To pierwszy rozdział mojego kolejnego opowiadania. Sporo różni się ono od Junkosiowego, ale mam nadzieję, że się spodoba. Życzę miłej lektury i z niecierpliwością czekam na komentarze oraz konstruktywną krytykę.
Zagubione szczęście
1. Bo tak to wszystko się zaczęło...
24 grudnia 1993r
- Nie płacz malutka... Tu będzie Ci o wiele lepiej niż ze mną! – Kolejne łzy spłynęły po gładkim policzku, następnie lądując na oblodzonych, marmurowych stopniach wielkiego budynku. – Pamiętaj tylko, że mamusia Cię bardzo kocha i nigdy o Tobie nie zapomni. – Na szyi dzieciątka został zapięty malutki złoty wisiorek w kształcie gwiazdki.Zakapturzona, ubrana w długi, czarny, zakrywający dokładnie ciało płaszcz postać, schyliła się i po raz ostatni pocałowała maleńkie, zaledwie kilkudniowe czółko, po czym szybkim krokiem oddaliła się w ciemność tej mroźnej, zimowej nocy. Ową postacią była Karina. Bardzo młoda kobieta, która swoją urodą mogłaby przyćmić nie jedną gwiazdę filmową. Miała długie, prawie do pasa delikatnie falujące kasztanowe włosy, delikatna skórę oraz długie i zgrabne nogi. Gdy jeszcze parę lat wcześniej przechadzała się po okolicy, nie było męskich oczu, które by za nią nie spojrzały. Jednak w tym momencie nie wyglądała szczególnie atrakcyjnie. Zniszczone ubranie, wypieki na twarzy, siniec pod okiem oraz rozmazany od płaczu makijaż... Gdyby ktoś jej nie znał, uznałby ją za pierwszą lepszą kurwę uliczną.
Czerwiec 1994r
- Jaka ona urocza! – Dwie pary skośnych, młodych oczu nachyliły się nad uśmiechniętą, żywą laleczką. - Och malutka... Już wkrótce zamieszkasz z nami... Tak, tak też się cieszę! – Kobieta mówiła do dziecka melodyjnym głosem w swoim ojczystym języku. – W naszym kraju jest pięknie, spodoba ci się zobaczysz! Jestem też pewna, że będziesz miała w przyszłości wielu przyjaciół, jeśli tylko będziesz wszystkich wokoło obdarzać, właśnie takim uśmiechem – dotknęła delikatnie uniesionych kącików ust .
- Moi drodzy! Wszystkie papiery się zgadzają. Oto paszport Kamili wystawiony już na jej nowe imię oraz wszystkie inne potrzebne dokumenty. – Gdy tłumaczka przekładała słowa na koreański, dyrektorka wręczyła uszczęśliwionym rodzicom dokumenty adopcyjne (już teraz) ich córeczki.
- Jon Byun-Ra – Przeczytał na głos dumny tata. – Od dzisiaj słoneczko jesteś Jon Byun-Ra! Chodź do tatusia! – Wyciągnął ręce w stronę dziewczynki, która chętnie poddała się zmianie trzymających ją ramion, nie przestając się uśmiechać.
Godzinę później, rodzina była już na lotnisku gotowa do długiej podróży. Cieszyli się, iż wszystko poszło po ich myśli i wiozą ze sobą do domu nowego członka rodziny.
Państwo Jon od dawna starali się o dziecko, jednak pomimo usilnych prób nie udawało im się. Oboje byli młodzi i marzyli o potomku, niestety nie był im dany. Każda próba kończyła się fiaskiem, aż po kilku latach pogodzili się z faktem, iż nigdy w ich domu nie będzie słychać tupania małych stópek. Wydawało się, że poddali się już na dobre. Jednak pewnego razu, kiedy odwiedzali rodzinę w Polsce oboje zauważyli jeszcze jedna możliwość, której jakoś wcześniej nie brali pod uwagę.
Dom kuzyna Won-Sa mieścił się zaraz obok małego, starego sierocińca. Gdy pewnego dnia spacerowali z Min-Na obok, zobaczyli a właściwie bardziej usłyszeli płaczącą maleńką osóbkę. Nigdzie nie było widać opiekunki, więc podeszli do wózka i zaczęli kołysać maleństwo. Dziecko natychmiast się uspokoiło i w tym też momencie oboje zdecydowali – Ona będzie nasza!
Od tego momentu prawie pół roku zajęło im załatwianie wszystkich spraw związanych z adopcją oraz wywiezieniem dziecka za granicę.
Teraz szczęśliwi rodzice wraz ze swoją, śpiąca w ich ramionach córeczką, lecieli do domu... Do Seulu w Korei Południowej.
Kamila, a obecnie już Byun-Ra była naprawdę uroczym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta. Jedynymi momentami, w których uśmiech znikał jej z twarzy były chwile, gdy zostawała sama. Wtedy pod powiekami szybko zbierały się łezki... Nikt nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego to dziecko musiało tyle przejść? Jak to możliwe, że ktoś jej nie chciał i porzucił?
Byun-Ra w domu została powitana przez całą rodzinę jak księżniczka. Jeszcze kilka dni wcześniej nie miała nikogo, a teraz posiadała kochających ją rodziców i dziadków.
Przez następne dziesięć lat była rozpieszczana, jak mało które dziecko. Miała wszystko, czego zapragnęła, a cała rodzina była na jej kiwnięcie palcem, co ułatwiała majętność rodziny. Dziewczynka jednak wcale się przez to nie rozpuściła. Wręcz przeciwnie, była zawsze dla wszystkich grzeczna, a jej uśmiech dalej potrafił rozgonić wszystkie smutki. Było tylko kilka dni, gdy nie była sobą. Było to po śmierci babci. Na szczęście Byun-Ra była wtedy zbyt mała by to zrozumieć i jedynie tęskniła nie wiedząc, co tak naprawdę się stało.
Listopad 2004r
- Jak to możliwe?! - Nie tak głośno! Mała usłyszy! – Dwie pokojówki zażarcie dyskutowały w pokoju.
Twinkie (jak to lubili nazywać ją znajomi i rodzice) nie miała w zwyczaju podsłuchiwać i pewnie tym razem również by tego nie robiła, gdyby nie usłyszała imienia swojej matki.
- Jesteś tego pewna? – Kobiety ciągnęły rozmowę szeptem, przez co dziewczyna jeszcze ściślej przylgnęła do drzwi.
- Tak, przed chwilą dzwonili z komendy policji. Powiedzieli, że nikt nie przeżył. – Źrenice dziewczynki rozszerzyły się do granic możliwości, a małe dłonie zacisnęły się w piąstki. Słuchała dalej mając nadzieję, iż coś opacznie zrozumiała
- Biedni ludzie, ale co teraz stanie się z dzieciakiem?
- Nie wiem... Pewnie trafi do domu dziecka.
Po tych słowach Byun-Ra nie czekała dłużej. To jej wystarczyło, wszystko zrozumiała. Coś stało się z jej rodzicami, a ja mieli zabrać do domu dziecka. Postanowiła się nie dać, uznała że pomimo swojego, młodego wieku poradzi sobie sama. Pobiegła do pokoju i zaczęła wrzucać do walizki ubrania oraz inne potrzebne artykułu, które mogły się jej przydać podczas samotnego życia.
Nie płakała... Nie umiała. Czuła się tak, jakby już się kiedyś zdarzyła taka sytuacja. Jakby już w przeszłości straciła kogoś ukochanego. Pomyślała o babci.
- Tak to pewnie przez nią... – Powiedziała do siebie.
Pakowanie zajęło jej dziesięć minut. Przed samym wyjściem złapała jeszcze za swoją skarbonkę, od lat napełnianą i wyszła z domu tylnymi drzwiami, tak by nikt jej nie zauważył.
Jak można było przypuszczać takie dziecko, nie znające życia ulicznego, nie miało szans na utrzymanie się w tym świecie. Po trzech dniach tułaczki, jej organizm nie był w stanie dłużej tego ciągnąć. Padła zemdlona w parku. Po tych kilku dniach, w których przez swoją naiwność zdążyła zostać okradziona ze wszystkich pieniędzy oraz walizki z ubraniami nie wyglądała już na dziecko pochodzące z dobrej, zamożnej rodziny. Wyglądała jak każde inne dziecko pochodzące ze slumsów. Dlatego też, mała bezdomna, leżąca w parku w okolicy ubogiej dzielnicy nie robiła na nikim wrażenia.
Czerwiec 2010
PLAC! – Dźwięk dłoni uderzającej o policzek poniósł się echem po pustym korytarzu starego, obskurnego motelu.- Czy ciebie do reszty pojebało?! Nie robisz tego pierwszy raz. Jeżeli klient wymaga to ma dostać!
- Ale...
- Jakie ale?! Nie ma żadnego ale! Masz tam natychmiast wrócić i zrobić swoje, za to ci kurwa płacę! Pamiętaj, że gdyby nie ja już wtedy jacyś handlarze sprzedaliby cię na narządy! – Szarpnął wystraszoną dziewczynę za włosy i wrzucił z powrotem do zaśmierdłego pokoju.
Gdyby miała inna szansę, już dawno zrezygnowałaby z tego co robiła. Wcale jej się to nie podobało, jednak nie miała wyjścia. Praca na ulicy była jedną możliwością jakiegokolwiek zarobku. Tylko dzięki temu, miała za co się utrzymać. Do tego tak jak powiedział sam Charli, wisiała mu spora przysługę za przygarnięcie jej w dzieciństwie z ulicy.
Kilka lat wcześniej to właśnie on znalazł małą, brudną i nieprzytomną dziewczynkę nad ranem w parku. Kiedy spojrzał na jej twarz, od razu wiedział, że gdy trochę podrośnie będzie z niej niesamowita piękność i prawdopodobnie tylko dlatego zdecydował się przygarnąć dzieciaka do swojego burdelu.
Charli był mężczyzną w średnim wieku. Od urodzenia zaznajomiony z nocnym życiem. Swój klub (jeżeli tak można nazwać tę zatęchłą dziurę, której był właścicielem) odziedziczył po zmarłym wujku. Nazwał go „Szok”, pewnie jak to nie raz mawiała Twinkie, przez uczucie jakie dopadało człowieka, gdy pierwszy raz wchodził do tej brudnej nory.
Byun-Ra początkowo zajmowała się całą brudną robotą. Sprzątała, prała i gotowała. Była na posyłki innych kobiet. W wieku 10 lat nie raz widziała rzeczy, których nie powinna jeszcze długo zobaczyć. Na szczęście była twarda, a ciężka praca nie zniszczyła jej ani charakteru, ani wyglądu. Twinkie wyrosła na naprawdę piękną kobietę. Wyglądu zazdrościła jej nie jedna, dlatego nie miała łatwego życia wśród koleżanek po fachu. Była szczupła, ale nie chuda, grube, falujące i lśniące kasztanowe włosy spływały jej zawsze miękką falą na plecy i kończyły się w okolicy bioder. Miała około 170 centymetrów, więc wyróżniała się wzrostem wśród kobiet, jednak tym, co odróżniało ją od innych najbardziej nie był wzrost a zachodni typ urody. Blada, gładka cera i duże okrągłe zielone oczy. Taki wygląd był bardzo pożądany wśród azjatyckich mężczyzn, co było jej przekleństwem. Już w wieku trzynastu lat zdarzały się przypadki, iż klienci próbowali zaciągnąć małą do łóżka. Na szczęście w takich momentach zazwyczaj ratował ją Charli. Nie robił tego jednak bezinteresownie... Od pierwszego dnia, gdy ujrzał brudną twarzyczkę Byun-Ra, nie potrafił przestać o niej myśleć i wtedy też uznał, że najpierw ona będzie jego. W tamtym czasie dziewczyna jeszcze o tym nie wiedziała, ale nie dane jej było długo żyć w błogim spokoju i fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, wynikających z nieświadomości. Gdy ataki na jej osobę zaczynały występować coraz regularniej uznał, że długo już nie uda mu się jej upilnować przed napaleńcami, tak tez najwyższy czas samemu się za nią zabrać.
- Charli? Chciałeś mnie widzieć? – Zapytała Twinkie wchodząc do obskurnej sypialni.
- Tak, zamknij drzwi i siadaj mała. – Poklepał łóżko, na którym siedział.
Dziewczynka posłusznie, lecz niepewnie zajęła wskazane miejsce.
- Lola mówiła, żebym do ciebie przyszła. Czy coś się stało, zrobiłam coś nie tak?
- Nie, nie, skądże! Po prostu uznałem, że dawno nie rozmawialiśmy. – Odpowiedział z uśmiechem i objął ją ramieniem. – Ale ty wyrosłaś, od kiedy pierwszy raz się tu zjawiłaś! Stałaś się już prawdziwą kobietą! – Zauważył przejeżdżając wzrokiem po całej sylwetce Twinkie, z krótkim postojem na wysokości klatki piersiowej, gdzie spod cienkiego materiału obszernej bluzki można było dostrzec całkiem znaczne wypukłości.
Ręka ześlizgnęła mu się niżej wzdłuż ramienia do łokcia, a następnie lekko w tył by zatrzymać się na biodrze. Pod wpływem tego dotyku dziewczynka zadrżała. Mężczyzna czując to przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej.
- Spokojnie malutka! – Powiedział, gdy dziewczyna próbowała się od niego odsunąć. – Wszystko będzie dobrze. Przecież możesz mi zaufać, prawda? – W odpowiedzi mała ślicznotka tylko skinęła niepewnie głową.
Ruch ten był dla Charliego prawie jak pozwolenie na kolejny krok. Jego ręka wcześniej spoczywająca na biodrze, wślizgnęła się pod bluzkę, głaszcząc nagą, delikatną skórę pleców.
- Pamiętaj, że musisz być grzeczna. – Powiedział reagując na wstrzymanie oddechu swojej ofiary. – Nie zapominaj, że zawdzięczasz mi życie!
Dobrze wiedział, iż te słowa podziałają na Byun-Ra. Od dnia, kiedy do niego trafiła, starała się robić wszystko jak najlepiej, by tylko odwdzięczyć się za przygarnięcie.
Jego kolejne posunięcia były coraz odważniejsze. Druga ręka powędrowała na kolano, a następnie zaczęła się przesuwać wzdłuż uda. W końcu podniecenie wzięło górę i nie próbując się nawet pohamować, popchnął dziewczynę na plecy. Jej jakiekolwiek protesty nie robiły na nim większego wrażenia, a na pomoc z zewnątrz tez nie miała co liczyć. Każdy miał gdzieś krzyki jakiejś małolaty.
Tamto wydarzenie dość znacznie wpłynęło na zachowanie Twinkie. Stała się bardziej zamknięta w sobie i przestała ufać komukolwiek, ale w dalszym ciągu była pewna siebie i nie dawała innym sobą pomiatać. Poza Charlim. Choć go nienawidziła, wolała mu się nie stawiać. Dobrze wiedziała jak może skończyć się przeciwstawianie szefowi. Nie jeden raz widziała go w furii wyżywającego się na którejś z pracownic. Nawet, gdy była niewinna wolała siedzieć cicho i przyjąć karę w spokoju, niż się postawić i oberwać dwa razy bardziej.
Jako pupilka szefa, jak to mówiły o niej pozostałe kobiety, przez lata wyrobiła sobie pozycję wśród innych pracujących w tym miejscu kobiet. Nie zawdzięczała tego szacunkowi do jej osoby, ale strachowi przed Charlim. Wszystkie dobrze wiedziały, że pomimo faktu, iż też obrywa ma u niego największe względy z nich wszystkich i ich słowa nie mogą się równać jej.
W klubie Byun-Ra grała silną i zdecydowaną. Jednak, kiedy tylko znalazła się na osobności w swojej pustelni, pozwalała sobie na chwile słabości. Często zdarzało jej się płakać z bezsilności. Dla ukojenia nerwów robiła to, co kochała najbardziej – śpiewała, ale tylko w samotności. Od czasu wypadku rodziców, nigdy nikomu nie pokazała swojego talentu. Najczęściej nuciła piosenki, których nauczyli ją rodzice. To właśnie oni jako pierwsi zauważyli jej talent i wysłali ją na lekcje śpiewu, gdzie wszyscy wychwalali jej głos. Czasem nucąc zastanawiała się, jakby to było, gdyby jej życie potoczyło się inaczej? Może byłaby teraz, w wieku siedemnastu lat sławną piosenkarką? W takich momentach ponosiła ją wyobraźnia i dziewczyna zaczynała śpiewać i tańczyć tak jakby była na wielkiej scenie. Sceną jej był brzeg rzeki zaraz obok ogromnego mostu. A wysoko nad jej głową słyszała miejski gwar, setek ludzi niewiedzących i niechcących wiedzieć o istnieniu takiej osoby jak ona.
Także tym razem po wykonaniu jednej z obrzydliwych zachcianek klienta uciekła do swojej pustelni by odizolować się od okrutnego świata. Głośno śpiewając starała się nie myśleć o okrutnej rzeczywistości.











