Gościu! Jeżeli coś przeczytasz to skomentuj. Lubię wiedzieć, że ktoś mnie odwiedza :D

piątek, 24 września 2010

1. Zagubione szczęście

To pierwszy rozdział mojego kolejnego opowiadania. Sporo różni się ono od Junkosiowego, ale mam nadzieję, że się spodoba. Życzę miłej lektury i z niecierpliwością czekam na komentarze oraz konstruktywną krytykę.
 
Zagubione szczęście




1. Bo tak to wszystko się zaczęło...


24 grudnia 1993r
- Nie płacz malutka... Tu będzie Ci o wiele lepiej niż ze mną! – Kolejne łzy spłynęły po gładkim policzku, następnie lądując na oblodzonych, marmurowych stopniach wielkiego budynku. – Pamiętaj tylko, że mamusia Cię bardzo kocha i nigdy o Tobie nie zapomni. – Na szyi dzieciątka został zapięty malutki złoty wisiorek w kształcie gwiazdki.
Zakapturzona, ubrana w długi, czarny, zakrywający dokładnie ciało płaszcz postać, schyliła się i po raz ostatni pocałowała maleńkie, zaledwie kilkudniowe czółko, po czym szybkim krokiem oddaliła się w ciemność tej mroźnej, zimowej nocy. Ową postacią była Karina. Bardzo młoda kobieta, która swoją urodą mogłaby przyćmić nie jedną gwiazdę filmową. Miała długie, prawie do pasa delikatnie falujące kasztanowe włosy, delikatna skórę oraz długie i zgrabne nogi. Gdy jeszcze parę lat wcześniej przechadzała się po okolicy, nie było męskich oczu, które by za nią nie spojrzały. Jednak w tym momencie nie wyglądała szczególnie atrakcyjnie. Zniszczone ubranie, wypieki na twarzy, siniec pod okiem oraz rozmazany od płaczu makijaż... Gdyby ktoś jej nie znał, uznałby ją za pierwszą lepszą kurwę uliczną.

 Czerwiec 1994r
- Jaka ona urocza! – Dwie pary skośnych, młodych oczu nachyliły się nad uśmiechniętą, żywą laleczką.
- Och malutka... Już wkrótce zamieszkasz z nami... Tak, tak też się cieszę! – Kobieta mówiła do dziecka melodyjnym głosem w swoim ojczystym języku. – W naszym kraju jest pięknie, spodoba ci się zobaczysz! Jestem też pewna, że będziesz miała w przyszłości wielu przyjaciół, jeśli tylko będziesz wszystkich wokoło obdarzać, właśnie takim uśmiechem – dotknęła delikatnie uniesionych kącików ust .
- Moi drodzy! Wszystkie papiery się zgadzają. Oto paszport Kamili wystawiony już na jej nowe imię oraz wszystkie inne potrzebne dokumenty. – Gdy tłumaczka przekładała słowa na koreański, dyrektorka wręczyła uszczęśliwionym rodzicom dokumenty adopcyjne (już teraz) ich córeczki.
- Jon Byun-Ra – Przeczytał na głos dumny tata. – Od dzisiaj słoneczko jesteś Jon Byun-Ra! Chodź do tatusia! – Wyciągnął ręce w stronę dziewczynki, która chętnie poddała się zmianie trzymających ją ramion, nie przestając się uśmiechać.
Godzinę później, rodzina była już na lotnisku gotowa do długiej podróży. Cieszyli się, iż wszystko poszło po ich myśli i wiozą ze sobą do domu nowego członka rodziny.
Państwo Jon od dawna starali się o dziecko, jednak pomimo usilnych prób nie udawało im się. Oboje byli młodzi i marzyli o potomku, niestety nie był im dany. Każda próba kończyła się fiaskiem, aż po kilku latach pogodzili się z faktem, iż nigdy w ich domu nie będzie słychać tupania małych stópek. Wydawało się, że poddali się już na dobre. Jednak pewnego razu, kiedy odwiedzali rodzinę w Polsce oboje zauważyli jeszcze jedna możliwość, której jakoś wcześniej nie brali pod uwagę.
Dom kuzyna Won-Sa mieścił się zaraz obok małego, starego sierocińca. Gdy pewnego dnia spacerowali z Min-Na obok, zobaczyli a właściwie bardziej usłyszeli płaczącą maleńką osóbkę. Nigdzie nie było widać opiekunki, więc podeszli do wózka i zaczęli kołysać maleństwo. Dziecko natychmiast się uspokoiło i w tym też momencie oboje zdecydowali – Ona będzie nasza!
Od tego momentu prawie pół roku zajęło im załatwianie wszystkich spraw związanych z adopcją oraz wywiezieniem dziecka za granicę.
Teraz szczęśliwi rodzice wraz ze swoją, śpiąca w ich ramionach córeczką, lecieli do domu... Do Seulu w Korei Południowej.

Kamila, a obecnie już Byun-Ra była naprawdę uroczym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta. Jedynymi momentami, w których uśmiech znikał jej z twarzy były chwile, gdy zostawała sama. Wtedy pod powiekami szybko zbierały się łezki... Nikt nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego to dziecko musiało tyle przejść? Jak to możliwe, że ktoś jej nie chciał i porzucił?
Byun-Ra w domu została powitana przez całą rodzinę jak księżniczka. Jeszcze kilka dni wcześniej nie miała nikogo, a teraz posiadała kochających ją rodziców i dziadków.

Przez następne dziesięć lat była rozpieszczana, jak mało które dziecko. Miała wszystko, czego zapragnęła, a cała rodzina była na jej kiwnięcie palcem, co ułatwiała majętność rodziny. Dziewczynka jednak wcale się przez to nie rozpuściła. Wręcz przeciwnie, była zawsze dla wszystkich grzeczna, a jej uśmiech dalej potrafił rozgonić wszystkie smutki. Było tylko kilka dni, gdy nie była sobą. Było to po śmierci babci. Na szczęście Byun-Ra była wtedy zbyt mała by to zrozumieć i jedynie tęskniła nie wiedząc, co tak naprawdę się stało.



Listopad 2004r
- Jak to możliwe?!
- Nie tak głośno! Mała usłyszy!
– Dwie pokojówki zażarcie dyskutowały w pokoju.
Twinkie (jak to lubili nazywać ją znajomi i rodzice) nie miała w zwyczaju podsłuchiwać i pewnie tym razem również by tego nie robiła, gdyby nie usłyszała imienia swojej matki.
- Jesteś tego pewna? – Kobiety ciągnęły rozmowę szeptem, przez co dziewczyna jeszcze ściślej przylgnęła do drzwi.
- Tak, przed chwilą dzwonili z komendy policji. Powiedzieli, że nikt nie przeżył. – Źrenice dziewczynki rozszerzyły się do granic możliwości, a małe dłonie zacisnęły się w piąstki. Słuchała dalej mając nadzieję, iż coś opacznie zrozumiała
- Biedni ludzie, ale co teraz stanie się z dzieciakiem?
- Nie wiem... Pewnie trafi do domu dziecka
.
Po tych słowach Byun-Ra nie czekała dłużej. To jej wystarczyło, wszystko zrozumiała. Coś stało się z jej rodzicami, a ja mieli zabrać do domu dziecka. Postanowiła się nie dać, uznała że pomimo swojego, młodego wieku poradzi sobie sama. Pobiegła do pokoju i zaczęła wrzucać do walizki ubrania oraz inne potrzebne artykułu, które mogły się jej przydać podczas samotnego życia.
Nie płakała... Nie umiała. Czuła się tak, jakby już się kiedyś zdarzyła taka sytuacja. Jakby już w przeszłości straciła kogoś ukochanego. Pomyślała o babci.
- Tak to pewnie przez nią... – Powiedziała do siebie.
Pakowanie zajęło jej dziesięć minut. Przed samym wyjściem złapała jeszcze za swoją skarbonkę, od lat napełnianą i wyszła z domu tylnymi drzwiami, tak by nikt jej nie zauważył.

Jak można było przypuszczać takie dziecko, nie znające życia ulicznego, nie miało szans na utrzymanie się w tym świecie. Po trzech dniach tułaczki, jej organizm nie był w stanie dłużej tego ciągnąć. Padła zemdlona w parku. Po tych kilku dniach, w których przez swoją naiwność zdążyła zostać okradziona ze wszystkich pieniędzy oraz walizki z ubraniami nie wyglądała już na dziecko pochodzące z dobrej, zamożnej rodziny. Wyglądała jak każde inne dziecko pochodzące ze slumsów. Dlatego też, mała bezdomna, leżąca w parku w okolicy ubogiej dzielnicy nie robiła na nikim wrażenia. 


Czerwiec 2010
PLAC! – Dźwięk dłoni uderzającej o policzek poniósł się echem po pustym korytarzu starego, obskurnego motelu.
- Czy ciebie do reszty pojebało?! Nie robisz tego pierwszy raz. Jeżeli klient wymaga to ma dostać!
- Ale...
- Jakie ale?! Nie ma żadnego ale! Masz tam natychmiast wrócić i zrobić swoje, za to ci kurwa płacę! Pamiętaj, że gdyby nie ja już wtedy jacyś handlarze sprzedaliby cię na narządy!
– Szarpnął wystraszoną dziewczynę za włosy i wrzucił z powrotem do zaśmierdłego pokoju.
Gdyby miała inna szansę, już dawno zrezygnowałaby z tego co robiła. Wcale jej się to nie podobało, jednak nie miała wyjścia. Praca na ulicy była jedną możliwością jakiegokolwiek zarobku. Tylko dzięki temu, miała za co się utrzymać. Do tego tak jak powiedział sam Charli, wisiała mu spora przysługę za przygarnięcie jej w dzieciństwie z ulicy.

Kilka lat wcześniej to właśnie on znalazł małą, brudną i nieprzytomną dziewczynkę nad ranem w parku. Kiedy spojrzał na jej twarz, od razu wiedział, że gdy trochę podrośnie będzie z niej niesamowita piękność i prawdopodobnie tylko dlatego zdecydował się przygarnąć dzieciaka do swojego burdelu.
Charli był mężczyzną w średnim wieku. Od urodzenia zaznajomiony z nocnym życiem. Swój klub (jeżeli tak można nazwać tę zatęchłą dziurę, której był właścicielem) odziedziczył po zmarłym wujku. Nazwał go „Szok”, pewnie jak to nie raz mawiała Twinkie, przez uczucie jakie dopadało człowieka, gdy pierwszy raz wchodził do tej brudnej nory.
Byun-Ra początkowo zajmowała się całą brudną robotą. Sprzątała, prała i gotowała. Była na posyłki innych kobiet. W wieku 10 lat nie raz widziała rzeczy, których nie powinna jeszcze długo zobaczyć. Na szczęście była twarda, a ciężka praca nie zniszczyła jej ani charakteru, ani wyglądu. Twinkie wyrosła na naprawdę piękną kobietę. Wyglądu zazdrościła jej nie jedna, dlatego nie miała łatwego życia wśród koleżanek po fachu. Była szczupła, ale nie chuda, grube, falujące i lśniące kasztanowe włosy spływały jej zawsze miękką falą na plecy i kończyły się w okolicy bioder. Miała około 170 centymetrów, więc wyróżniała się wzrostem wśród kobiet, jednak tym, co odróżniało ją od innych najbardziej nie był wzrost a zachodni typ urody. Blada, gładka cera i duże okrągłe zielone oczy. Taki wygląd był bardzo pożądany wśród azjatyckich mężczyzn, co było jej przekleństwem. Już w wieku trzynastu lat zdarzały się przypadki, iż klienci próbowali zaciągnąć małą do łóżka. Na szczęście w takich momentach zazwyczaj ratował ją Charli. Nie robił tego jednak bezinteresownie... Od pierwszego dnia, gdy ujrzał brudną twarzyczkę Byun-Ra, nie potrafił przestać o niej myśleć i wtedy też uznał, że najpierw ona będzie jego. W tamtym czasie dziewczyna jeszcze o tym nie wiedziała, ale nie dane jej było długo żyć w błogim spokoju i fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, wynikających z nieświadomości. Gdy ataki na jej osobę zaczynały występować coraz regularniej uznał, że długo już nie uda mu się jej upilnować przed napaleńcami, tak tez najwyższy czas samemu się za nią zabrać.
- Charli? Chciałeś mnie widzieć? – Zapytała Twinkie wchodząc do obskurnej sypialni.
- Tak, zamknij drzwi i siadaj mała. – Poklepał łóżko, na którym siedział.
Dziewczynka posłusznie, lecz niepewnie zajęła wskazane miejsce.
- Lola mówiła, żebym do ciebie przyszła. Czy coś się stało, zrobiłam coś nie tak?
- Nie, nie, skądże! Po prostu uznałem, że dawno nie rozmawialiśmy.
– Odpowiedział z uśmiechem i objął ją ramieniem. – Ale ty wyrosłaś, od kiedy pierwszy raz się tu zjawiłaś! Stałaś się już prawdziwą kobietą!
Zauważył przejeżdżając wzrokiem po całej sylwetce Twinkie, z krótkim postojem na wysokości klatki piersiowej, gdzie spod cienkiego materiału obszernej bluzki można było dostrzec całkiem znaczne wypukłości.
Ręka ześlizgnęła mu się niżej wzdłuż ramienia do łokcia, a następnie lekko w tył by zatrzymać się na biodrze. Pod wpływem tego dotyku dziewczynka zadrżała. Mężczyzna czując to przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej.
- Spokojnie malutka! – Powiedział, gdy dziewczyna próbowała się od niego odsunąć. – Wszystko będzie dobrze. Przecież możesz mi zaufać, prawda? – W odpowiedzi mała ślicznotka tylko skinęła niepewnie głową.
Ruch ten był dla Charliego prawie jak pozwolenie na kolejny krok. Jego ręka wcześniej spoczywająca na biodrze, wślizgnęła się pod bluzkę, głaszcząc nagą, delikatną skórę pleców.
- Pamiętaj, że musisz być grzeczna. – Powiedział reagując na wstrzymanie oddechu swojej ofiary. – Nie zapominaj, że zawdzięczasz mi życie!
Dobrze wiedział, iż te słowa podziałają na Byun-Ra. Od dnia, kiedy do niego trafiła, starała się robić wszystko jak najlepiej, by tylko odwdzięczyć się za przygarnięcie.
Jego kolejne posunięcia były coraz odważniejsze. Druga ręka powędrowała na kolano, a następnie zaczęła się przesuwać wzdłuż uda. W końcu podniecenie wzięło górę i nie próbując się nawet pohamować, popchnął dziewczynę na plecy. Jej jakiekolwiek protesty nie robiły na nim większego wrażenia, a na pomoc z zewnątrz tez nie miała co liczyć. Każdy miał gdzieś krzyki jakiejś małolaty.

Tamto wydarzenie dość znacznie wpłynęło na zachowanie Twinkie. Stała się bardziej zamknięta w sobie i przestała ufać komukolwiek, ale w dalszym ciągu była pewna siebie i nie dawała innym sobą pomiatać. Poza Charlim. Choć go nienawidziła, wolała mu się nie stawiać. Dobrze wiedziała jak może skończyć się przeciwstawianie szefowi. Nie jeden raz widziała go w furii wyżywającego się na którejś z pracownic. Nawet, gdy była niewinna wolała siedzieć cicho i przyjąć karę w spokoju, niż się postawić i oberwać dwa razy bardziej.
Jako pupilka szefa, jak to mówiły o niej pozostałe kobiety, przez lata wyrobiła sobie pozycję wśród innych pracujących w tym miejscu kobiet. Nie zawdzięczała tego szacunkowi do jej osoby, ale strachowi przed Charlim. Wszystkie dobrze wiedziały, że pomimo faktu, iż też obrywa ma u niego największe względy z nich wszystkich i ich słowa nie mogą się równać jej.
W klubie Byun-Ra grała silną i zdecydowaną. Jednak, kiedy tylko znalazła się na osobności w swojej pustelni, pozwalała sobie na chwile słabości. Często zdarzało jej się płakać z bezsilności. Dla ukojenia nerwów robiła to, co kochała najbardziej – śpiewała, ale tylko w samotności. Od czasu wypadku rodziców, nigdy nikomu nie pokazała swojego talentu. Najczęściej nuciła piosenki, których nauczyli ją rodzice. To właśnie oni jako pierwsi zauważyli jej talent i wysłali ją na lekcje śpiewu, gdzie wszyscy wychwalali jej głos. Czasem nucąc zastanawiała się, jakby to było, gdyby jej życie potoczyło się inaczej? Może byłaby teraz, w wieku siedemnastu lat sławną piosenkarką? W takich momentach ponosiła ją wyobraźnia i dziewczyna zaczynała śpiewać i tańczyć tak jakby była na wielkiej scenie. Sceną jej był brzeg rzeki zaraz obok ogromnego mostu. A wysoko nad jej głową słyszała miejski gwar, setek ludzi niewiedzących i niechcących wiedzieć o istnieniu takiej osoby jak ona.
Także tym razem po wykonaniu jednej z obrzydliwych zachcianek klienta uciekła do swojej pustelni by odizolować się od okrutnego świata. Głośno śpiewając starała się nie myśleć o okrutnej rzeczywistości.

niedziela, 19 września 2010

14. Junkosiowy szał - Finał

Szczerze mówiąc to nie wiem czy ktoś te moje wypociny tutaj czyta, ale nawet jeżeli to nic nie komentuje, a szkoda. Dzisiaj wklejam ostatni rozdział "Junkosiowego szału" Mam nadzieję, że zakończenie się spodoba tym, którzy czytają :D
Zaczęłam też już pracę nad kolejnym opowiadaniem. Jest ono jednak całkowicie różne od tego, no ale trzymam kciuki za to, że się spodoba :)

Junkosiowy szał
14. Finał
- Co oni kombinują?! – Głośno myślałam, stojąc zestresowana i czekając na nieznane.
Kuba zaciągnął Junkiego za róg domu, gdzie nie mogłam ich usłyszeć, a już tym bardziej zobaczyć. Denerwowałam się jak rzadko.
- Co Kuba mógł mieć mu do powiedzenia? A co, jak pogorszy jeszcze tę sytuację?! Kuba... – Jęknęłam z żalu.
Po dziesięciu minutach zatrważającej niepewności moim oczom ukazały się dwie męskie sylwetki. Obaj szli samodzielnie i nie widziałam u nich żadnych urazów.
- Uff... Są cali – moje największe obawy dotyczące tego, iż mogą sobie zrobić krzywdę zniknęły. Chociaż te... Jednak ich wyrazy twarzy i tak mnie do końca nie uspokajały.
Chłopcy szli w moją stronę z poważnymi minami. Z ich oczu również nie dało się nic wyczytać. Zamiast się stopniowo uspokajać, martwiłam się coraz bardziej. W pewnym momencie Junki stanął kilka metrów od mojej osoby, natomiast Kuba dokładnie przede mną. Położył mi ręce na ramionach i lekko się zgarbił, tak że jego oczy znalazły się na poziomie moich.
- Pati! Posłuchaj mnie teraz. Porozmawiałem sobie chwile z twoim znajomym i uważam, że zasługuje na poznanie prawdy.
- O czym ty mówisz?!
– Spytałam zaskoczona.
- Junki to fajny chłopak, powinien w końcu się dowiedzieć, co naprawdę do niego czujesz. Powiedz mu prawdę! Niech wie, że to mnie kochasz. Że zawsze kochałaś i nigdy nie przestałaś. Ja próbowałem, ale powiedział, że musi to usłyszeć od ciebie.
- Jakub! Oszalałeś!
- Nie ma sensu tego dłużej ukrywać, powiedz wreszcie głośno, co nas łączy.
- Co ty do diaska mówisz?!
– Warknęłam.
- Jak to co?! Przed momentem jak rozmawiałem z Junkim, ona zapytał mnie co jest między nami?. Tak też powiedziałem mu prawdę, że teraz kiedy wróciłem znów jesteśmy razem.
Czułam się jak główna bohaterka jakiejś durnej telenoweli słuchając tego, co mówi do mnie Kuba. Z dwoma wielkimi znakami zapytania w oczach, odwróciłam się i spojrzałam na Junkiego. Wszystkie mięśnie jego twarzy były napięte, natomiast oczy mogłyby wywołać kolejne zlodowacenie. Wróciłam wzrokiem do chłopaka stojącego przede mną.
 Nie mogłam uwierzyć, że ta sytuacja dzieje się naprawdę. Przecież gdy ostatnio rozmawiałam z przyjacielem, wydawało mi się, iż doszliśmy do porozumienia i uzgodniliśmy, ze nasze uczucia względem siebie to już przeszłość? Co się w takim razie zmieniło od tamtego czasu?! Byłam ogłupiała...
- Pati powiedz coś! Powiedz teraz nam obojgu, co w rzeczywistości kryje się w twoim sercu? – Zwrócił się do mnie po raz kolejny Kuba.
Wiedziałam, że jeżeli powiem teraz wszystko, któregoś z nich to zaboli. Nie chciałam rezygnować z żadnego. Jeden był wspaniałym i nieocenionym przyjacielem, na którego mogłam liczyć od dzieciństwa. Drugi natomiast był miłością mojego życia. Właśnie... Kochałam go i co by się nie działo nie mogłam stracić tej miłości!
Gdy długo się nie odzywałam, zauważyłam jak Junki stopniowo się odwraca i zamierza odejść.
- Czekaj! – Krzyknęłam w jego kierunku.
- Nie chcę wam przeszkadzać, lepiej już pójdę w swoją stronę – odpowiedział na moja zaczepkę.
- Najpierw daj mi coś powiedzieć, a potem zrobisz co będziesz chciał i nie będę cię zatrzymywać. – Zadziałało, stanął.
- Kubuś słoneczko, wiesz że cię kocham? – Junki zacinał usta i napiął chyba wszystkie mięśnie swojego ciała, a ja kontynuowałam nie czekając na odpowiedź Kuby – Ale kocham cię jak brata. Jesteś moim najwspanialszym przyjacielem, jednak TYLKO przyjacielem. – Pierwsze łzy, które już dawno kręciły mi się w oczach, spłynęły po moich policzkach. Choćby następne słowa nie wiem jak zraniły Kubę, musiałam je powiedzieć. – Wszystkie moje myśli obecnie zawładnięte są przez Junkiego – Wzięłam głęboki oddech... – Moje serce bije tylko dla niego, kocham go i nic tego nie zmieni! - Powiedziałam to! Nie wierzę, ale powiedziałam to głośno!
Kuba puścił moje ramiona i wyprostował się. Byłam przekonana, że jest na mnie wściekły, a przynajmniej zły. Jednak on miał na ustach lekki uśmieszek. Spojrzałam na Junkiego. Dalej stał spięty z poważną miną.
- A nie mówiłem?! – Słowa skierowane zostały przez Kubę do mojego ukochanego.
- Hę...?! – Nierozumiejąca niczego, przerzucałam swoje spojrzenie z jednego chłopaka na drugiego.
Jakub ruszył w stronę Junkiego w dalszym ciągu opartego o maskę samochodu. Następnie popchnął go w moim kierunku, po czym sam zajął jego miejsce chichocząc. Junkoś podszedł i stanął dokładnie przede mną. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, natomiast w oczach coś się zmieniło. Nie były już takie rażące lodem jak jeszcze chwilę temu. Spojrzał mi głęboko w oczy. Z obu stron na policzkach oraz linii żuchwy poczułam jego dłonie, które skierowały moją głowę delikatnie w swoją stronę. Kiedy jego twarz zbliżała się do mojej przymknęłam oczy, a na czole poczułam ciepły dotyk jego warg.
Odsunął mnie od siebie na długość ramion.
- Nie można było tak od początku? – Zapytał
- Co? Czego?
- Nie mogłaś mi już dawno powiedzieć o swoich uczuciach? Powiedz mi, co chciałaś osiągnąć przez trzymanie mnie w niepewności? Przecież wiesz co do ciebie czuję i chyba rozumiesz jakie było dla mnie trudne widzieć cię z innym facetem? Dodatkowo przyjacielem z dzieciństwa!
- Czekałam na odpowiedni moment
– Odpowiedziałam z łobuzerskim uśmieszkiem na ustach. – Przepraszam. - Wypowiadając to słowo wyciągnęłam głowę w jego kierunku i dotknęłam ustami jego ust. Moje ręce powędrowały na jego barki, szyję, a następnie kark, natomiast jego silne ramiona, objęły mnie w talii i łapczywie przycisnęły do siebie, jakbym miała zaraz im gdzieś umknąć. Spragniona pocałunków ukochanego po długiej abstynencji, wczepiłam się energicznie w jego usta nie dając ani jemu, ani sobie chwili wytchnienia. Wyglądało na to, że jego uczucia były podobne, bo również nie próbował przerwać tej chwili.
- Ekhmmmm... Nie chciałbym przeszkadzać, ale ja się będę już zbierał. Pa... – Pomachał i odszedł w stronę swojego samochodu. My jednak nie zwróciliśmy na to większej uwagi, byliśmy zbyt zajęci sobą.

   Junki w Polsce przebywał jeszcze miesiąc. Najpiękniejszy miesiąc mojego życia. Teraz gdy oboje wreszcie wiedzieliśmy, co do siebie czujemy, mogliśmy się całkowicie odprężyć i wykorzystywać najlepiej jak się da dany nam czas. Kiedy tylko Junki kończył pracę, natychmiast pojawiał się u mnie, gdzie siedzieliśmy rozkoszując się swoim towarzystwem, lub wybieraliśmy się na wycieczki po okolicy. Równie często, zaglądaliśmy także do niego. Co nieraz kończyło się dopiero porannym powrotem do domu w moim przypadku. Musiałam to przyznać otwarcie, ja po prostu byłam całkowicie w nim zakochana i to jak nigdy w nikim. Gdy byłam z nim, nie było mi do szczęścia potrzeba nic więcej. Mogłabym nawet siedzieć w więziennej, zimnej celi, gdyby tylko koło mnie siedział mój najdroższy.
Dni upływały nam niestety bardzo szybko i data wyjazdu Junkiego zbliżała się nieubłaganie. Do tego okrutnego momentu został już tylko tydzień, ale ja nadal nie potrafiłam przyjąć do wiadomości faktu, iż niedługo już nie będzie ze mną człowieka, za którego byłabym w stanie oddać życie.
- Kochanie musimy dzisiaj poważnie porozmawiać! – Powiedział tego ranka do mnie Junki przez telefon gdy, jak co dzień rozmawialiśmy po przebudzeniu się.
- Czy cos się stało? – Zapytałam lekko wystraszona.
- Nie martw się, to nic takiego, jednak chciałbym z tobą porozmawiać o tym osobiście. Przyjadę po ciebie koło trzynastej i zabiorę gdzieś na obiad. Wtedy porozmawiamy, dobrze?
- Zaczynam się bać, no ale dobrze.
- Kocham cię, pamiętaj o tym. Pa.
- Ja też cię kocham. Papa

Jego słowa niesamowicie mnie zaniepokoiły. Nie wiem dlaczego, ale miałam jakieś złe przeczucia. Zastanawiałam się, o co może chodzić. Jednak nic sensownego nie chciało mi przyjść do głowy. Pół dnia chodziłam jak struta, psując tym humor innym domownikom, aż nadszedł czas spotkania. Wyszykowałam się by być gotową na pierwsza popołudniu i niecierpliwie czekałam momentu, gdy czerwona Honda zajedzie przed mój blok. Stałam i stałam, gdy dochodziło już piętnaście po pierwszej. Junki nigdy się nie spóźniał, zaczynałam się poważnie martwić. Po kolejnych pięciu minutach Junkiego nadal nie było widać, a telefon miał wyłączony. Pewnie zdjęcia się przesunęły – uspokajałam się w duchu. Zdecydowałam przejść się kawałek by rozruszać nogi, zdrętwiałe od stania w miejscu. Nie zdążyłam wyjść za blok, gdy na horyzoncie ujrzałam jadący z duża prędkością czerwoniutki samochód. To był on. Nikt inny nie ma tutaj takiego auta, jak również nikt inny nie jeździ tutaj z taką prędkością. Junki stanął praktycznie przed moimi nogami i szybko wysiadł, od drzwi tłumacząc się i przepraszając za spóźnienie. Nie miałam mu tego za złe, rozumiałam przecież, że z pracą to różnie bywa i nie zawsze się nam udaje wszystko. Dlatego też nie dając mu skończyć tego rozpaczliwie błagającego o wybaczenie monologu, szybkim ruchem zarzuciłam mu ręce na szyje i zatkałam mu, cały czas walczące ze mną ciepłe usta swoimi wargami. Kiedy po kilku chwilach, przestał bełkotać pozwoliłam mu wziąć oddech.
- Jeżeli powiedziałbyś jeszcze słowo to sama bym się chyba udusiła. – Powiedziałam ciężko dysząc, ale szczerze i szeroko się do niego uśmiechając.
- To zrobiłbym ci wtedy oddychanie usta-usta – odpowiedział również uśmiechając się do mnie, a w następnej chwili już całując mnie z wielką żarliwością. Tę przyjemną scenkę zakłócił niestety pewien dźwięk wydobywający się z  mojego brzucha. Ja na widok Junkiego zapominałam o wszystkim, jednak jak się okazuje moje wnętrzności nie i właśnie w tym momencie przypominały, iż czas na posiłek już minął i czas to nadrobić.
- Coś mi się wydaje, że moje spóźnienie nie spodobało się twojemu żołądkowi – wyszczerzył zęby. – On na mnie warczy – powiedział chichocząc oraz przystawiając ucho w kierunku mojego żarłocznego żołądka.
- Uważaj bo cię ugryzie!
- Nie odważy się!
- Ja bym nie była tego taka pewna... Aaa...
– Zapiszczałam kiedy Junki złapał mnie w pasie i przerzucił sobie przez ramię.
- Dalej myślisz, że twój brzuch miałby ze mną jakiekolwiek szanse?!
- Oczywiście
– odparłam wesoło, wisząc w dalszym ciągu głową w dół, wzdłuż jego pleców.
Nasze wygłupy zrobiły się zbyt głośne, gdyż ludzie zaczęli się na nas gapić. Uznałam, że najwyższy czas się stąd wynieść, tym bardziej, że moi rodzice nadal nie wiedzieli nic o moim nowych chłopaku. A nie miałam wtedy ochoty im tego wszystkiego tłumaczyć.
- Jeżeli nie chcesz, by mój głód przemówił pełnią siły to może chodźmy już gdzieś coś zjeść?
Niecałą minutę później, jedynym śladem, który mógł wskazywać, iż kiedykolwiek tu byliśmy, była chmura kurzu unosząca się spod kół.
Wylądowaliśmy w małej pizzerii za miastem, gdzie prawdopodobieństwo, iż ktoś rozpozna Junkiego wynosiło minus dziesięć. Tam mogliśmy spokojnie coś zjeść zajmując się tylko sobą. Gdy weszliśmy, Junki poprowadził mnie w stronę stolika na uboczu. Gdy usiedliśmy, kelner zaraz wręczył nam menu.
- Zamawiaj na co masz ochotę. – Stwierdził chłopak siedzący na przeciw mnie.
- Hmmm... Niezły wybór. Może...
- Ja chcę Hawajską!
- Moja ulubiona! To ja poproszę to samo
. – Powiedziałam ucieszona.
Początkowo jedliśmy w milczeniu, w końcu jednak Junki zaczął rozmowę.
- Patuś wiesz już, że w przyszłym tygodniu musze wyjechać?
- Niestety
– spuściłam wzrok próbując opanować łzy cisnące się do oczu. Poczułam ciepło na swojej dłoni, trzymanej akurat na kolanach pod stołem. Spojrzałam z powrotem na niego.
- Uwierz, że mi wcale nie jest łatwiej. Nie chcę cię zostawiać.
- A naprawdę nie możesz zostać?
- Rozmawialiśmy już o tym, tłumaczyłem że nie mogę. Kontrakt mi na to nie pozwala.
– Odpowiedział smutnym głosem.
- Tak, wiem, przepraszam, po prostu... – Pierwsza łza spłynęła po policzku. Szybko wytarłam ją wierzchem dłoni, starając się by Junki tego nie zauważył. – Po prostu nie wyobrażam sobie rozstania z tobą. Będziesz tak daleko... Ale obiecujesz codziennie dzwonić i pisać?! A może kiedyś wpadniesz na jakiś weekend?!
- No właśnie... Nie mogę ci tego obiecać...
- Co masz przez to na myśli?!
- Obawiam się, że nasz kontakt zerwie się i to nie za tydzień a za 2 dni.
- Junki o czym ty mówisz do cholery?! Jak to zerwać kontakt?
– Nic nie rozumiałam z tego co on mówił. Zerwać kontakt?! Dlaczego?! Ja nie chcę!
- Chodzi o to, że... Nie mogę zostać do następnego poniedziałku tak jak myślałem. W piątek musze być w Korei, co oznacza, iż musze wyjechać w środę ,czyli za dwa dni!
- No dobrze. Musisz wcześniej wyjechać, ale dlaczego chcesz zrywać kontakt. Przecież powiedziałeś, że mnie kochasz i teraz chcesz tak po prostu wyjechać i więcej się nie odzywać?! Nie rozumiem tego... Nie!
– Wstałam od stołu z hukiem i szybkim krokiem wyszłam przed lokal.
Odeszłam kilka kroków od głównego wejścia by nie rzucać się aż tak w oczy, ze swoją już czerwoną i spuchniętą od płaczu twarzą. Po kilku sekundach koło mnie pojawił się Junki.
- Pati wysłuchaj mnie!
- Nie! Nie chcę teraz z tobą rozmawiać, daj mi spokój!
- Patrycja!
– Położył mi dłonie na ramionach i potrząsnął mną, próbując mnie w ten sposób uspokoić. – Daj mi najpierw coś powiedzieć!
- Nie chcę cię teraz słuchać! Zostaw mnie i...
- Idę do wojska!
– Przerwał mi w pół słowa, a ja zaniemówiłam. – Dzwonili do mnie, że dostałem ostateczne wezwanie, od którego nie mam już się jak wykręcić.
- Więc to dlatego...
- A co myślałaś?! Naprawdę byłabyś w stanie uwierzyć, że tak dobrowolnie chciałbym cię porzucić?! Ty naprawdę uważasz, że taki jestem?!
- To nie tak! Ja...
- Nieważne
. – Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił.
Wojsko! Nie wierzę! To nie może być prawda! – Myślałam. Dobrze wiedziałam, co to oznacza. Wojsko było jednoznaczne z co najmniej dwoma laty rozłąki. Jak ja mam to znieść?! Nienawidzę Korei!
- Wojsko... – Westchnęłam, a łzy ponownie spłynęły po moich policzkach. Pochlipując, wtuliłam twarz głębiej w ramię ukochanego, który już niedługo miał mnie zostawić.
Ostatnie dwa dni minęły jak z bicza strzelił.. Jednak ani on, ani ja nie potrafiliśmy się cieszyć ostatnimi pozostałymi nam chwilami. Prawie ze sobą nie rozstawaliśmy. Nie potrafiłam znaleźć żadnych dobrych stron tego wyjazdu. No może jedynie to, że jeżeli teraz odbędzie służbę, to później nie będzie musiał. Choć nie wiem czy to można nazwać dobrą stroną..?
W dniu odlotu pożegnaliśmy się pod jego domem. Oboje uzgodniliśmy, że lepiej będzie, kiedy nie pojawię się na lotnisku. On powiedział, iż boi się, że mógłby jednak się wrócić i zrobić coś głupiego, ja natomiast nie chciałam odstawiać histerii w miejscu publicznym. Tym bardziej, że można się tam spodziewać wielkiego tłumu fanów. Obiecałam sobie też, że nie będę płakać przy pożegnaniu, by nie utrudniać ukochanemu tego wyjazdu jeszcze bardziej. Niestety nie wyszło to do końca. W momencie, kiedy Junki już spod samochodu, do którego wsiadał nagle się cofnął, by przytulić mnie po raz ostatni, kilka łez wypłynęło spod moich powiek. Szybko starłam słone krople, nie chcąc by je zobaczył.
Godzina trzecia w południe. Siedziałam w oknie swojego pokoju wpatrując się w niebo. Pomimo łez przesłaniających widoczność, starałam się zobaczyć na niebie przelatujące samoloty. Wtedy, chyba po raz pierwszy w życiu miałam prawdziwą depresję...

Miesiące mijały. Staraliśmy się z Junkim pisać do siebie jak najczęściej, jak również dzwonić, gdy tylko dostał zgodę. Czasami wbrew sobie wręcz prosiłam go, by zamiast do mnie wykorzystał limit telefonów, dzwoniąc do rodziny. Tym bardziej, że limit ten wynosił jeden telefon na tydzień. On jednak zawsze dzwonił do mnie, a gdy nie odbierałam nie dawał za wygraną, aż się poddałam.
Było wiele ciężkich chwil, szczególnie gdy zobaczyłam jak moje słoneczko straszliwie schudło w tym wojsku. Byłam gotowa z miejsca się ubrać i lecieć do niego z porządnym polskim obiadem.
Po niecałym roku, kiedy zaczynałam już odliczać dni do wyjścia (nie żebym nie robiła tego od dnia wyjazdu Junkiego) znalazłam w skrzynce list pochodzący z Korei. Jednak nie wyglądał jak te wszystkie poprzednie, które dostawałam od Junkiego. Wróciłam do domu, po czym szybko otworzyłam wiadomość w zaciszu swojego pokoju.

„Witaj Patuś
Dzisiaj piszę tylko krótki liścik, mając nadzieję, iż zgodzisz się na moje zaproszenie i wkrótce się zobaczymy. Na przyszły tydzień udało mi się dostać pięciodniową przepustkę z wojska, dlatego też bardzo zależałoby mi, byś przyjechała na ten czas do Korei. Bardzo za tobą tęsknię i niezmiernie pragnę cię zobaczyć. Jeżeli się zgadzasz oddzwoń na numer zapisany po drugiej stronie kartki. Mój manager przygotuje dla ciebie wszystko. Oczywiście nic się nie martw o koszta, wszystko jest już załatwione.
Kocham Cię
Zawsze twój, Junki”

Moje serce miało ochotę wyskoczyć mi z piersi. I on jeszcze pyta czy chciałabym?! Ach zobaczę go, zobaczę!!! Złapałam za telefon i wykręciłam podany w liście numer. Wyszło na to, że mam zafundowane bilety dla dwóch osób, a sam wyjazd wypada dokładnie za tydzień.
- Mamo! – Wrzeszczałam idąc w kierunku sypialni rodziców. – Za kilka dni wyjeżdżam! – Nie czekając na odpowiedz zdziwionej rodzicielki pobiegłam jak najszybciej powiedzieć o wszystkim przyjaciółce.
Dwa miejsca oznaczały, iż mogę kogoś ze sobą zabrać. A kogo miałabym większą ochotę mieć przy swoim boku, niż najlepszą przyjaciółkę?!
Karolina oczywiście ochoczo zgodziła się na wyjazd. Muszę się przyznać, iż ostatnio trochę ją zaniedbywałam, ale kiedy nie było przy mnie Junkiego, jakoś nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie. Karola jednak nie miała o to do mnie żadnych pretensji i już po pięciu minutach ustalałyśmy listę rzeczy do spakowania.
Dni ciągnęły mi się jeszcze bardziej, gdy z niecierpliwością czekałam na dzień wylotu.
Kiedy przeszłyśmy już z przyjaciółką odprawę i zajęłyśmy miejsca w samolocie, nadal nie potrafiłyśmy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nawet moja nienawiść do latania nie potrafiła zniszczyć mojej euforii.
- Kara uszczypnij mnie! Jeszcze trochę i zobaczę Junkiego!
- Ach ciekawa jestem jak wygląda w takich krótkich włosach?
- Jak zwykle pięknie – odpowiedziałam z pewnością w głosie. – Chociaż musze przyznać, że wolałam go długich.
Podróż była długa, jednak ja nie czułam zmęczenia, moja ekscytacja rosła z minuty na minutę. Po kilkunastu godzinach, znalazłyśmy się wreszcie u celu. Według umowy manager Junkiego, pan Jo Tae Dong miał czekać na nas na lotnisku. Wypatrywałyśmy znajomego Koreańczyka, który miał nas zabrać do hotelu a następnie na spotkanie z moim prywatnym gwiazdorem, jednak nie było to proste w tym tłumie. Po dłuższej chwili rozglądania się na wszystkie strony, usłyszałam za plecami męski głos mówiący w moim ojczystym języku. To musiał być on!
- Panie Tae Dong! – Zawołałam w kierunku usłyszanego głosu. – Hallo, tutaj! – Pomachałam, gdy mężczyzna zareagował na swoje imię
- Witam panie! Jak wam minęła podróż?
- Bardzo dobrze, nie miałyśmy żadnych problemów, ale teraz, jeśli można chciałabym jak najszybciej znaleźć się w hotelu, a potem u Junkiego.
- Dobrze, dobrze chodźmy już.

Gdy tylko dostałam się do swojego pokoju hotelowego, rzuciłam walizki na łóżko szukając odpowiedniej kreacji powitalnej. Nie tracąc czasu na odpoczynek, przebrałam się, przeczesałam włosy i już byłam gotowa do dalszej drogi. Całe szczęście moja przyjaciółka zrobiła to samo, tak też pan manager nie miał wyjścia jak od razu wieść nas do jednostki.
- Dziewczyny, nie wiem czy już wam o tym wspominałem, ale Junki tak od razu nie wyjdzie.
- Jak to?!
– Zapytałam z przerażoną miną.
- Musi dać tam najpierw koncert dla innych służących w jednostce, a dopiero potem będziemy mogli go zabrać.
Skrzywiłam się.
- Powinnaś się cieszyć, chyba jeszcze nigdy nie widziałam Junkiego podczas koncertu na żywo, prawda?
Prawda. To będzie pierwszy raz, gdy usłyszę go jak śpiewa i ujrzę na scenie na żywo. Może to i dobrze, że trafił się ten koncert?
Na miejscu okazało się, iż nie jesteśmy jedynymi osobami z poza jednostki, chcącymi zobaczyć ten koncert. Na całe szczęście z naszymi vipowskimi wejściówkami, nie musieliśmy stać w kolejce, tylko od razu znaleźliśmy się w pierwszym rzędzie pod sceną. Nerwowo rozglądałam się, czy gdzieś nie widać może mojego ukochanego. Czy wie, że już tu jesteśmy?
Wreszcie światła na widowni pociemniały, a scena zabłysła. Moim oczom ukazał się on. Tak bardzo chciałam w tamtym momencie wskoczyć na scenę, a następnie tulić go i całować do utraty tchu. Musiałam się jednak opanować, a nie było to łatwe. Widownia szalała gdy przywitał się z wszystkimi przybyłymi.
Następnie zaczął coś opowiadać, tyle że ja nie znałam koreańskiego, tak też nic z tego nie rozumiałam. Wydaje się, że na początku opowiadał coś śmiesznego, gdyż widownia co chwila wybuchała śmiechem. Po kilku minutach jednak, na sali nastała nagła, nienaturalna cisza. Zaczęłam się rozglądać wokół by zobaczyć o co chodzi i wtedy okazało się, że wzrok wszystkich skierowany jest na mnie. Mężczyźni patrzyli z zaciekawieniem, kobiety natomiast z chęcią mordu.
- Karola co się dzieje?!
- Nie wiem właśnie!
– Przyjaciółka odpowiedziała mi rozpaczliwie.
W tym czasie Junki zaczął schodzić ze sceny w naszym kierunku. Podszedł do nas, objął mnie, po czym powiedział coś do mikrofonu. Wydaje mi się, iż w tym zdaniu usłyszałam swoje imię. Na widowni dalej panowała cisza.
- Witaj kochanie – zwrócił się wreszcie do mnie, a jego słowa były przekładane przez tłumacza dla ogółu obecnych. – Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłem!
- Uwierz, że ja bardziej!
– Przylgnęłam do niego.
- Mam do ciebie jednak, jedno małe pytanko!
- O co chodzi?
– W tle usłyszałam to pytanie w przekładzie. Zaczynała mnie denerwować na mało prywatna rozmowa.
- Ale pamiętaj, że musisz odpowiedzieć mi tutaj od razu!
- Dobrze..
. – Jakoś zaczynałam się martwić.
Junki wciągnął mnie na scenę i powiedział coś po koreańsku do wszystkich zgromadzonych, na co ci zareagowali brawami. Rozglądałam się nerwowo po widowni. Nigdy nie lubiłam występów publicznych, a stanie przed takim tłumem było rzeczą okropną. Nagle uświadomiłam sobie, ze cos się dzieje. Spojrzałam z powrotem na Junkiego. Ten nie puszczając moich dłoni przyklęknął na jedno kolano i zapytał po polsku.
- Pati skarbie, wiem że to dość niespodziewane, ale nie chcę dłużej czekać! Czy wyjdziesz za mnie?
Czułam się tak jakby trzasnął mnie piorun. Byłam w tamtej chwili najszczęśliwszą osobą na ziemi, jednak nie potrafiłam się odezwać. Byłam w takim szoku. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczyma, a nogi poddały się grawitacji...
- Pati! Pati kochanie! Słyszysz mnie? – Wydawało mi się, ze słyszę głos Junkiego, ale to było niemożliwe. Przecież on w wojsku jest! Zaraz, zaraz... Aaa... Otworzyłam szeroko oczy i zobaczyłam nad sobą pochylających się Junkiego i Karolę. Wszystko mi się przypomniało.
- Uff... Słońce, ale mi stracha napędziłaś – powiedział mój ukochany z nieskrywaną ulgą w głosie.
Podniosłam się na miękkich nogach. Dzięki bogu był obok mnie Junki, który w ostatniej chwili powstrzymał mnie przed kolejnym upadkiem. W tym momencie jego twarz znalazła się dokładnie na wysokości mojej. Zarzuciłam mu ręce na szyję.
- Tak – szepnęłam.
Spojrzał na mnie.
- Kocham cię i będę szczęśliwa mogąc wyjść za ciebie. – Słowa te potwierdziłam gorącym pocałunkiem.
Chwile rozkoszy jednak przerwało nam pytanie kogoś zza kulis. Junki odpowiedział mu w ojczystym języku, po czym zostało to powtórzone jeszcze raz wszystkim. Sala zaczęła wiwatować, więc uznałam, że pytanie pewnie dotyczyło tego czy się zgodziłam. Sekundę później podbiegła do mnie Karola zarzucając mi ręce na szyję i gratulując.
- Tak się cieszę Pati! Wreszcie wszystkim nam się układa!
- A komu to jeszcze się coś układa?
– Zapytałam podejrzliwie.
- Eee... No bo wiesz... W czasie gdy ty, izolowałaś się od nas z tęsknoty, ja z Kuba jakoś tak się do siebie zbliżyliśmy...
- Kochana moja to gratuluję!

Staliśmy wszyscy na scenie wzajemnie się obejmując i całkowicie zapominając o tysiącach ludzi nas otaczających.

Epilog
Mały-Bon Tam i Joon-Min siedzieli jak zaczarowani wysłuchując opowieści. Kto by przypuszczał, że tą dwójkę łobuzów tak zaciekawi ta historia.
- Babciu to jak w bajkach! – Odezwała się entuzjastycznie dziewczynka. – Ty byłaś jak kopciuszek a dziadek jak waleczny książę! – Zaśmiałam się.
Fakt. Też nie raz tak o tym myślałam. Chociaż upłynęło już ponad pięćdziesiąt lat, dalej nie potrafię uwierzyć w swoje szczęście. Uścisnęłam mocniej dłoń cały czas trzymająca moją rękę i spojrzałam w oczy mężczyźnie obok. Jego spojrzenie nadal przypominało mi tego słodkiego chłopaka, w którym zakochałam się lata temu.
- Mamo! Tato! Dzieciaki! Starczy już tych wspomnień, chodźcie na obiad!
Z kuchni wyjrzała moja cudowna See-Yon. Za każdym razem gdy na nią patrzyłam, to tak jakbym widziała Junkiego w młodości. Nie dziwię się, że to córeczka tatusia. Odkąd ujrzał ją po raz pierwszy w szpitalu nie mógł sobie wybaczyć, iż przez pracę nie był w stanie być obecnym podczas porodu. Chyba właśnie dlatego, nieraz za dużo jej pozwalał, z reszta ja też przez to jej podobieństwo do ojca. Oboje do teraz często wykorzystują te swoje specyficzne spojrzenie i uroczy uśmiech, wiedząc jak to na mnie działa.
Po raz kolejny zwróciłam wzrok na ukochanego człowieka, dziękując bogu, że dał mi go, a następnie córkę i wnuki...

sobota, 18 września 2010

13. Junkosiowy szał - Przyjaciel

Junkosiowy szał
13. Przyjaciel

Wiem, że to co zrobiłam było z leksza wredne, ale jakoś mało mnie to w tamtym momencie ruszało. W końcu Junki, jeżeli czuje do mnie to, co mu się wydaje (jakoś nie może mi przejść przez gardło to słowo) to musi się nauczyć, że mam wielu przyjaciół, z którymi nie zamierzam zrywać kontaktów. Tym bardziej, kiedy ci przyjaciele dopiero co odnajdują się po latach.
Nie dając się nawet przebrać Kubusiowi z ubrań roboczych, zaciągnęłam go na parking.
- Który to twój?
- Samochód? Niebieski, tam w rogu
– wskazał palcem miejsce postoju niebieskiego metalika.

Szybkim krokiem ruszyłam w jego kierunku, ciągnąc za sobą nadal zaskoczonego moim zachowaniem chłopaka. Gdy już usadowiliśmy się w samochodzie, Kuba odpalił silnik. Zauważyłam, iż cały czas na mnie zerka pytająco.
- Chcesz coś powiedzieć? – Zapytałam. – Jak tak, to mów! Możesz pytać o wszystko, przecież nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
- Oczywiście, że jesteśmy! Po prostu... twój chłopak nie będzie zły, że tak go zostawiłaś odchodząc z jakimś obcym kolesiem?
- Po 1. To nie jest mój chłopak,
- chyba – dodałam w myślach - po 2. Nie jesteś jakimś tam obcym kolesiem! Jesteś Kuba Wiński. Mój najlepszy przyjaciel od czasów dzieciństwa oraz mój niedoszły mąż!
– Na te słowa oboje wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.
- Hahaha, faktycznie. Już o tym zapomniałem, jak to nasi rodzice, prawie że zaklepywali miejsce w kościele...
Droga powrotna minęła nam na dalszym wspominaniu, a następnie opowieści Kuby o jego życiu na wyspach. Dowiedziałam się, jakie miał problemy z aklimatyzacją, z językiem (czemu się dziwiłam, bo zawsze świetnie radził sobie z angielskim w przeciwieństwie do mnie). Opowiedział mi również o tym, jak różni się życie tam od naszego i dlaczego wrócili. Przy tych rozmowach nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się na moim podwórku. Jak pamiętam, zawsze tak było. Już jako dzieci, gdy się zagadaliśmy gdzieś, potrafiliśmy się spóźnić do domu nawet o 2-3 godziny.
Kiedy tylko samochód zatrzymał się żwawo z niego wyskoczyłam. Kuba tez wyszedł i wyciągnął rękę na pożegnanie.
- A ty co?
- Jak to co? Żegnam się już.
- Chyba sobie żartujesz?! Chcesz mi uciec zanim przywitasz się z moimi rodzicami?! Wiesz jak oni się ucieszą, gdy cię zobaczą?!
- Już późno nie chcę o tej godzinie ich nachodzić. Wpadnę jutro.
- Nie żartuj, wiesz przecież, że nasz dom stoi dla ciebie otworem jak zawsze!
- Ale,..
- Nie ma żadnego „ale”, idziemy!
– Złapałam przyjaciela za rękę i pociągnęłam w stronę klatki schodowej, a następnie na piętro do mojego mieszkania.

- Mamo! Mamy gościa! – Krzyczałam od progu.
- Kto o tej godzinie? – Odpowiedział mi głos z kuchni
- Chodź zobacz, bo inaczej nie uwierzysz! A ty, czego tak stoisz? Wchodź! – Powiedziałam do gościa.
- Czy to...? Kubuś! – Moja mam ze ścierką w ręce przywitała przyjaciela rodziny prawie z takim samym entuzjazmem jak ja. No może z tą różnicą, że nie zawisła mu na szyi.
- Witam panią sąsiadkę – wydukał ze szczerym uśmiechem. – Trochę minęło od naszego ostatniego spotkania.
- Jak ja się cieszę, że cię widzę. Wejdź zaraz zrobię ci coś do picia
– ruszyła w stronę kuchni. – A co u mamy? Na długo przyjechaliście?

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że sama nie oczekiwałam z niecierpliwością tej odpowiedzi. Mimo, iż już raz mi to mówił, chciałam usłyszeć to ponownie
- Już na stałe! Może zostawię pani nasz nowy adres i wpadnie pani do nas na kawę. Mama z pewnością się ucieszy!
- Oczywiście zaraz dam ci karteczkę. Siadaj i opowiadaj jak tam wam było!
– Zasiedliśmy do stołu, a mam podała nam herbatę.

Znów zaczęliśmy wspominać stare dobre czasy, gdy moja niedyskretna jak zawsze mama wystrzeliła z deczka nieodpowiednim pytaniem.
- Teraz to pewnie tez znów będziecie razem, prawda?! – Zapytała pełna entuzjazmu.
- Mamo! Daj spokój! Jak możesz?!
- A co ja takiego powiedziałam?
– Tak jak mówiłam, nawet nie wie... – Przecież tworzyliście taką dobrana parę...
- Mamuś, zrobiło się późno. Kuba jest pewnie zmęczony po pracy i chce już odpocząć. Odprowadzę go.
– Wyszliśmy najszybciej, jak to było możliwe.
- Przepraszam cię za mamę, wiesz jaka jest.
- Nie ma sprawy! Nie zdziwię się, jeżeli moja mama zada to samo pytanie, kiedy do nas wpadniesz. W końcu musisz przyznać, że tworzyliśmy zgrana parę...
- Fakt, jednak minęło trochę czasu, zapewne trochę się też zmieniliśmy...
– Próbowałam wybrnąć jakoś z tego

- Spokojnie, nie to miałem na myśli! Stwierdziłem tylko fakt. Nie chciałbym zranić twoich uczuć czy coś, ale myślę, że co było to nasze a teraz bądźmy dobrymi przyjaciółmi – powiedział poważnie.
Ucieszyłam się na te słowa. Faktycznie byliśmy dobraną parą, ale chyba bardziej przyjaciół niż kochanków. Oboje wtedy byliśmy jeszcze młodzi i głupi. Teraz wiem, że kochałam go od zawsze, ale jako przyjaciela, miłością braterską i tak zostanie pewnie do końca. To nie to samo, co miłość do Junkiego! Miłość... Ehh...
- Cieszę się, iż jesteśmy podobnego zdania. – Uśmiechnęłam się i przytuliłam najdroższego przyjaciela na pożegnanie. – Spotkamy się jutro? Muszę ci pokazać jak zmieniło się miasto, kiedy ty bawiłeś się poza granicami kraju.
- Ja ci dam „bawiłeś”!
– Zarzucił mi rękę na kark i poczochrał włosy. – Z tym oprowadzaniem to obowiązkowo, nie wymigasz się! – Dodał już z samochodu i odjechał machając mi na do widzenia.



Kolejne dni mijały mi na spacerowaniu z Jakubem po mieście. Nieraz dołączała do nas również Karola. W tym czasie całkowicie zapomniałam o skośnookim chłopaku, chociaż zawsze myślałam, ęe to nie jest możliwe. Minął tydzień, a nie rozmawiałam z Junkim ani razu. Ja pierwsza się nie odezwałam, ale on też nie. Dni upływały jeden za drugim, któregoś razu wybraliśmy się z Kubusiem do parku. Zagadani nie zwracaliśmy uwagi na otaczający na krajobraz. Jak teraz o tym myślę, to nie wiem po co my tak właściwie w ogóle zwiedzaliśmy to miasto? Każdego dnia byliśmy tak zajęci sobą, że osobnik który chciał zobaczyć zmiany nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Tego dnia jednak ja cos zauważyłam. Przechodząc obok jednej ze zdemolowanych ławek przystanęłam. Kuba tego nie zauważył i poszedł dalej. Ja stałam wpatrując się w zniszczony obiekt.
- Pati, co jest?! – Zapytał mnie, stojący kilka metrów dalej przyjaciel, gdy zauważył, że nie dotrzymuje mu kroku.
- Nic takiego, tylko... – Poczułam tęsknotę... Kiedy tak stałam nad tą nieszczęsną ławką przypomniały mi się wszystkie piękne chwile z Junkim. Przypomniałam sobie upadek tu obok, trzymanie się za rękę, pocałunek na pożegnanie, ciepło jego nagiego ciała i jego równomierny oddech podczas zasypiania. Miałam wielką ochotę natychmiast go zobaczyć. Nie jutro czy pojutrze, ale teraz! Już! Natychmiast!
- Kuba ja musze iść! – Odezwałam się półprzytomna.
- Gdzie?! Coś się stało? Powiedz!
- Po prostu musze się z kimś zobaczyć! Przepraszam, kiedy indziej dokończymy spacer!

Włożyłam rękę do kieszeni – nie ma! W drugiej też nie!
- Gdzie ten mój durny telefon! – Warczałam do siebie pod nosem, nerwowo przeszukując kieszenie. Wyrzuciłam na trawnik zawartość swojej torebki, ale także tam jej nie było. Poczułam wilgoć pod powiekami.
- Dlaczego zawsze kiedy chodzi o Junkiego tak się denerwuję? Dlaczego on tak na mnie działa, samo wspomnienie o nim? – Zadawałam sobie w głowie pytania. Bliska łez ze zdenerwowania poczułam na ramionach czyjś dotyk. Ogłupiały moim zachowaniem przyjaciel próbował mi dodać otuchy.
- Nie wiem, co się stało, ale może dam ci swój telefon? Możesz rozmawiać ile zechcesz! – Przemawiał spokojnym tonem chcąc mnie uspokoić. Właśnie za to tak go kochałam. Nigdy nie nalegał na żadne wyjaśnienia. Nigdy nie zmuszał mnie do niczego. Po prostu był i co najwyżej nie narzucając się starał się pomóc, tak jak w tej chwili.
- Dzięki – tylko tyle z siebie wydukałam, po czym wzięłam od niego telefon i wystukałam znany mi numer.
Nikt nie odbierał. Po kilku sygnałach rozłączyłam się, po czym ponownie wybrałam numer.
- Hallo – po długim oczekiwaniu usłyszałam głos w słuchawce. Od razu rozpoznałam ukochanego.
- Cześć Junki – usłyszałam obok siebie cichutki, wesoły chichot Kuby.
- Cześć, coś się stało?
- Nie nic takiego, dzwonię tylko...
- Przepraszam, ale skoro to nic ważnego to ja się rozłączam, jestem akurat zajęty!
– Wszedł mi w słowo.

- Ale... – nie zdążyłam nic powiedzieć, a Junki się rozłączył.
Stałam osłupiała. Ręka z telefonem opadła mi na dół. Kubek w ostatniej chwili złapał swój telefon, który prawie wylądował na powierzchni ścieżki.
- Muszę do niego pojechać! – Powiedziałam na głos. – Kuba, muszę go znaleźć! – Zwróciłam się do przyjaciela.
- Jasne, ale stało się coś?!
- Ja muszę...
– Nie reagując na nic ruszyłam w stronę głównej ulicy. Zachowywałam się jak pod wpływem hipnozy. Po prostu nie reagowałam ani na innych ludzi, na których wpadałam, ani na swoje imię wykrzykiwane raz po raz przez zmartwionego przyjaciela. W końcu udało mu się mnie dogonić.

- Pati?! Patrycja, co się z Tobą dzieje?! – Potrząsnął mną za ramiona, by wybudzić mnie z tego letargu. – Mysza  - użył określenia, którym lubił nazywać mnie za dawnych czasów – widzę, że ci na nim zależy mimo, iż jak na razie mi się do tego nie przyznałaś. I powiem szczerze, że nie rozumiem dlaczego, bo zawsze wszystko sobie mówiliśmy? Ale na razie to nieważne. Powiedz, gdzie on jest to cię tam zawiozę. Rozumiem, że powiedział ci coś przykrego, tak? Jak go dorwę w...
- Nie! Kuba, to nie tak. Nie dziwie się, że jest zły. W końcu nie widziałam się z nim od tamtego czasu w pałacyku, a wtedy tez na pożegnanie nie zachowałam się najlepiej.
- To prawda, troszkę to było niefajne z twojej strony wychodzić ze mną i zostawiać go tam samego. Jakoś nigdy o tym ci nie wspominałem, ale on wtedy sporo się namęczył, by to wszystko pozałatwiać. Pamiętam, że nawet pokłócił się z jakimś facetem na temat tego, iż nie wraca na zdjęcia, bo ma ważniejsze sprawy, a tamten groził mu zwolnieniem. On chyba jakimś modelem jest, zgadza się?
- To całą tamta kolacje i tak dalej załatwił on? Mi powiedział, że to jego manager!
- Manager? To kim on do cholery jest, że ma nawet managera?! Chyba mi Patuś o czymś powiedzieć zapomniałaś w ostatnich dniach?!
- Przepraszam Kuba, ale jakoś tak wyszło. Ja już do całej sytuacji się przyzwyczaiłam, więc nie robię z tego afery, a z tobą tak dobrze mi ostatnio było, iż całkiem zapomniałam ci o nim opowiedzieć. Do tego nie było jakoś kiedy...
- Nie było kiedy?! No wiesz ty co?!
- Przepraszam...
- Dobra już, dobra. Wiesz, że i tak nie potrafię się na ciebie gniewać. Nasz najdłuższa i ostatnia kłótnia miała miejsce jak byliśmy w trzeciej klasie gimnazjum i skończyła się po czterech lekcjach.
- Oj pamiętam, jak siedzieliśmy na plastyce obróceni do siebie plecami haha...
- Dobrze, to teraz też ci wybaczę, ale... Pójdziemy po mój samochód i zawiozę cię do tego osła, który cię nie docenia i jak widzę na razie nie radzi sobie z twoim paskudnym charakterkiem...
- Paskudnym?!
- Nie przerywaj mi Mysza jak do ciebie mówię! Więc tak...
- Zdania się nie zaczyna od więc...
- PATI! Do jasnej cholery!
- Sorki
- Więc,
- spojrzał na mnie groźnie – idziemy teraz do mojego samochodu, ty powiesz mi gdzie jechać, a po drodze masz mi o nim wszystko opowiedzieć!
- Niech będzie, ale chodź szybko. Nie jestem pewna gdzie on jest, więc pojedziemy do jego domu. Prędzej czy później musi tam wrócić!

Prawie że biegnąc, znaleźliśmy się pod domem Kuby, a następnie w ciągu kolejnej niecałej sekundy wyjeżdżaliśmy na drogę. Starając się przypomnieć sobie drogę do domu Junkiego, jednocześnie opowiadałam kierowcy co nieco o Lee Jun Ki’m oraz historie naszej znajomości.
Czas mijał, a ja coraz bardziej traciłam pewność, czy dobrze jedziemy. Przecież byłam u niego w domu tylko raz. Jechaliśmy, jechaliśmy a białego domu jak nie było tak nie ma... W reszcie po wyjściu z kolejnego zakrętu zobaczyłam na horyzoncie jasną, znajoma mi budowlę.
- To tam, to tam! – Podskoczyłam na fotelu prawie przebijając dach głową.
- Spokojnie, nie niszcz mi samochodu! Przypuszczałem, że to tam w końcu od piętnastu minut dokładnie opisujesz mi ten budynek – zrobiłam niewinną minkę.
- Po prostu chciałabym mieć to już za sobą.
Podjechaliśmy pod sam budynek, jednak zdawało się, że nikogo w nim nie ma. Gdy tylko Kuba zgasił silnik wybiegłam w stronę drzwi i zaczęłam w nie walić z całych sił. Jestem pod wrażeniem, że ich nie wyważyła! Niestety nikt nie odpowiadał. Obeszłam dom dookoła, ale nie widziałam żywego ducha. Zrezygnowana wróciłam do samochodu.
- Nie ma go...
- To poczekamy! Jak to sama powiedziałaś, skoro to jego dom to prędzej czy później do niego wróci.
- Tak...
– Odpowiedziałam bez entuzjazmu.



Czekaliśmy już jakieś dwie godziny, gdy na drodze dojazdowej do domu zobaczyłam znajomy mi, czerwony samochód. Rozsadzała mnie radość, że zaraz go ujrzę, jak również niepewność co mam mu powiedzieć i jak on się wobec mnie zachowa.
Klepnęłam swego towarzysza w ramię by się obudził. Biedaczek przysnął jakąś godzinę temu, ale nie miałam mu tego za złe.
- Już jest, – zwróciłam się do półprzytomnego przyjaciela – właśnie przyjechał! – Wysiadłam z samochodu, a zaraz za mną Kuba.
Kiedy czerwona Honda zatrzymała się na podjeździe, widziałam zdziwienie Junkiego naszą obecnością. Zastanawiałam się w tamtym momencie, czy mój ukochany zaraz nie odjedzie z powrotem tak długo nie wysiadał. Na szczęście w końcu drzwi się otworzyły i z ciemności samochodu wyłonił się jak zawsze promieniujący blaskiem Junki. Brakowało mu tylko w tamtej chwili, jego szerokiego uśmiechu. Zamiast tego, na jego twarzy widniał grymas niezadowolenia i czegoś jeszcze... Czegoś, czego nie potrafiłam określić. Smutku? Może zdenerwowania lub rozczarowania..? Nie wiem...
Ruszyłam w stronę ukochanego, chcąc z nim szczerze porozmawiać, jednak cos mnie zatrzymało. Spojrzałam na swój nadgarstek, który właśnie był silnie uciskany przez czyjaś dłoń. Dłoń Kuby. Spojrzałam na niego.
- Co jest?
- Poczekaj jeszcze chwilkę, chciałbym najpierw sam zamienić z nim dwa słowa. Nie masz się o co martwić.
- Ale dlaczego?
- Zaraz wrócę!
– Poszedł w stronę Junkiego...

czwartek, 16 września 2010

12. Junkosiowy szał - Jakub

Junkosiowy szał
12. Jakub


   Droga do celu strasznie mi się dłużyła. Nie wiem czy to z podekscytowania, czy ze zdenerwowania? Do tego wszystkiego Junki praktycznie nie odzywał się do mnie w ogóle. Jazda trwała już godzinę, a ja coraz bardziej nie mogłam się doczekać, by zobaczyć, co zaplanował ten cudowny facet siedzący obok mnie. I choć zżerała mnie ciekawość, zdecydowałam się nie pytać. Pewnie i tak by powiedział, że to niespodzianka.
Po półtorej godziny wreszcie samochód zatrzymał się tylko...
- Gdzie my jesteśmy? – Zapytałam, gdy tylko ucichł warkot silnika.
Byliśmy gdzieś w środku lasu. Poza wąską drogą, która tu dojechaliśmy i druga podobną, ale idącą w innym kierunku oraz tym małym parkingiem (jeżeli w ogóle można tak nazwać ten kawałek piaszczystego pobocza) nie było tu nic.
Junki nie odpowiadając na moje pytanie wysiadł z samochodu, a następnie podszedł do drzwi z mojej strony i pomógł mi wysiąść. Gdy już stałam twardo na podłożu wyciągnął w moim kierunku ramię.
- Pani pozwoli?
Złapałam go pod rękę, po czym poprowadził mnie ścieżką w głąb lasu.
 Czułam się coraz bardziej podenerwowana całą sytuacją. Szczerze powiedziawszy nie jestem wielką zwolenniczką niespodzianek. Z reguły wolę wiedzieć, co mnie czeka i gdzie się znajduję. W tym wypadku jednak, nie chciałam psuć wszystkiego mojemu towarzyszowi i uznałam, że skoro nie odpowiedział na moje pytanie, nie będę nalegać.
Na całe szczęście nie musiałam długo czekać na odpowiedzi, dotyczące wszystkich moich wątpliwości. Po przejściu kilkudziesięciu metrów leśna ścieżką, zobaczyłam na jej końcu światło. A światło w takich momentach zwykle oznacza jakąś otwarta przestrzeń.
- Pewnie przygotował piknik na jakiejś polance – pomyślałam. O wiele bardziej zrelaksowana, z lekkim uśmieszkiem podążałam za swoim przewodnikiem, w dalszym ciągu trzymając się jego łokcia. Idąc podziwiałam piękno natury wokół mnie. Do tego pomimo dość późnej godziny (bo było już po wpół do dziewiątej) niebo nadal było jasne. Stopniowo zbliżaliśmy się do wyjścia z drzewnego tunelu. Gdy przekraczaliśmy barierę między lasem a już otwartą przestrzenią, poraził nas blask. Zamrugałam kilka razy, by mój narząd wzroku przyzwyczaił się otaczającej nas jasności. Kiedy już wielka, jasna, rozmyta plama zaczynała nabierać ostrzejszych konturów, moim oczom objawił się obraz wprost z bajki. Przede mną stał piękna, jasna budowla, przypominający szlacheckie pałacyki opisywane w książkach, które nie raz czytałam z takim zamiłowaniem. Budynek otoczony był idealnie przystrzyżonymi trawnikami i krzewami.
- Jak tu pięknie Junki! Jak znalazłeś to miejsce?!
- Cieszę się, że się Pani podoba
– odpowiedział z powagą.

Zaczynało mnie drażnić to jego wprost przesadnie grzeczne zachowanie, ale uznałam że później mu to powiem.
Podeszliśmy pod drzwi posiadłości, które niespodziewanie otworzyły się przed nami. Odpowiedzialny był za to mężczyzna ubrany w liberię, który następnie przeprowadził nas przez ogromny hol, stylizowany na lata pięćdziesiąte do drzwi na drugim końcu, prowadzących znów na zewnątrz. Te drzwi były węższe, więc Junki oczywiście przepuścił mnie przodem.
Przed moimi oczyma rozpościerał się widok jeszcze piękniejszy niż poprzedni. W odległości nie większej niż trzydzieści metrów od miejsca, w którym stałam pas zieleni przechodził w delikatnie falująca powierzchnię jeziora. Akwen, nie licząc miejsca gdzie stałam, otoczony był lasami, przez co woda wydawała się być zielona a nie przeźroczysta. Natomiast kawałek na prawo ze zbiornika wychodziły dwa strumyki, które następnie krążyły po wielkim ogrodzie przypominającym raczej park, by na koniec zniknąć w leśnej gęstwinie. Strumyki pozwalały przekroczyć gęsto zbudowane na terenie całej posiadłości kładki. I właśnie do jednej z takich kładek skierowaliśmy nasze kroki. Z otwartymi ustami podziwiałam panoramę tego miejsca. Zawsze byłam zwolenniczką obcowania z naturą, a tu dodatkowo połączone to z elegancją stanowiło niesamowity widok. Gdy początkowo spojrzałam w kierunku, w którym się udawaliśmy wydawało mi się, że na jednej z kładek cos stoi. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, iż jest tak faktycznie. Na płaskim mostku, z którego widok rozciągał się na całe jezioro, ustawiono elegancko nakryty stół dla dwóch osób. Junkoś podprowadził mnie do jednego z krzeseł przy stole, odsunął je dla mnie, po czym poprosił bym usiadła. Sam zajął miejsce na przeciwko. Byłam pod takim wrażeniem otoczenia, że nie śmiałabym się odezwać, bojąc się iż to wszystko złudzenie, które pęknie jak mydlana bańka i wrócę do swojej miejskiej rzeczywistości.
Z uśpienia wyrwał mnie nagle jakiś dźwięk. Spojrzałam na Junkiego i okazało się, że to on pstryknął palcami.
Po tym geście jak za sprawą magii ze wszystkich stron otoczyli nas kelnerzy podając kolejne wykwintne dania. Kiedy już wszystko znalazło się na stole, obsługa zniknęła tak samo szybko jak pierwotnie się pojawiła. Zostaliśmy sami.
- I jak się pani podoba okolica? – Zapytał.
- Czy mógłbyś w końcu przestać tak dziwnie mówić? Musze przyznać, że to co do tej pory tutaj widziałam zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Ale mówienie do mnie pani szczerze mówiąc wkurza mnie!
- W takim razie już przestaje
– dodał z szerokim uśmiechem

- Jakim cudem w tak krótkim czasie udało ci się zorganizować coś takiego?
- Szczerze?
- Tak!
- Nie wiem.
- Jak to?
- Kiedy rozstaliśmy się dzisiaj na mieście, poszedłem zaraz do managera pokazać mu zdjęcie, które mi dałaś. Powiedziałem, że przez niego zrobiłem z siebie głupca i kazałem mu dla mnie to wszystko załatwić. Opowiedziałem, jak chciałbym żeby to wszystko wyglądało i zagroziłem, że jeżeli tego nie zrobi to go zwolnię.
- Słucham?!
- Będzie miał nauczkę, by dokładnie sprawdzać swoje przypuszczenia następnym razem, zanim przekaże je dalej.

Dalsza część posiłku przebiegała bardzo spokojnie, rozmawialiśmy o sobie, o naszych zainteresowaniach, opowiadaliśmy sobie wzajemnie o swoich przyjaciołach. Tak dobrze nam się ze sobą rozmawiało, że nie zauważyłam nawet, kiedy zdążyło się zrobić ciemno.
Kiedy to do mnie w końcu doszło, spojrzałam w niebo.
- Patrz spadająca gwiazda! Wypowiedz życzenie! – Wskazałam palcem malutki świecący obiekcik.
- Czego sobie życzyłaś? – Zapytał po wypowiedzeniu w myślach naszych życzeń.
- Jak ci powiem, to się nie spełni! – Przecież nawet gdybym nie wierzyła w takie bzdury, nie mogłabym mu powiedzieć, czego bym chciała. Kiedy teraz o tym myślę, to nawet przed sobą mi wstyd.
Wróciliśmy do jedzenia. Czułam się wspaniale, byłam niesamowicie wzruszona tym wszystkim, co zrobił dla mnie mój ukochany romantyk. Zawsze wiele się po nim spodziewałam, ale chyba nie aż tyle! Dlatego byłam tak zaskoczona.
Siedzieliśmy w ciszy kończąc posiłek, gdy poczułam na sobie spojrzenie Junkiego. Zerknęłam na niego. Uśmiechał się! Chcąc, nie chcąc odruchowo odwzajemniłam uśmiech.
- To teraz czas na deser!
- Deser?! Żartujesz sobie chyba?! Ja już nic więcej nie zmieszczę! Już teraz ledwo mogę się ruszyć!
- Dasz radę! Choć troszeczkę?!
– Szczenięce oczka poszły w ruch. I jak ja miałam mu odmówić? No jak?

Znów usłyszałam pstryknięcie palcami, a zaraz po tym z budynku, przez który wcześniej przechodziliśmy wyłonił się kelner niosący na tacy tort.
- Oszalałeś – stwierdziłam wesoło.
Spoglądałam na zbliżającą się porcję słodkości, jednak mój wzrok co chwila odwracał od niej sam niosący. Skąd ja znam tego typka? – Zastanawiałam się i nagle mnie oświeciło.
- KUBA?! Kuba Wiński?!
- Pati?
– Kelner zrobił wielkie oczy. – Nie mogę uwierzyć, że to ty!

- Kubuś! – Rzuciłam się chłopakowi na szyję, tak że tort poleciał na ziemię, czym kompletnie się nie przejęłam.
Zapominając o moim towarzyszu, ściskałam chłopaka ze wszystkich sił, a on wcale nie był mi dłużny.
- Aua! Kuba – za – mocno! – Wycharczałam, ale sama nie zwolniłam uścisku nawet na sekundę.
Kuba. Mój najwspanialszy przyjaciel z dzieciństwa. Byliśmy nie rozłączni, czy to chodzi o szkołę, czy czas wolny, a z nami oczywiście Karola. Gdy byliśmy dziećmi, nasi rodzice śmiali się, że pewnie zostaniemy małżeństwem. Częściowo ich przewidywania spełniły się. W trzeciej klasie gimnazjum zostaliśmy parą, inaczej być nie mogło. Byliśmy ze sobą ponad trzy lata, niestety po maturze Kuba razem z rodzicami wyjechał do Anglii. Nasz związek zakończył się dość niespodziewanie, a potem sama nie wiem dlaczego, urwał się kontakt.
- Nic się nie zmieniłeś! – Powiedziałam, gdy tylko, w końcu się od siebie odkleiliśmy. Kubulek był przystojnym i wysokim chłopakiem. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt, dzięki czemu przewyższał mnie o przynajmniej dziesięć centymetrów. Chyba tylko przy nim czułam się rzeczywiście kobietą. Włosy miał ciemne, dłuższe i zawsze zadbane. A gdy teraz był ubrany w ten czarno biały strój, jestem pewna że nie jedna padła by na jego widok. W głowie zawirowała mi głupia myśl. Który jest przystojniejszy, Junki czy Kuba? O  żesz ty w mordę jeża! Junki...! Aaa...
Wzięłam przyjaciela za rękę i podeszłam do stolika.
- Junki to mój eee... przyjaciel Kuba. Przepraszam, że tak zareagowałam, ale nie widziałam się z nim od paru lat. – Junki nie wyglądał na uszczęśliwionego, ale w tym momencie jakoś mnie to nie obchodziło, choć wiem że powinno. Wiem, wiem... Wredna jestem, ale to Kubuś!
- Miło cię poznać – mój znajomy drągal odezwał się pierwszy.
- Cześć – odpowiedział oschle piękniś.
Dzięki spotkaniu dawnego chło.. przyjaciela, miałam tak dobry humor, że nawet nie miałam sił się złościć na Junkiego za jego zachowanie.
- Przysiądziesz się do nas, prawda? – Zapytałam Kubę, przy czym mocniej ścisnęłam jego dłoń, którą nadal trzymałam.
- No wiesz... Raczej nie mogę, w pracy jestem.
- Spoko, Junki to załatwi. Prawda?
– Spojrzałam błagalnie na Junkiego z najsłodszym uśmiechem, jaki umiałam w tej chwili z siebie wykrzesać.

- Oczywiście. – Burknął i poszedł do kierownika obiektu.


- To opowiadaj! Jak ci się wiodło na wyspach? Co się stało, że wróciłeś? Gdzie teraz mieszka... – Zakrył mi usta dłonią.
- Czyżbym się pomylił?
- Co?
- Przede mną chyba Karolina siedzi a nie Patrycja – zaczerwieniłam się.
- Sorki, poniosło mnie. Ale to wszystko, dlatego że ty tak na mnie działasz.

Oboje uśmiechnęliśmy się do siebie.
Przyglądając się sobie, zaczęliśmy wspominać stare dobre czasy. Te wszystkie wygłupy, zaczepki. To jak rządziliśmy okolicą – w końcu byliśmy zawsze najwięksi wśród okolicznych dzieciaków, hehe...
Junki nadszedł w lekko nieodpowiednim momencie. Akurat wspominaliśmy jedną z wycieczek w liceum. Z tym, że kiedy on podchodził, była mowa o ucieczce przed nauczycielem i naszym pocałunku na jeziorem...
- ...i pamiętasz, kiedy wróciliśmy wszyscy już spali, a my stojąc na korytarzu nie mogliśmy się rozstać...
- Ehkmmm...
– Usłyszeliśmy za sobą. – Pati nie chcę wam przerywać, tej jakże absorbującej konwersacji, jednak czas na nas. – Mówiąc to przykucnął obok i objął mnie w pasie ramieniem.

Co on sobie myśli? Chce się popisać przed Kubą? Ja mu pokażę...
Wstałam z krzesła, zrzucając jednocześnie rękę Junkiego ze swojej talii.
- Kubusiu a ty gdzie mieszkasz, bo w końcu mi nie odpowiedziałeś?
- Z powrotem w Zabrzu, dlatego mam nadzieję, że uda nam się spotkać znów niedługo.
- No obowiązkowo. A jesteś tutaj samochodem?
- Tak, a dlaczego pytasz?

- To myślę, że moglibyśmy razem pojechać, mamy jeszcze tyle do powspominania. – Złapałam go za rękę i poprowadziłam w kierunku wyjścia...

wtorek, 14 września 2010

11. Junkosiowy szał - Zdjęcie

Pustymi oczyma patrzyłam za oddalającym się niebieskim punkcikiem. Nagle punkcik dziwnie się zachwiał, a następnie przestał oddalać. W tym samym czasie doszedł moich uszu straszny pisk i zgrzyt metalu...
- Nie on się przewrócił! – Wrzasnęłam do brata. Puściłam reklamówki na ziemię, nie myśląc, co stanie się z zakupami ruszyłam przed siebie, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy ukochanym i upewnić, że nic mu się nie stało.
Gdy dobiegałam, tłum gapiów otaczał już miejsce wypadku. Przepychając widzów łokciami na boki, dotarłam do samego centrum... Widok był porażający! Motor leżał kilka metrów dalej przewrócony na bok, natomiast pod moimi stopami ujrzałam kałuże krwi, ciągnącą się od nieruchomego ciała kierowcy.
- Panie Boże, jemu nie mogło się nic stać, to nieprawda! – Powiedziałam głośno, przyklękając przy Junkim. Mimo, że jeździec miał na głowie kask z przyciemnianą szybką, wiedziałam, że to on. Rozpoznałam go instynktownie. Chciałam jak najszybciej zdjąć z jego głowy zasłaniający mu twarz kawałek pianki i plastiku by zobaczyć na własne oczy, ze jest cały. Jednak z drugiej strony bałam się go ruszyć, by nie zaszkodzić mu bardziej.
Po paru minutach na miejscu była już karetka. Dzięki Bogu, że wypadek zdarzył się tak blisko szpitala. Odsunęłam się szybko o kilka kroków, by ułatwić lekarzom dojście do rannego. Sanitariusze z niesamowitym zaangażowaniem udzielali pomocy ofierze, jednak po paru chwilach coś się zmieniło. Zaprzestali...
- Co się dzieje?! – Zaczepiłam jednego z pracowników służby zdrowia.
- Zna pani tego człowieka?
- Tak, tak to mój.... Mój narzeczony!
- W takim razie bardzo mi przykro... Podczas uderzenia o asfalt, pomimo kasku zranił się poważnie w głowę, nic nie mogliśmy już zrobić...
- Co? Jak? Nieeeeeee!!!!!!!!!
– Wydarłam się na całe gardło


Spokojnie, spokojnie, tylko żartowałam :P Chciałam was jakoś rozruszać na wstępie :D
To teraz przejdźmy do prawdziwego biegu wydarzeń :)





   Po zniknięciu na horyzoncie wypatrywanego przeze mnie kompletnie bezmózgiego stwora, nie mogłam dojść do siebie.
- Jak ten głupek mógł uznać Daniela za mojego chłopaka? - Zastanawiałam się. – To jest przecież niedorzeczne! A z managerem to już sobie porozmawiam, jak wpadnie w moje łapki...
- A ty skończ się rechotać!
– Wrzasnęłam na brata. – I pamiętaj! Nie waż się nikomu pisnąć słowa o tym, bo własnoręcznie uduszę!
- Dobra...
– Odpowiedział chichocząc pod nosem i ruszył w stronę domu.
Nie wiedziałam, co mam robić. Telefonu teraz ode mnie nie odbierze, no ale z drugiej strony dlaczego mam się mu tłumaczyć. Przecież nic złego nie zrobiłam! To on napadł na mnie, Bóg wie dlaczego... Aż trzęsłam się ze złości!
W domu, w dalszym ciągu szukałam rozwiązania tej sytuacji. Nic nie przychodziło mi do głowy.
Po godzinie błądzenia po mieszkaniu, naszła mnie pewna myśl. Szybko podbiegłam do szafy i wyjęłam skrzynkę ze zdjęciami. Odnalazłam poszukiwane zdjęcie i wpatrując się w nie, sama do siebie się uśmiechałam. Gdyby w domu był ktoś poza mną pewnie uznałby, że zwariowałam, ale ja byłam w pełni świadoma...
Zdjęcie przedstawiało naszą rodzinkę, znaczy rodziców i mnie z bratem. A z tyłu było popisane... Włożyłam je do koperty, złapałam za swoją torebkę i wyszłam z domu mając nadzieję, że Junki będzie pracował tam gdzie przypuszczałam.

Na całe szczęście nie myliłam się... Gdy kilkanaście minut później znalazłam się na rynku sesja trwała w najlepsze. Przypuszczałam, że będą ją dzisiaj kontynuować. W końcu ostatnio skończyła się dość niespodziewanie. Podeszłam najpierw do tłumu gapiów, by zobaczyć jak się miewa pan zraniony. Oczywiście jak zwykle był w idealnej formie. Czego się spodziewałam, przecież to aktor. Nawet gdyby nie czuł się najlepiej, to nie pokazałby tego po sobie podczas sesji.
Ale nie spodziewałam się zobaczyć tego... On wprost świetnie się bawił! Z tego, co zdążyłam zauważyć, wymagało tego jego przebranie. Jednak nie mogłam uwierzyć, że tak świetnie radzi sobie ze świadomością, iż mam innego.
- Cholerny tygrysek – prychnęłam pod nosem. Rozejrzałam się w około mając nadzieję, że nikt tego nie usłyszał. Na szczęście wszyscy byli skupieni na widowisku przed nimi. Odeszłam kawałek na bok czekałam na przerwę, by móc przejść do realizacji planu usprawiedliwiania się.
Po półgodzinnym oczekiwaniu, nastała upragniona dla wszystkich łącznie ze mną przerwa. Widziałam kątem oka jak Junki na tyłach planu udaje się do swojej garderoby. Szybkim krokiem udałam się w tym samym kierunku. Gdy już miałam łapać za klamkę, jakaś ogromna dłoń chwyciła mnie za ramię i zaczęła odciągać z dala od tymczasowo ustawionego tu baraku.

 - Nie wolno! – Odwróciłam się w stronę napastnika. Kto śmie mi przeszkadzać w tak ważnym momencie?! Ochrona! No tak, mogłam się spodziewać, tego że ktoś będzie bronił gwiazdora, przed napalonymi fankami.
- Chcę się widzieć z Junkim, mam coś dla niego!
- Nie panienka jedna by chciała.
– Odpowiedział drwiąco.
- Panie, posłuchaj pan, znam się z Junkim i jeżeli powie mu pan, że przyszłam to sam się pan przekona, że on zechce mnie widzieć – odezwałam się w miarę spokojnie jak na moje dygoczące z napięcia nerwy.
- To pani mnie posłucha! Jak zaraz pani mi stąd nie zniknie to tamci panowie w niebieskim
– wskazał na policjantów stojących kilkanaście metrów dalej – pani pomogą się stąd zabrać! Zrozumiano?!
Myślałam, że zaraz wybuchnę! Jednak wiedziałam, iż jestem na przegranej pozycji. Zaczęłam jeszcze raz.
- Proszę pana, wiem że z pewnością nie jedna już taka osoba jak ja stawała tu przed panem mówiąc, że zna Junkiego i chce się z nim zobaczyć. Jak rozumiem, nie mam też co liczyć na to, iż mnie pan do niego wpuści. W takim razie, mam do pana malutką prośbę. Dam panu pewna kopertę, a kiedy Junki wyjdzie pan mu ją przekaże O.K.? Chyba tyle może pan dla mnie zrobić? – Uśmiechnęłam się promiennie, najsłodziej jak potrafiłam. Jednak na tego gbura widać to nie podziałało, bo tylko spojrzał na mnie pogardliwie.
- No dobra to daj ta kopertę.
Uszczęśliwiona, że ochroniarz zgodził się przekazać Junkiemu moją „wiadomość” szybko wyjęłam z torby zeszyt, wyrwałam z niego kartkę i pośpiesznie napisałam dla „tygryska” wiadomość, której treścią było: „Buraku jeden, zanim wyrzucisz tę kartkę bądź łaskaw przyjrzeć się zdjęciu do niej dołączonemu. A co do wybaczenia, to może okażę ci łaskę jak się bardzo postarasz!” Włożyłam liścik do koperty ze zdjęciem, następnie oddałam drogocenny przekaz stojącemu za moimi plecami gorylowi i odeszłam. Miałam nadzieję, że ten gburowaty pracownik ochrony faktycznie odda gwiazdorowi mój list, tak samo jak miałam nadzieję, iż Junki zechce go przeczytać i zobaczyć zdjęcie.
Nie chcąc niecierpliwie krążyć wokół miejsca pracy mojego nieufnego ukochanego poszłam pooglądać sobie wystawy sklepowe wzdłuż deptaka.
Po około 15 minutach poczułam w kieszeni wibrację, a zaraz po tym usłyszałam pierwsze dźwięki piosenki Junkiego „J Style”, którą ustawiłam sobie w wolnej chwili jako dzwonek. Wyjęłam urządzonko z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz.
- O proszę, już dzwoni! – Myślałam z uśmiechem na ustach – O nie mój panie, nie tak szybko... – Postanowiłam jeszcze nie odbierać.
Telefon podzwonił chwile, po czym zamilkł. Po niecałej minucie odezwał się po raz kolejny. Znów skoczne rytmy „J Style”, wcale mi się przeszkadzało, że dzwoni. Lubiłam tę piosnkę, więc z przyjemnością się w nią wsłuchiwałam. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy.
Kiedy po raz „n-ty” nie odebrałam połączenia od natarczywej osoby, coś pociągnęło mnie lekko na włosy związane w koński ogon. Odwróciłam się, a za sobą zobaczyłam nie kogo innego, jak samego zdyszanego pięknisia.
- Myślałem, że coś ci się stało, bo nie odbierasz?! – Wydyszał mi prosto w twarz. – Biegam po okolicy od dłuższej chwili. Nie rób mi tego więcej!
- Czego?!
– Spytałam. – Mam więcej nie pokazywać się na ulicach z bratem, czy może więcej nie przychodzić do ciebie na plan, albo nie... Pewnie chodzi ci o to, bym więcej nie dawała ci się znaleźć?!
- Oj wiesz, o co mi chodzi! Patuś, naprawdę się martwiłem, że nie odbierałaś. – Nadal udawałam obojętną i głuchą. – I przepraszam cię za moją głupotę. Po prostu to wszystko się na siebie nałożyło i... Z reszta nie będę się usprawiedliwiał głupimi wymówkami. – Stanął przede mną i spojrzał mi w twarz. – Chociaż z tym „burakiem” w liściku to przegięłaś! – Powiedział wesoło, a ja bezwiednie się uśmiechnęłam.
- Udało się! – Krzyknął – Wreszcie zobaczyłem twój uśmiech!
Odwróciłam szybko twarz, to nie tak miało być! Mimo to moje serce skakało z radości, że wszystko się wyjaśniło.
Położył rękę na moim policzku i odwrócił moją twarz z powrotem w swoją stronę.
- To co? Już wszystko O.K. między nami? – Zapytał z nadzieją widoczną w jego błyszczących oczach. Po czym zaczął zbliżać usta prawdopodobnie chcąc mnie pocałować, W ostatniej chwili zebrałam się w sobie i zatrzymałam go.
- Chyba niezbyt dokładnie przeczytałeś mój liścik. – Powiedziałam z satysfakcją. - Wyraźnie w nim napisałam, że będziesz musiał się mocno postarać bym okazała ci łaskę! A jak na razie nie popisałeś się jakoś szczególnie.
- Mówisz, że mam się postarać? Dobrze. W takim razie bądź gotowa na 19:00. Ponieważ nie znam twojego adresu, a wątpię byś w tej chwili była skłonna mi go dać, spotkamy się na parkingu, gdzie ostatnio cię zostawiałem. Ja wracam teraz na plan, bo i tak już pewnie moje zniknięcie wprowadziło spore zamieszanie, ale wkrótce się zobaczymy
– wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, takim jak to tylko on potrafi, a następnie machając mi na do widzenia odszedł szybkim krokiem w swoim kierunku.

Biegałam po domu jak szalona, nie mogąc się zdecydować co na siebie włożyć. Nie miałam pojęcia, czego się mam spodziewać po staraniach Junkiego. W końcu zdecydowałam, że założę coś dość eleganckiego, ale zarazem wygodnego. Dzięki temu niezależnie od tego gdzie pójdziemy nie będę dziwnie wyglądała. Wybór padł na popielate, materiałowe spodnie i czarną bluzkę z wysokim stanem, na nogi zamierzałam założyć moje ukochane, wygodne, czarne baleriny. Włosy rozpuściłam i wyprostowałam, na twarz nałożyłam delikatny makijaż, podkreślając nieco mocniej jedynie oczy.
- Dasz radę Patrycjo, tylko nie daj mu się owinąć wokół palca już w pierwszych minutach! – Powiedziałam do swego odbicia w lustrze. Jeszcze raz rzuciłam okiem na całokształt moich starań i uznałam, że jestem gotowa do wyjścia.
Idąc w stronę umówionego miejsca, już z daleka dostrzegłam stojącą tam, czerwoną Hondę. Gdy byłam już koło samochodu, otworzyły się drzwi od strony kierowcy. Wysiadł Junki... Wlepiałam w niego wzrok jak zaczarowana. Miał na sobie białą koszulę, na nią założony dzianinowy bezrękawnik w niebieskie i czarne romby, a do tego czarny krawat. Na wierzch zarzucił marynarkę, śnieżnobiałą jak jego spodnie. Gdy wysiadł, po prostu mnie poraziło, on błyszczał!
– Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie, nie chcąc pokazywać mu jak bardzo byłam szczęśliwa, że mnie znalazł. Junki oczywiście ruszył za mną.
- To nie tak miało być, opanuj się Pati – skarciłam się w myślach.
Junki ponownie schylił się do siedzenia w samochodzie i coś z niego wyjął. To był bukiet. Bukiet zrobiony z zielonych liści i zdjęć! Zdjęć ciemnego bzu! Tego to się już kompletnie nie spodziewałam. Całkiem zapomniałam o tamtej rozmowie o kwiatach...
Podszedł do mnie.
- To dla pani – wręczył mi bukiet. – Jeżeli jest pani gotowa i ma ochotę spędzić ze mną dzisiejszy wieczór, serdecznie zapraszam do samochodu. – Po czym podszedł i otworzył szeroko drzwi od strony pasażera.
Moje serce wariowało, ale co to za akcja z ta „panią”? Z reszta nieważne, bardziej ciekawa jestem dalszego ciągu wydarzeń. Z pomocą mojej gwiazdeczki wsiadłam do samochodu, a następnie ruszyliśmy w nieznanym mi kierunku...

10. Junkosiowy szał - Brat

Junkosiowy szał
10. Brat

Trafiłam do nieba...

Po chwili romantycznych uniesień, Junki odezwał się patrząc mi prosto w oczy.
- Odpowiesz mi coś na to? – Zapytał. – Wiem, że możesz być zaskoczona – ZASKOCZONA?! Ja nie jestem zaskoczona... Ja jestem zszokowana do szpiku kości! Prędzej bym się spodziewała, że księżyc uderzy w ziemie niż tego wyznania! – Ale chciałem po prostu powiedzieć ci, co w tej chwili czuję. Od pierwszego dnia, kiedy się spotkaliśmy na lotnisku, nie mogłem przestać o tobie myśleć. Sam nie wiem, co spowodowało u mnie taką reakcję? Spotykałem w życiu bardzo wielu ludzi, jednak pierwszy raz ktoś wywołał na mnie takie wrażenie. Może to dlatego, że byłaś taka bezpośrednia, kiedy się na mnie wściekałaś i mimo rozpoznania mojej osoby, nie zmieniłaś swojego stosunku do mnie by mi się przypodobać tylko wciąż byłaś sobą? Naprawdę nie wiem... Ale pewien jestem uczucia do ciebie. Powiedz, czy jest jakaś szansa, że zaczniesz kiedyś odwzajemniać to uczucie?
Oczywiście, że tak – myślałam. – Już od dawna czuję do ciebie to samo. Jeszcze zanim cię poznałam, byłam w tobie po uszy zakochana, a poznanie cię osobiście tylko mnie w tym upewniło... – Chciałam wykrzyczeć mu to i jeszcze wiele, wiele więcej, ale... Nie potrafiłam.
Na pytanie Junkiego odpowiedziała tylko głucha cisza, a w środku tej ciszy ja, siedząca z szeroko rozwartymi źrenicami i wyrazem niedowierzania na twarzy.
- Pati?! – Usłyszałam swoje imię.
- Muszę jechać! W domu pewnie wszyscy się o mnie martwią! Przecież nie dałam im znać, że nie wrócę na noc. – Włączył mi się słowotok. – Muszę zadzwonić po taksówkę! Mój telefon? Eee... a no tak, nie mam telefonu... Emm... znasz numer do jakiejś korporacji? Mogę zadzwonić od ciebie? – Wstałam i ruszyłam w kierunku telefonu, znajdującego się w salonie, a przynajmniej tam widziałam go wcześniej. Jednak Junki złapał mnie za łokieć i zatrzymał.
- Stój! Odwiozę cię przecież, tylko wezmę dokumenty.
W samochodzie nic już nie mówiłam. Kilka razy odezwałam się tylko, by pokierować mojego szofera w odpowiednią stronę. Zatrzymaliśmy się na parkingu pod sklepem w okolicy mojego domu. Nie chciałam, by Junki odwoził mnie pod sam dom. Nie było mi potrzeba do szczęścia jeszcze plotek rozsiewanych przez wścibskich sąsiadów.
Gdy tylko samochód się zatrzymał, od razu chwyciłam za klamkę i zaczęłam wysiadać. Chciałam jak najszybciej wydostać się z auta. Kiedy zatrzaskiwałam już drzwi w ostatnim momencie usłyszałam głos Junkiego.
- Czekaj – zawołał.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Zapomniałaś jeszcze tego – podał mi przez otwarte okno reklamówkę.
Zajrzałam do środka i okazało się, że jest to moja wcześniejsza zguba. Znaczy, że musiał wziąć ją z parku i przetrzymać u siebie.
- Dzięki – powiedziałam i zaczęłam iść w kierunku domu. Gdy odchodziłam, widziałam, że jak na razie Junki nie ruszył się z miejsca, wpatrując się w moją osobę.
Idąc do domu, cieszyłam się, ze mam niby zapomniane zakupy przy sobie. Potwierdzą moje alibi u rodziców, choć i tak wiem, że swoje będę musiała wysłuchać. W pierwszej kolejności jednak, zanim dojdę do domu, musze powiadomić Karolę, o tym, ze u niej spałam dzisiejszej nocy. Niestety znając przyjaciółkę, będę musiała w zamian powiedzieć jej całą prawdę i to ze szczegółami, inaczej nie da mi żyć.
- Kurwa! – Zaklęłam po nosem na brak telefonu... Jednak zaraz poczułam dziwną wypukłość na wysokości mojej kieszeni w spodniach. Wyjęłam ze spodni podarunek od ukochanego.
Znając numer Karolci na pamięć (w końcu jest to osoba, do której dzwonię najczęściej) wystukałam go szybko i przyłożyłam urządzenie do ucha.
- ... ... ... – Może nie odbiera przez to, że dzwonię z nieznanego numeru?
- ... ... Hallo?!
- Cześć Karuś!
- Pati?! To ty? Co to za numer?! A z reszta nieważne! Cieszę się, że dzwonisz, bo jestem ciekawa gdzie ty dzisiaj w nocy byłaś?!
- Co?! Skąd o tym wiesz?!
- Właśnie najgorsze jest to, że nie wiem o niczym! Wiesz, spotkałam dzisiaj rano twoją mamę...
- Że co proszę?!
- Pytała o ciebie, czy jesteś u mnie.
- I co jej powiedziałaś?!
– Krzyknęłam praktycznie do słuchawki. Zaczynałam panikować, moje alibi właśnie rozpadało się na miliony malutkich jak ziarenka pyłu kawałeczków i znikało w czarnej dziurze mojego pecha...
- No wiadomo! – Odpowiedziała zadowolona. – Wiedziałam, że skoro twoja mama nie wie gdzie jesteś, a mnie nie ma z tobą i nic mi też nie mówiłaś, oznacza to, że stało się coś niespodziewanego. Zrobiłam więc, tak jak kiedyś się umawiałyśmy – powiedziałam jej, że jesteś u mnie a ja tylko do sklepu po coś wyskoczyłam.
- Wiesz, że cię kocham najbardziej na świecie!!!
– Krzyknęłam... Nie! Właściwie wrzasnęłam na całe gardło. Co najmniej dwudziesto tonowy blok skalny stoczył się z mojego serca, pozwalając mu wrócić do normalnego trybu pracy.
- Ma się rozumieć! Ja ciebie z reszta też! Czyli rozumiem, że dobrze powiedziałam?
- Oczywiście, nie wiem jak ci to wynagrodzę?
- Już zapomniałaś ile razy ty mi skórę uratowałaś w ten sposób!? Ale... w ramach podziękowania musisz mi wszystko opowiedzieć, inaczej nie odezwie się do ciebie do końca życia.
- Zgoda
- To w takim razie mów, co się stało?
– Pytała podekscytowana. – Pewnie poznałaś jakiegoś faceta? Tak, tak to na pewno o to chodzi! Opowiadaj, co to za jeden? Jak wygląda? Znam go? Skąd jest? Gdzie się poznaliście..? – Bombardowała mnie pytaniami.
- Kara spokojnie! Miedzy słowami rób przerwy na oddech, bo mi się udusisz zaraz i kto wtedy będzie mnie ratował?! Odpowiem ci na razie na pierwsze pytanie: „Tak, chodzi o chłopaka”, a co do reszty to będziesz musiała troszkę zaczekać, opowiem ci wszystko dokładnie później O.K.?
- Później, znaczy kiedy?!
– Westchnęłam do słuchawki. – No dobra, dobra, ale musisz jeszcze dzisiaj do mnie przyjść!
- Obiecuję, że będę, jednak na teraz wchodzę dopiero do domu, więc będę u ciebie jak tylko uporam się z przesłuchaniem rodziców i jakoś ich udobrucham.
- W takim razie czekam na ciebie z niecierpliwością. Cała aż się trzęsę z ciekawości, więc się pospiesz. Czekam na ciebie w domu!
-Dobrze, papa
– rozłączyłam się.

- Czas odegrać odpowiednio swoją rolę – powiedziałam do siebie stojąc pod drzwiami mieszkania. – Tylko, dlaczego odkąd poznałam Junkiego ciągle muszę przed kimś cos ukrywać?
Nacisnęłam klamkę i otworzyłam drzwi, po czym weszłam do środka.
- Gdzieś ty była i dlaczego nie zadzwoniłaś?! – Jeszcze dobrze nie przekroczyłam progu a już napadła na mnie rozwścieczona mama. – Wiesz jak się o ciebie martwiłam, kiedy zobaczyłam rano, że nie było cię w domu na noc?! Dzwoniłam nawet do taty, czy nie wie gdzie jesteś, ale jemu też nic nie powiedziałaś! Spotkałam dzisiaj rano Karolinę, więc wiem, że spałaś u niej, ale tak ciężko było ci wczoraj zadzwonić i uprzedzić o tym?!
- Eee... Przepraszam mamuś, zagadałyśmy się z Karolą i całkiem o tym zapomniałam, a kiedy skończyłyśmy była już trzecia nad ranem i nie chciałam was budzić telefonami, a chodzić po nocy też mi się nie uśmiechało. Poza tym byłabyś jeszcze bardziej zła, gdybym po ciemku sama wracała do domu!
– Przytuliłam się do niej – Obiecuję, że więcej się to nie powtórzy. Aaa... i proszę, twoje zamówienie – podałam jej kupione wcześniej chemikalia.
- No mam nadzieję – powiedziała, gdy uwolniłam ją z uścisku. – Ale i tak jestem na ciebie zła...
- Uff... Gładko poszło – odetchnęłam z ulgą.
Poszłam do swojego pokoju, rzuciłam na łóżko torebkę i nowy telefon. Nie mając na nic sił, uznałam, ze dobrze zrobi mi odświeżająca kąpiel.
Po szybkim umyciu się i wysuszeniu włosów wróciłam do pokoju by zregenerować siły przed kolejna konfrontacją, tym razem trudniejszą...
Po chwili, powiedziałam sobie, że co ma być to będzie i zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy (czytaj telefon i klucze) ruszyłam do przyjaciółki. Dzięki Bogu, mama miała dzisiaj od południa do pracy, co uratowało mnie przed tłumaczeniem: gdzie znów wychodzę?
Przemieszczałam się jakoś wyjątkowo żółwim tempem, niby wiedziałam przecież, że i tak w końcu tam dojdę, jednak odwlekałam ten moment jak mogłam. Po drodze zastanawiałam się ile powinnam powiedzieć przyjaciółce, miałam do wyboru trzy wersje:
1.    Powiedzieć jej wszystko, zaczynając od tego kim Junki jest, a kończąc na fakcie, ze to z nim spędziłam ostatnia noc i, że teraz jesteśmy ze sobą.
2.    Powiedzieć jej o wszystkim, poza prawdziwą osobowością Junkiego.
3.    Powiedzieć jej, że jesteśmy tylko przyjaciółmi z Junkim, a spędziłam tę noc u niego, dlatego że się zagadaliśmy.
Myślałam, myślałam, myślałam i w końcu zdecydowałam, że wiernej przyjaciółce należy się cała prawda, niezależnie od tego jak na nią zareaguje. Na pewno będzie tym wszystkim dość mocno zaskoczona, ale wiem, iż mogę jej ufać.
Kiedy tylko dotarłam do miejsca skąd na wprost widać już dom Karoli, od razu zauważyłam machającą do mnie postać. Czy ona faktycznie cały czas mnie wypatrywała?
Do jej domu nie weszłam... O nie! Ja zostałam wessana przez silnie podekscytowaną dwudziesto-dwulatkę. W takim stanie jeszcze nigdy nie widziałam. Ściągnęła ze mnie bluzę, powiesiła ją na wieszaku, po czym wciągnęła mnie za sobą na górę. Zaraz po wejściu do pokoju rzuciła się na „nasze” pufy.
- Pati mów, bo nie wytrzymam!
- Widzę
- powiedziałam z kwaśną miną, po czym usiadłam w stałym miejscu.
Zastanawiałam się jak zacząć, gdy...
- Zaczniesz wreszcie mówić czy nie?!
- Właśnie myślę, od czego mam zacząć!
- Od początku! Od tego, z kim byłaś dzisiejszej nocy?! Tylko chcę usłyszeć całą prawdę, bez żadnych wymówek czy pominięć!
- Byłam z Junkim
– odpowiedziałam z westchnieniem.
- Z kim? Znam go? – No tak zapomniałam, że Kara nie zna prawdziwego imienia „Juna”.
- Z tym chłopakiem, który ostatnio przyszedł ze mną do Toudi’ego
- Z Junem?!
– Miała oczy wielkie jak spodki. – Ej... Przecież ci mówiłam, że mi się podoba, jak mogłaś go dalej podrywać!
- Karola nie złość się, wysłuchaj mnie najpierw.
– Prosiłam zdenerwowaną koleżankę. – Wiesz, że od jakiegoś czasu mam hopla na punkcie Azji?
- No tak...
– burknęła.
- No właśnie i nie wiem czy pamiętasz, ale nie raz opowiadałam ci do znudzenia o Lee Jun Ki’m?
- O tym Japończyku? A nie, czekaj, Koreańczyku, co tak strasznie ci się podobał?
- Dokładnie! I Jun to właśnie Lee Jun Ki...
- Co?!
- Dlatego, sama rozumiesz, że od kiedy spotkałam go po raz pierwszy na żywo, nie potrafiłam go sobie odpuścić. Przecież wiesz jak ja za nim strasznie szalałam od dawna! Nawet ty nie miałaś sił ostatnio już o nim słuchać.
- Jun jest tym sławnym gwiazdorem?!
– Mówiła jakby sama do siebie. – WOW!!! No, ale musze przyznać, że poprawił ci się gust. Po tym jak byłaś z Igorem, nie spodziewałam się tego po tobie. Tak w ogóle dalej nie wiem, jak ty mogłaś być z ta pokraką? – Mówiąc o moim byłym skrzywiła się i pokazała mi język.
- Ej no! Był miły i opiekuńczy, sama go lubiłaś!
- No dobra, dobra... Ale mów gdzie się poznaliście, no i kiedy?!
- Nasze poznanie to dość długa i pokręcona historia, ale było to na lotnisku, w dniu mojego powrotu z Niemiec...
– Dalej opowiedziałam przyjaciółce dokładnie ze szczegółami całą historię od wypadku na lotnisku, po chwilę obecną.

Gdy skończyłam już mówić, Karolina nadal się nie odzywała. Siedziała nieruchomo urzeczona w dalszym ciągu usłyszaną historią, z rozdziawionymi ustami. Po raz kolejny dzisiaj zobaczyłam przyjaciółkę w stanie, którego nigdy wcześniej nie miałam okazji oglądać.
- Karola?! Nie gniewasz się już prawda?
Wybudziłam ją z letargu...
- No jasne, że nie. Ale wiesz co? – Rzuciła się mi na szyję. – Ty to masz Pati szczęście! Też chcę żeby mój ukochany Pattinson, nagle pojawił się u nas w mieście! Ach... Jakie to wszystko romantyczne... – Rozmarzyła mi się dziewczyna.
ŚWIST... BUM... – Odciągnęłam od twarzy poduszkę.
- Jednej rzeczy tylko nie rozumiem. Jak mogłaś mu nie odpowiedzieć na to wyznanie głupia, skoro tak go uwielbiasz?! – Wykrzyczała mi prosto w twarz.
ŁUP – oberwałam po raz drugi
- Masz to zaraz naprawić! Pomyślałaś, co będzie, kiedy on pomyśli, że nic do niego nie czujesz? Albo gorzej! Jak pomyśli, że chciałaś się tylko zabawić z wielka gwiazdą?!
Spuściłam wzrok w ziemię, ale prawda, nie pomyślałam o tym wcześniej.
- Masz natychmiast się z nim umówić i to wszystko jakoś odkręcić, za nim znajdzie pocieszenie w ramionach Magdy, a z tego co opowiadałaś ona raczej by go nie odrzuciła! – Po tych słowach, przed oczyma natychmiast stanęła mi scena całującej się pary na ulicy.
Wiedziałam, że powinnam zrobić tak, jak radzi przyjaciółka, czyli jak najszybciej spotkać się z Junkim i wyznać mu swoje uczucia, jednak nie miałam na to jeszcze odwagi.
Pod pretekstem załatwienia pewnej ważnej sprawy, wyszłam od Karoli i pośpiesznie wróciłam do domu. Wchodząc do mieszkania usłyszałam dźwięk telefonu. Podbiegłam szybko, by zdążyć odebrać.
- Hallo?
- Pati, zapomniałam ci powiedzieć przed wyjściem do pracy, byś wzięła Daniela ze sobą do sklepu i kupilibyście dwie zgrzewki wody mineralnej. Tata dzwonił dzisiaj i mówi,ł że będzie dopiero po jutrze, więc musicie sobie radzić bez samochodu. Pieniądze zostawiłam w kubku na szafce.
- Dobra spróbuje go namówić. Wiesz, że on nigdy nie był miłośnikiem chodzenia do sklepu, a w ostatnich dniach jest jeszcze bardziej drażliwy.
- Powiedz mu, że ja mu kazałam iść i koniec. Dobra ja musze kończyć, trzymajcie się, pa.
– I się rozłączyła...
Jakby mi dzisiejszego dnia jeszcze było mało problemów, to teraz będę się jeszcze prosić Modego by poszedł do sklepu... Ach... Zajrzałam do kubka i tak jak się spodziewałam oprócz pieniędzy była tam też dodatkowa lista zakupów. Wiedziałam, że nie wysłałaby nas po samą wodę...
Złapałam ponownie za telefon i wybrałam numer brata. Po kilku sygnałach raczył łaskawie odebrać.
- Słucham
- Mody przyjdź do domu. Mam kazała nam pójść do sklepu.
- Nie chce mi się!
- Mi też nie, ale jeszcze mniej chce mi się słuchać mamy, kiedy wieczorem przyjdzie z pracy i zauważy, że nie zrobiliśmy zakupów.
- Dobra... Za chwile będę.
- Ale za chwilę, nie za godzinę!
– Rozłączyłam się.
Dobra, to zanim Daniel przyjdzie do domu, zdążę się przebrać w jakieś ciuchy, w których można się pokazać publicznie na mieście, bo to co miałam na sobie w tej chwili nadawało się tylko do chodzenia po domu moim lub Karoli.
Zamieniłam szybko spodnie z dresu na jeansy, a bluzę na ulubiona błękitną koszulę, ściągniętą w pasie paskiem. Gdy właśnie kończyłam rozczesywać włosy, do domu wszedł „drugorodny” moich rodziców.
- Gotowa? – Zapytał już od progu. – Pospiesz się!
- Idę już, sekunda. Wezmę tylko z kuchni portfel.

Do marketu mieliśmy 15 minut drogi. Zajście tam i zakupy zajęły nam pół godziny. W sumie musze przyznać, że nawet lubię chodzić z nim do sklepu, bo pod względem zakupów jest podobny do mnie. Czyli wejść do sklepu kupić co trzeba i wyjść.
Kiedy wychodziliśmy na zewnątrz z cudownego, klimatyzowanego obiektu poczuliśmy falę gorąca wręcz uderzającą nas w twarz. Ten dzień był wyjątkowo upalny, dlatego też zdecydowaliśmy się po drodze do domu wejść na lody. Wracając bez pośpiechu, ramię w ramię szliśmy w kierunku domu. Niespodziewanie na ulicy, zatrzymał się obok nas z piskiem niebieski motocykl. Motoru nie rozpoznałam, za to jego właściciela od razu jak tylko zdjął kask. Tylko, co on tu robi?!
Junki stanął przed nami z groźna miną, po czym zmierzył wzrokiem mnie i mojego brata. W momencie, kiedy chciałam się odezwać i przedstawić ich sobie, Junki mnie wyprzedził i odezwał się pierwszy.
- Czyli to prawda?!
- Słucham? Co jest prawdą?!
- Już teraz rozumiem, dlaczego nic nie odpowiedziałaś na moje wyznanie... Mój menager mówił mi, że widział cię ostatnio, właśnie z jakimś wysokim chłopakiem i ostrzegał, żebym to sprawdził. Właśnie przed chwila, zadzwonił do mnie, że znów z nim jesteś. Nie chciałem mu wierzyć, ale teraz widzę na własne oczy. Zawiodłaś mnie Pati!
– Po zakończeniu przemowy, szybkim ruchem odwrócił się, założył z powrotem kask i ruszył.
- Ale to jest mój... – Nie zdążyłam, odjechał.
Stałam zszokowana patrząc przed siebie za oddalającym się z ogromną prędkością motocyklem, natomiast mój brat zaśmiewał się do rozpuku. Mi do śmiechu jednak nie było.
- Co to był za gość Pati? Z kim ty się zadajesz?! – Pytał Daniel między kolejnymi atakami śmiechu. – Wiesz co, ty zmień znajomych...
Spojrzałam tylko na niego krzywo, po czym wróciłam do wpatrywania się w coraz mniejszy niebieski punkcik...