swoją niezdarność. Byłam dalej zbyt oszołomiona tym, co zdarzyło się dzisiejszego wieczora, by myśleć o ubłoconych spodniach, w których będę musiała przemierzyć miasto, wracając do domu...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz