Nieprzytomny chłopak znalazł się na łóżku w sypialni Twinkie. Nie było łatwo, ale jakoś udało jej się go tam zaciągnąć. Kiedy już ułożyła nieprzytomnego człowieka w pościeli, po raz pierwszy dokładniej na niego spojrzała. Był przystojny. I kogoś jej przypominał. Zmrużyła oczy próbując sobie przypomnieć sytuację, w której mogła poznać owego jegomościa. Jej spojrzenie po raz kolejny spoczęło na nieznajomym. Chłopak, a właściwie już mężczyzna miał pociągłą twarz, a jego skóra była dość ciemnej karnacji. Włosy na pierwszy rzut oka, wyglądały jakby podczas porannej toalety zapomniał przejechać po nich, choć raz grzebieniem. Jednak, kiedy przyjrzeć im się bliżej, można zauważyć, iż są one starannie ufryzowane dając efekt artystycznego nieładu. Przyciągały uwagę nie tylko swoim ułożeniem, ale również kolorem. One nie były czarne... „Czarne” to zdecydowanie nieodpowiednie określenie. Hebanowa czerń o wiele lepiej do nich pasuje. Do tego, w podobnym kolorze były brwi chłopaka. Idealne łuki położone równolegle względem powiek skrywających czarne tęczówki. Byun-Ra nie była w tej chwili w stanie zobaczyć koloru oczu, jednakże gdyby ktoś chciał się z nią złożyć o spora sumę pieniędzy, była gotowa przyjąć zakład, że czy są równie czarne jak włosy i brwi. Przechodząc wzrokiem dalej, zjechała w niższe partie twarzy, zatrzymując się na pełnych czerwonych ustach, od widoku których, przeszedł ją jakiś wewnętrzny dreszcz. Natychmiast uciekła wzrokiem w stronę okna, trafiając w ten sposób na kolorowy magazyn, którego główną tematyką były wywiady ze znanymi postaciami showbiznesu. „Król sceny – Wanabe Satoru” głosił nagłówek na okładce. Niemożliwe, pomyślała. Ponownie przeniosła wzrok na mężczyznę w jej łóżku. Tym razem wpatrywała się w niego długo, aż do momentu, gdy jak jej się zdawało jego powieki drgnęły. Wtedy szybko stanęła przed szafką znajdującą się na przeciw łóżka, udając, że szuka jakichś medykamentów, które prawdę powiedziawszy leżały cały czas pod jej ręką.
- Auuaa... – Zdezorientowany Sato syknął i podniósł się z pozycji leżącej, po czym dotknął ręką obolałej głowy.
- Wreszcie się przebudziłeś? – Zapytał jakiś znajomy głos. A osoba, do której należał, nawet nie odwróciła się w jego stronę.
Satoru otworzył oczy bez pośpiechu i rozejrzał się dookoła, jego wzrok zatrzymał się na kobiecie stojącej nieopodal. Zauważył, że sam leży na łóżku w małym, ciemnym pokoiku. Ściany oblepione były pożółkłą tapetą, na podłodze leżał wypłowiały dywan. Okno przesłaniały szczelnie ciemnoczerwone zasłony.
- Gdzie ja jestem? – Zapytał, w dalszym ciągu nie mogąc odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Rozglądał się nerwowo dookoła, jednak żaden przedmiot nie wyglądał znajomo. Do tego ból rozrywający mu czaszkę od wewnątrz nie pomagał w skupianiu uwagi.
- U mnie. – Dziewczyna odpowiedziała krótko. – Jesteś Wanabe Satoru. – Bardziej stwierdziła, niż zapytała. - Widziałam się ostatnio w jakiejś gazecie.
- Dokładnie. A ty..? – Dawno nie słyszał, by ktoś nie należący do jego świata tak spokojnie na niego reagował. Tym bardziej wiedząc, kim jest. Nie narzekał jednak. Musiał jednak stwierdzić, że miło było, choć raz nie być ogłuszonym piskiem jakiejś zagorzałej fanki.
- Możesz mi mówić Twinkie. Ale lepiej mi powiedz, co traka gwiazda jak Ty robiła sama w tej okolicy?
- Szukam kogoś. – W dalszym ciągu bacznie się jej przyglądał. Stała do niego odwrócona plecami i szukała czegoś w szafce. W jego głowie pojedyncze obrazy stopniowo składały się w dłuższe urywki filmu, dzięki czemu, zaczynał przypominać sobie ostatnie wydarzenia. Banda rabusiów, ręka przyciskająca go do ziemi, znajomy kobiecy głos i SPLUWA! Podskoczył na wspomnienie groźnej, a zarazem sprytnej dziewczyny z bronią.
W tym samym czasie Byun-Ra odwróciła się do niego, w dalszym ciągu stojąc tam gdzie wcześniej. Gdy spojrzała na niego powtórnie, zadrżała, a jednocześnie poczuła ciepło ogarniające jej ciało i duszę.. Mimowolnie uśmiechnęła się na widok rozczochranego, z na wpół przymrużonymi powiekami chłopaka, który w tej chwili wyglądał bardziej uroczo niż przystojnie.
- Szukasz kogoś? Oczywiście... – Dodała. Cały urok chwili zniknął w ciągu sekundy, a na jej twarzy zagościł dziwny grymas. – Wiesz co..? Z tego, co wiem bliżej centrum jest wiele lepszych domów publicznych niż w tej okolicy.
Spojrzał na nią krzywo, ale nie odezwał się. Nie ufał jej na tyle.. Właściwie w ogóle jej nie ufał. Przecież praktycznie jej nie znał, więc dlaczego miałby jej mówić, dlaczego znalazł się sam w takiej dzielnicy.
Twinkie złapała w dłonie mały koszyczek i ruszyła w stronę łóżka, po czym na nim przysiadła, wyciągając powoli rękę w jego kierunku.
- Czego chcesz? – Odchylił się w tył by nie mogła go dotknąć.
- Siedź spokojnie, przecież nie chcę ci nic zrobić!
- Tamten gość też tak myślał początkowo, zanim nie zmiażdżyłaś mu przyrodzenia.
Dziewczyna uśmiechnęła się odruchowo na myśl o wspomnianej sytuacji.
- W takim razie bądź grzeczny, a obiecuję, że twoje klejnoty nie ucierpią. – Odpowiedziała chichocząc.
Teraz, kiedy siedziała tak blisko, Sato zauważył, że dziewczyna jest naprawdę ładna. Gdy wcześniej walczyła z przerośniętym mięśniakiem wydawała mu się jakaś taka większa i groźniejsza. Natomiast w tym momencie, gdy siedziała przed nim uśmiechnięta, wyglądała tak niewinnie, delikatnie i... uroczo. Sam zdziwił się tym, co przyszło mu do głowy. Jednak nie mógł zaprzeczyć. Wpatrywał się w jej twarz, gdy grzebała w przyniesionym koszyczku. Dziewczyna była naprawdę ładna, ciemne długie włosy okalały jej delikatną twarz, miała jasną cerę i ciemne, duże oczy, zdradzające od razu, iż pochodzi z zachodu. Dalekiego zachodu. Przypuszczał, iż gdzieś z Europy. Oczy nie dość, że duże to jeszcze otoczone były długimi, grubymi rzęsami, które dodatkowo powiększały je optycznie. Zszedł wzrokiem trochę niżej wzdłuż linii drobnego noska, zatrzymując się na pełnych ustach. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w nieznajomą mu dziewczynę, której prawdę mówiąc zawdzięczał życie.
- Długo zamierzasz się tak jeszcze gapić? – Zapytała nie odrywając wzroku od czytanej właśnie ulotki. – Mam coś na twarzy, czy po prostu nigdy wcześniej nie widziałeś białego człowieka?
Odwrócił szybko wzrok udając zainteresowanie wiszącym na ścianie zegarem.
- Auć! – Wrzasnął, odczuwając nagle silne pieczenie na policzku. Tak bardzo uciekał wzrokiem od dziewczyny, że nie zauważył jak przyłożyła nasączony jakimś płynem wacik do jednej z jego ran.
- Jak nie będziesz się tak wiercił z pewnością będzie mniej bolało. – Skarciła go. - Żałuję, że nie zdążyłam tego zrobić, kiedy jeszcze leżałeś spokojnie nieprzytomny. Zachowujesz się jak małe dziecko. – Dodała z wyrzutem.
Po tych słowach starał się opanować. Musiał się przecież pokazać z jak najlepszej strony. Starał się odprężyć pod dotykiem delikatnych dłoni opatrujących kolejno jego rany na skroni i policzkach. Gdy zręczne, delikatne palce zbliżyły się do ostatniej ranki w kąciku ust, wstrzymał oddech. Spoglądając jej prosto w oczy zastanawiał się, co ta dziewczyna ma w sobie, że aż tak na niego działa. Całe jego ciało się naprężyło, a każdy mięsień zesztywniał. Natomiast Byun-Ra, kompletnie nieświadoma wrażenia, jakie wywiera na swoim „pacjencie”, nieprzerwanie oczyszczała niewielkie rozcięcie.
Nagle odwróciła wzrok w jego stronę, a ich spojrzenia się spotkały. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Widziała jak jego oczy stopniowo zmieniają barwę. Pociemniały. Czuła się tak, jakby rozgrzewały ją od środka, wywołując przyjemne ciepło, gdzieś wewnątrz jej ciała.
Twinkie nagle zauważyła, że jest coraz bliżej wpatrującego się w nią obiektu. Jak to możliwe? Myślała. Przecież ona sama nie ruszyła się z miejsca. Zabrała rękę z jego twarzy i szybko, lecz niegwałtownie odsunęła się od Sato, nieprzerwanie utrzymując kontakt wzrokowy. Próbowała zebrać myśli. Nie wiedziała, dlaczego jej ciało tak reaguje na tego człowieka. Przecież regularnie bywała blisko różnych mężczyzn, a najczęściej nawet i bliżej. Jednak nikt dotychczas nie sprawiał, iż czuła się tak jak teraz.
Twarz Satoru ponownie znalazła się niebezpiecznie blisko. Byun-Ra nie potrafiła jednak odwrócić wzroku od jego oczu, nosa, ust, od jego twarzy... W ostatnim momencie dotarło do niej, co się święci. Momentalnie zerwała się na nogi.
- Rany powinny szybko się zagoić. To tylko zadrapania. – Paplała. - Jednak gdyby coś się działo powinieneś pójść do lekarza. Na pewno znasz dobrych lekarzy...
- Eee, tak... – Odpowiedział lekko zmieszany.
- Chyba będę już szedł. – Odezwał się po chwili.
Twinkie spojrzała na niego. Kiedy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, Sato zauważył w oczach dziewczyny coś dziwnego. Miał wrażenie jakby wzrokiem mówiła mu by został, jednak twarz dziewczyny oraz jej słowa całkowicie zaprzeczały temu odczuciu.
- Też wydaje mi się, że to dobry pomysł. Dość już miałam z Tobą problemów.
Przypuszczał, że dziewczyna nie będzie go błagała, by został, ale miał cichą, podświadomą nadzieję, iż jej słowa nie będą aż tak dosadne. Wstyd mu było przyznać się samemu przed sobą, że coś faktycznie ciągnęło go do dziewczyny. Tylko, co i dlaczego? Zaczął przypuszczać, iż to pewnie przez silne uderzenie w głowę.
Po chwili uznał, że czas się w końcu ruszyć. Zsunął się na kraniec łóżka i spuścił nogi na ziemię. Podpierając się rękoma o materac próbował znaleźć się w pozycji pionowej. Niestety, gdy przeniósł ciężar ciała na nogi, te odmówiły posłuszeństwa i chłopak zataczając się, runął z impetem z powrotem na łóżko. Zawroty głowy natychmiast powróciły, na co Sato zareagował zduszonym jękiem. Zacisnął powieki by uspokoić wirujące obrazy.
Gdy je otworzył zobaczył przed sobą zmartwiona minę Twinkie.
- Wszystko dobrze? – Zdziwił się, jak bardzo ucieszyła go troska w głosie dziewczyny.
- Myślę, że tak. Po prostu trochę zakręciło mi się w głowie. – Odparł starając się zachować obojętny ton głosu.
Spróbował jeszcze raz podnieść się na nogi.
Upadłby znowu, gdyby w ostatniej chwili Byun-Ra nie podtrzymała go za ramię. Jednym ruchem objęła go w pasie i zarzuciła sobie na ramiona jego rękę.
- Sprawiasz mi dzisiaj same kłopoty! – Starała się wypowiedzieć te słowa z pogardą w głosie, ale nie zabrzmiało to tak chłodno jak chciała. – Znów muszę ci pomagać. Ciekawa jestem jak zamierzasz mi się odwdzięczyć za to?
- Prawda. Jestem twoim dłużnikiem za dzisiejszy dzień i znajdę sposób żeby Ci jakoś wynagrodzić Twoje dzisiejsze zachowanie. – Próbował odpowiadać tak samo obojętnym tonem jak ona.
Godzinę później, objeżdżając rondo po raz trzeci, Sato myślami dalej błądził wokół dziewczyny, która go uratowała. Kim była naprawdę? Czym się zajmowała? Te pytania zajmowały jego całą uwagę. Z tego letargu ocknął się dopiero w momencie, gdy ujrzał błysk światła i dźwięk klaksonu jadącego z naprzeciwka samochodu, który z minął się z nim na milimetry. Wtedy zdał sobie sprawę, że wjechał z ronda na lewy pas i jedzie pod prąd! Natychmiast zjechał na pobocze. Nie może prowadzić w takim stanie, bo jeszcze doprowadzi do katastrofy – pomyślał. Kiedy zebrał siły, ruszył w dalszą drogę.
Dopiero wchodząc do domu zdał sobie sprawę z tego, która już jest godzina. Dochodziła dziewiętnasta, a na dworze robiło się szarawo. Przekręcając za sobą klucz w zamku, ściągnął bluzę i rzucił ją niedbale na stojąca po lewej stronie kanapę. Spojrzał na mały stolik, na którym stał telefon z automatyczną sekretarką. Małą czerwona lampka błyskała jak szalona. Zerknął na wyświetlacz. Dziesięć nowych wiadomości.
- Szlag by to... – Syknął.
Wiedział, że przyjdzie mu się gęsto tłumaczyć ze swojej całodniowej nieobecności. Ale był dorosły. Miał prawo czasem do własnego życia. Odkąd trafił do agencji nie miewał praktycznie własnego życia.
Wyjął z kieszeni komórkę i włączył ją. Gdy tylko ucichły dźwięki oznajmiające włączanie się urządzenia natychmiast dał się usłyszeć nieprzerwany odgłos stale napływających sms’ów. Nie czekał nawet do momentu aż nadejdą wszystkie wiadomości, tylko rzucił telefon na kanapę obok kurtki i poszedł do łazienki. Jeżeli ma się zmierzyć z tymi wszystkimi ludźmi, a w szczególności z prezesem, któremu na pewno zdążył się już poskarżyć manager musi najpierw wziąć chłodny prysznic.
Przez piętnaście minut stał nieruchomo pod głównym strumieniem wody rozkoszując się uczuciem, jakie dawała w połączeniu z jego obolałym ciałem. Wrócił myślami do bandy, która go napadła i do pięknej dziewczyny, która wybawiła go z opresji. W bajkach zawsze odbywało się to odwrotnie. To rycerz ratował niewiastę. Jednak on nigdy nie uważał się za rycerza... Gdy przed oczyma stanął mu obraz uśmiechniętych ust i bystrych oczu jego ciało zareagowało instynktownie. Wszystkie mięśnie się napięły, a w lędźwiach poczuł pulsujące gorąco. Mógł myśleć, co chciał, ale ciało samo mu mówiło, co myśli o dziewczynie. Uśmiechnął się krzywo w odpowiedzi na reakcję swojego ciała. Choć przychodziło mu to z trudem, zdecydował się nie myśleć już o „tej” kobiecie. Twinkie. O nie zbyt wyraźne reakcje w nim wyzwalała. Była dla niego niebezpieczna.... Z drugiej jednak strony była jedynym pozytywnym aspektem dzisiejszego wypadu. Poza nią nie spotkało go nic dobrego, a co gorsza nie udało mu się odnaleźć tego, czego szukał. Po wyjściu z domu swojej wybawicielki długo jeszcze krążył w kółko, ale jej dom był jedynym żółtym w tej okolicy, a specyficzny budynek obok okazał się zwykłym domem publicznym. Tam na pewno nie mieszkała osoba, której szukał. Najwidoczniej przez te lata coś się pozmieniało. Nie oznacza to jednak, że zaprzestanie poszukiwań anielskiego głosu. Co to, to na pewno nie...
Tłumaczenia się przed managerem, prezesem oraz całą sterta innych ludzi, która miała miliony ważnych spraw do niego akurat dzisiaj, zajęły mu ponad dwie godziny. Gdy wreszcie odłożył słuchawkę, był bardziej wyczerpany niż po solidnym treningu. Jedyne, o czym teraz marzył to ciepłe miękkie łóżeczko i masażysta. Albo masażystka... Taka o ciemnych długich włosach, dużych oczach... Nie, nie, nie... Otrząsnął się z tych myśli. Znów wbrew sobie wracał wyobraźnią do Twinkie. Ciekawe jak ma naprawdę na imię?
- Dość! – Krzyknął i potrząsnął głową, by wyrwać się z tego transu. – Ta dziewczyna jest dla mnie naprawdę niebezpieczna.
Tiiiiiit...!!! – Dźwięk klaksonu rozchodził się po okolicy
- Już idę! - Warknął wściekle przez okno do kierowcy. – Nie dadzą się człowiekowi spokojnie pozbierać... – Mruczał pod nosem zarzucając na ramiona białą marynarkę, po czym wyszedł.
Dojechał na miejsce z lekkim opóźnieniem. Niestety w sobotni wieczór ulicę Seulu niczym nie różniły się od wiecznie zatłoczonych dróg Nowego Yorku. Szybkie przedarcie się przez te korki graniczyło z cudem.
Kierowca zatrzymał samochód przed głównym wejściem, wokół którego tłoczyli się dziennikarze oraz całe rzesze fanów czekających, by choć przez chwilę móc zobaczyć na żywo swoich idoli.
Drzwi się otworzyły. Natychmiast okrążyli go reporterzy, a blaski fleszy utrudniały mu widzenie.
- Znów to samo... – Pomyślał. – Czym ci ludzie się tak ekscytują? – Spojrzał na napierający na barierki tłum. – I jak oni mogą to lubić? – Tym razem jego twarz zwrócona była ku parze znanych sław pozujących do zdjęć.
Gdyby nie przykaz prezesa wydany za karę, za tamten pamiętny dzień z pewnością by się tu nie pojawił. Nienawidził tych głośnych imprez, rozdań nagród i tym podobnych. Takie miejsca przyprawiały go o ból głowy. Jednak tym razem nie miał wyjścia. Dobrze pamiętał rozmowę z prezesem.
- Szefie miałem do załatwienia ważne sprawy, mówiłem o tym managerowi
- Twój manager mówił mi coś zupełnie przeciwnego. Z resztą nieważne. Zniknąłeś na cały dzień do tego nie dało się z Tobą skontaktować! Co ty sobie do diabła wyobrażasz? Ty tutaj pracujesz a nie jesteś na wakacjach. Ja ci nie każę mnie słuchać, ale ciekawy jestem jak sobie poradzisz bez swojej gwiazdorskiej pensji? No słucham?! Widzę, że nie masz mi nic do powiedzenia. Tak też myślałem.
- Szanowny Panie Prezesie...
- Nie podlizuj mi się tu teraz! Lepiej słuchaj! Swoją nieobecnością naraziłeś agencje na pewne straty i chyba nie myślisz, że ujdzie ci to tak łatwo?
- No, nie...
- Chociaż tyle dobrze. W takim razie słuchaj. W przyszłym tygodniu, w sobotę odbywa się koncert charytatywny, w którym nasza agencja zgodziła się pomóc. Wiem, ze nie lubisz takich imprez, dlatego początkowo nie miałem zamiaru cię w to angażować, ale nie dałeś mi wyboru. Dlatego też masz się tam pojawić!
- Ale...
- Nie ma żadnego „ale”! Masz tam być I nie próbuj się wykręcać a jakikolwiek sposób. Nawet gdyby rozpętała się trzecia wojna światowa, choćbyś był jedyną żywa osobą, nawet gdybyś zapadł w śpiączkę to masz zacząć lunatykować i pojawić się na tej imprezie. Rozumiesz?
- Tak, ale...
- Zapytam jeszcze raz. Czy zrozumiałeś, co do ciebie mówiłem?
- Tak...
- W takim razie bardzo się cieszę i mam nadzieję, że twoja osoba przyciągnie i zachęci wielu ludzi do pomocy. A teraz do widzenia. Mam jeszcze mnóstwo pracy właśnie przez takich jak ty...
Z prezesem nie było dyskusji, kiedy już podjął decyzję. I tak też właśnie, w tym momencie zajmuje miejsce przy okrągłym stoliku suto zastawionym samymi rarytasami, mając wokół siebie całe tabuny fałszywie uśmiechających się do siebie ludzi, wśród których co jeden gotów zrobić więcej, na rzecz zlikwidowania konkurencji. Takie imprezy spotkania nie powinny nazywać się imprezami charytatywnymi tylko „starciami tytanów”. Przecież wszyscy wiedzą, że żaden z tych lalusiowatych gwiazdorów, czy też żadna wypindrzona lala nie są tutaj po to by wspomóc zbożny cel, a jedynie po to, by pochwalić się nową kreacją, czy jak to bywa wśród mężczyzn nową „blond zdobyczą”...
Sato rozglądał się dokoła, szukając choć jednej przychylnej twarz. Jednak poza ludźmi z branży, którzy próbowali rzucać w jego stronę krzywe uśmiechy, które miały wyglądać szczerze nie napotkał nikogo, z kim chciałby zamienić choć słówko. Co ja tu robię na boga? – Co rusz zadawał sobie to pytanie.
Po raz wtóry rozejrzał się po wielkiej sali bankietowej, którą ta rzekomo potrzebująca wsparcia finansowego organizacja wynajęła w hotelu „Marriott”. Tym razem jednak coś przyciągnęło jego uwagę. Przy wejściu zauważył lekkie zamieszanie. Zaciekawiło go, kto wzbudził aż takie poruszenie na sali. Przesunął się kilka kroków w stronę okna, by mieć lepszy widok na rozgrywające się przy drzwiach cyrkowe przedstawienie. Gdy przyglądał się tej scenie uznał, że blaski fleszy przypominają mu pewna grę komputerową, w której podczas strzelania z karabinu czy pistoletu również dało się zauważyć takie błyski. Pomyślał, że dobrze by było, gdyby tak choć jedno z tych migających urządzeń zamieniło się w broń. Bezwiednie uśmiechnął się do siebie i złapał w rękę kolejną lampkę szampana ze stojącego obok stolika. Przyłożył kieliszek do ust oglądając spoglądając cały czas w stronę zamieszania. Pociągnął łyk i... prawie się udusił kiedy dostrzegł osobę odpowiedzialną za to całe zamieszanie. Wtedy ona również go zauważyła i dostojnym krokiem ruszyła w jego kierunku.
- Auuaa... – Zdezorientowany Sato syknął i podniósł się z pozycji leżącej, po czym dotknął ręką obolałej głowy.
- Wreszcie się przebudziłeś? – Zapytał jakiś znajomy głos. A osoba, do której należał, nawet nie odwróciła się w jego stronę.
Satoru otworzył oczy bez pośpiechu i rozejrzał się dookoła, jego wzrok zatrzymał się na kobiecie stojącej nieopodal. Zauważył, że sam leży na łóżku w małym, ciemnym pokoiku. Ściany oblepione były pożółkłą tapetą, na podłodze leżał wypłowiały dywan. Okno przesłaniały szczelnie ciemnoczerwone zasłony.
- Gdzie ja jestem? – Zapytał, w dalszym ciągu nie mogąc odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Rozglądał się nerwowo dookoła, jednak żaden przedmiot nie wyglądał znajomo. Do tego ból rozrywający mu czaszkę od wewnątrz nie pomagał w skupianiu uwagi.
- U mnie. – Dziewczyna odpowiedziała krótko. – Jesteś Wanabe Satoru. – Bardziej stwierdziła, niż zapytała. - Widziałam się ostatnio w jakiejś gazecie.
- Dokładnie. A ty..? – Dawno nie słyszał, by ktoś nie należący do jego świata tak spokojnie na niego reagował. Tym bardziej wiedząc, kim jest. Nie narzekał jednak. Musiał jednak stwierdzić, że miło było, choć raz nie być ogłuszonym piskiem jakiejś zagorzałej fanki.
- Możesz mi mówić Twinkie. Ale lepiej mi powiedz, co traka gwiazda jak Ty robiła sama w tej okolicy?
- Szukam kogoś. – W dalszym ciągu bacznie się jej przyglądał. Stała do niego odwrócona plecami i szukała czegoś w szafce. W jego głowie pojedyncze obrazy stopniowo składały się w dłuższe urywki filmu, dzięki czemu, zaczynał przypominać sobie ostatnie wydarzenia. Banda rabusiów, ręka przyciskająca go do ziemi, znajomy kobiecy głos i SPLUWA! Podskoczył na wspomnienie groźnej, a zarazem sprytnej dziewczyny z bronią.
W tym samym czasie Byun-Ra odwróciła się do niego, w dalszym ciągu stojąc tam gdzie wcześniej. Gdy spojrzała na niego powtórnie, zadrżała, a jednocześnie poczuła ciepło ogarniające jej ciało i duszę.. Mimowolnie uśmiechnęła się na widok rozczochranego, z na wpół przymrużonymi powiekami chłopaka, który w tej chwili wyglądał bardziej uroczo niż przystojnie.
- Szukasz kogoś? Oczywiście... – Dodała. Cały urok chwili zniknął w ciągu sekundy, a na jej twarzy zagościł dziwny grymas. – Wiesz co..? Z tego, co wiem bliżej centrum jest wiele lepszych domów publicznych niż w tej okolicy.
Spojrzał na nią krzywo, ale nie odezwał się. Nie ufał jej na tyle.. Właściwie w ogóle jej nie ufał. Przecież praktycznie jej nie znał, więc dlaczego miałby jej mówić, dlaczego znalazł się sam w takiej dzielnicy.
Twinkie złapała w dłonie mały koszyczek i ruszyła w stronę łóżka, po czym na nim przysiadła, wyciągając powoli rękę w jego kierunku.
- Czego chcesz? – Odchylił się w tył by nie mogła go dotknąć.
- Siedź spokojnie, przecież nie chcę ci nic zrobić!
- Tamten gość też tak myślał początkowo, zanim nie zmiażdżyłaś mu przyrodzenia.
Dziewczyna uśmiechnęła się odruchowo na myśl o wspomnianej sytuacji.
- W takim razie bądź grzeczny, a obiecuję, że twoje klejnoty nie ucierpią. – Odpowiedziała chichocząc.
Teraz, kiedy siedziała tak blisko, Sato zauważył, że dziewczyna jest naprawdę ładna. Gdy wcześniej walczyła z przerośniętym mięśniakiem wydawała mu się jakaś taka większa i groźniejsza. Natomiast w tym momencie, gdy siedziała przed nim uśmiechnięta, wyglądała tak niewinnie, delikatnie i... uroczo. Sam zdziwił się tym, co przyszło mu do głowy. Jednak nie mógł zaprzeczyć. Wpatrywał się w jej twarz, gdy grzebała w przyniesionym koszyczku. Dziewczyna była naprawdę ładna, ciemne długie włosy okalały jej delikatną twarz, miała jasną cerę i ciemne, duże oczy, zdradzające od razu, iż pochodzi z zachodu. Dalekiego zachodu. Przypuszczał, iż gdzieś z Europy. Oczy nie dość, że duże to jeszcze otoczone były długimi, grubymi rzęsami, które dodatkowo powiększały je optycznie. Zszedł wzrokiem trochę niżej wzdłuż linii drobnego noska, zatrzymując się na pełnych ustach. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w nieznajomą mu dziewczynę, której prawdę mówiąc zawdzięczał życie.
- Długo zamierzasz się tak jeszcze gapić? – Zapytała nie odrywając wzroku od czytanej właśnie ulotki. – Mam coś na twarzy, czy po prostu nigdy wcześniej nie widziałeś białego człowieka?
Odwrócił szybko wzrok udając zainteresowanie wiszącym na ścianie zegarem.
- Auć! – Wrzasnął, odczuwając nagle silne pieczenie na policzku. Tak bardzo uciekał wzrokiem od dziewczyny, że nie zauważył jak przyłożyła nasączony jakimś płynem wacik do jednej z jego ran.
- Jak nie będziesz się tak wiercił z pewnością będzie mniej bolało. – Skarciła go. - Żałuję, że nie zdążyłam tego zrobić, kiedy jeszcze leżałeś spokojnie nieprzytomny. Zachowujesz się jak małe dziecko. – Dodała z wyrzutem.
Po tych słowach starał się opanować. Musiał się przecież pokazać z jak najlepszej strony. Starał się odprężyć pod dotykiem delikatnych dłoni opatrujących kolejno jego rany na skroni i policzkach. Gdy zręczne, delikatne palce zbliżyły się do ostatniej ranki w kąciku ust, wstrzymał oddech. Spoglądając jej prosto w oczy zastanawiał się, co ta dziewczyna ma w sobie, że aż tak na niego działa. Całe jego ciało się naprężyło, a każdy mięsień zesztywniał. Natomiast Byun-Ra, kompletnie nieświadoma wrażenia, jakie wywiera na swoim „pacjencie”, nieprzerwanie oczyszczała niewielkie rozcięcie.
Nagle odwróciła wzrok w jego stronę, a ich spojrzenia się spotkały. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Widziała jak jego oczy stopniowo zmieniają barwę. Pociemniały. Czuła się tak, jakby rozgrzewały ją od środka, wywołując przyjemne ciepło, gdzieś wewnątrz jej ciała.
Twinkie nagle zauważyła, że jest coraz bliżej wpatrującego się w nią obiektu. Jak to możliwe? Myślała. Przecież ona sama nie ruszyła się z miejsca. Zabrała rękę z jego twarzy i szybko, lecz niegwałtownie odsunęła się od Sato, nieprzerwanie utrzymując kontakt wzrokowy. Próbowała zebrać myśli. Nie wiedziała, dlaczego jej ciało tak reaguje na tego człowieka. Przecież regularnie bywała blisko różnych mężczyzn, a najczęściej nawet i bliżej. Jednak nikt dotychczas nie sprawiał, iż czuła się tak jak teraz.
Twarz Satoru ponownie znalazła się niebezpiecznie blisko. Byun-Ra nie potrafiła jednak odwrócić wzroku od jego oczu, nosa, ust, od jego twarzy... W ostatnim momencie dotarło do niej, co się święci. Momentalnie zerwała się na nogi.
- Rany powinny szybko się zagoić. To tylko zadrapania. – Paplała. - Jednak gdyby coś się działo powinieneś pójść do lekarza. Na pewno znasz dobrych lekarzy...
- Eee, tak... – Odpowiedział lekko zmieszany.
- Chyba będę już szedł. – Odezwał się po chwili.
Twinkie spojrzała na niego. Kiedy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, Sato zauważył w oczach dziewczyny coś dziwnego. Miał wrażenie jakby wzrokiem mówiła mu by został, jednak twarz dziewczyny oraz jej słowa całkowicie zaprzeczały temu odczuciu.
- Też wydaje mi się, że to dobry pomysł. Dość już miałam z Tobą problemów.
Przypuszczał, że dziewczyna nie będzie go błagała, by został, ale miał cichą, podświadomą nadzieję, iż jej słowa nie będą aż tak dosadne. Wstyd mu było przyznać się samemu przed sobą, że coś faktycznie ciągnęło go do dziewczyny. Tylko, co i dlaczego? Zaczął przypuszczać, iż to pewnie przez silne uderzenie w głowę.
Po chwili uznał, że czas się w końcu ruszyć. Zsunął się na kraniec łóżka i spuścił nogi na ziemię. Podpierając się rękoma o materac próbował znaleźć się w pozycji pionowej. Niestety, gdy przeniósł ciężar ciała na nogi, te odmówiły posłuszeństwa i chłopak zataczając się, runął z impetem z powrotem na łóżko. Zawroty głowy natychmiast powróciły, na co Sato zareagował zduszonym jękiem. Zacisnął powieki by uspokoić wirujące obrazy.
Gdy je otworzył zobaczył przed sobą zmartwiona minę Twinkie.
- Wszystko dobrze? – Zdziwił się, jak bardzo ucieszyła go troska w głosie dziewczyny.
- Myślę, że tak. Po prostu trochę zakręciło mi się w głowie. – Odparł starając się zachować obojętny ton głosu.
Spróbował jeszcze raz podnieść się na nogi.
Upadłby znowu, gdyby w ostatniej chwili Byun-Ra nie podtrzymała go za ramię. Jednym ruchem objęła go w pasie i zarzuciła sobie na ramiona jego rękę.
- Sprawiasz mi dzisiaj same kłopoty! – Starała się wypowiedzieć te słowa z pogardą w głosie, ale nie zabrzmiało to tak chłodno jak chciała. – Znów muszę ci pomagać. Ciekawa jestem jak zamierzasz mi się odwdzięczyć za to?
- Prawda. Jestem twoim dłużnikiem za dzisiejszy dzień i znajdę sposób żeby Ci jakoś wynagrodzić Twoje dzisiejsze zachowanie. – Próbował odpowiadać tak samo obojętnym tonem jak ona.
Godzinę później, objeżdżając rondo po raz trzeci, Sato myślami dalej błądził wokół dziewczyny, która go uratowała. Kim była naprawdę? Czym się zajmowała? Te pytania zajmowały jego całą uwagę. Z tego letargu ocknął się dopiero w momencie, gdy ujrzał błysk światła i dźwięk klaksonu jadącego z naprzeciwka samochodu, który z minął się z nim na milimetry. Wtedy zdał sobie sprawę, że wjechał z ronda na lewy pas i jedzie pod prąd! Natychmiast zjechał na pobocze. Nie może prowadzić w takim stanie, bo jeszcze doprowadzi do katastrofy – pomyślał. Kiedy zebrał siły, ruszył w dalszą drogę.
Dopiero wchodząc do domu zdał sobie sprawę z tego, która już jest godzina. Dochodziła dziewiętnasta, a na dworze robiło się szarawo. Przekręcając za sobą klucz w zamku, ściągnął bluzę i rzucił ją niedbale na stojąca po lewej stronie kanapę. Spojrzał na mały stolik, na którym stał telefon z automatyczną sekretarką. Małą czerwona lampka błyskała jak szalona. Zerknął na wyświetlacz. Dziesięć nowych wiadomości.
- Szlag by to... – Syknął.
Wiedział, że przyjdzie mu się gęsto tłumaczyć ze swojej całodniowej nieobecności. Ale był dorosły. Miał prawo czasem do własnego życia. Odkąd trafił do agencji nie miewał praktycznie własnego życia.
Wyjął z kieszeni komórkę i włączył ją. Gdy tylko ucichły dźwięki oznajmiające włączanie się urządzenia natychmiast dał się usłyszeć nieprzerwany odgłos stale napływających sms’ów. Nie czekał nawet do momentu aż nadejdą wszystkie wiadomości, tylko rzucił telefon na kanapę obok kurtki i poszedł do łazienki. Jeżeli ma się zmierzyć z tymi wszystkimi ludźmi, a w szczególności z prezesem, któremu na pewno zdążył się już poskarżyć manager musi najpierw wziąć chłodny prysznic.
Przez piętnaście minut stał nieruchomo pod głównym strumieniem wody rozkoszując się uczuciem, jakie dawała w połączeniu z jego obolałym ciałem. Wrócił myślami do bandy, która go napadła i do pięknej dziewczyny, która wybawiła go z opresji. W bajkach zawsze odbywało się to odwrotnie. To rycerz ratował niewiastę. Jednak on nigdy nie uważał się za rycerza... Gdy przed oczyma stanął mu obraz uśmiechniętych ust i bystrych oczu jego ciało zareagowało instynktownie. Wszystkie mięśnie się napięły, a w lędźwiach poczuł pulsujące gorąco. Mógł myśleć, co chciał, ale ciało samo mu mówiło, co myśli o dziewczynie. Uśmiechnął się krzywo w odpowiedzi na reakcję swojego ciała. Choć przychodziło mu to z trudem, zdecydował się nie myśleć już o „tej” kobiecie. Twinkie. O nie zbyt wyraźne reakcje w nim wyzwalała. Była dla niego niebezpieczna.... Z drugiej jednak strony była jedynym pozytywnym aspektem dzisiejszego wypadu. Poza nią nie spotkało go nic dobrego, a co gorsza nie udało mu się odnaleźć tego, czego szukał. Po wyjściu z domu swojej wybawicielki długo jeszcze krążył w kółko, ale jej dom był jedynym żółtym w tej okolicy, a specyficzny budynek obok okazał się zwykłym domem publicznym. Tam na pewno nie mieszkała osoba, której szukał. Najwidoczniej przez te lata coś się pozmieniało. Nie oznacza to jednak, że zaprzestanie poszukiwań anielskiego głosu. Co to, to na pewno nie...
Tłumaczenia się przed managerem, prezesem oraz całą sterta innych ludzi, która miała miliony ważnych spraw do niego akurat dzisiaj, zajęły mu ponad dwie godziny. Gdy wreszcie odłożył słuchawkę, był bardziej wyczerpany niż po solidnym treningu. Jedyne, o czym teraz marzył to ciepłe miękkie łóżeczko i masażysta. Albo masażystka... Taka o ciemnych długich włosach, dużych oczach... Nie, nie, nie... Otrząsnął się z tych myśli. Znów wbrew sobie wracał wyobraźnią do Twinkie. Ciekawe jak ma naprawdę na imię?
- Dość! – Krzyknął i potrząsnął głową, by wyrwać się z tego transu. – Ta dziewczyna jest dla mnie naprawdę niebezpieczna.
Tiiiiiit...!!! – Dźwięk klaksonu rozchodził się po okolicy
- Już idę! - Warknął wściekle przez okno do kierowcy. – Nie dadzą się człowiekowi spokojnie pozbierać... – Mruczał pod nosem zarzucając na ramiona białą marynarkę, po czym wyszedł.
Dojechał na miejsce z lekkim opóźnieniem. Niestety w sobotni wieczór ulicę Seulu niczym nie różniły się od wiecznie zatłoczonych dróg Nowego Yorku. Szybkie przedarcie się przez te korki graniczyło z cudem.
Kierowca zatrzymał samochód przed głównym wejściem, wokół którego tłoczyli się dziennikarze oraz całe rzesze fanów czekających, by choć przez chwilę móc zobaczyć na żywo swoich idoli.
Drzwi się otworzyły. Natychmiast okrążyli go reporterzy, a blaski fleszy utrudniały mu widzenie.
- Znów to samo... – Pomyślał. – Czym ci ludzie się tak ekscytują? – Spojrzał na napierający na barierki tłum. – I jak oni mogą to lubić? – Tym razem jego twarz zwrócona była ku parze znanych sław pozujących do zdjęć.
Gdyby nie przykaz prezesa wydany za karę, za tamten pamiętny dzień z pewnością by się tu nie pojawił. Nienawidził tych głośnych imprez, rozdań nagród i tym podobnych. Takie miejsca przyprawiały go o ból głowy. Jednak tym razem nie miał wyjścia. Dobrze pamiętał rozmowę z prezesem.
- Szefie miałem do załatwienia ważne sprawy, mówiłem o tym managerowi
- Twój manager mówił mi coś zupełnie przeciwnego. Z resztą nieważne. Zniknąłeś na cały dzień do tego nie dało się z Tobą skontaktować! Co ty sobie do diabła wyobrażasz? Ty tutaj pracujesz a nie jesteś na wakacjach. Ja ci nie każę mnie słuchać, ale ciekawy jestem jak sobie poradzisz bez swojej gwiazdorskiej pensji? No słucham?! Widzę, że nie masz mi nic do powiedzenia. Tak też myślałem.
- Szanowny Panie Prezesie...
- Nie podlizuj mi się tu teraz! Lepiej słuchaj! Swoją nieobecnością naraziłeś agencje na pewne straty i chyba nie myślisz, że ujdzie ci to tak łatwo?
- No, nie...
- Chociaż tyle dobrze. W takim razie słuchaj. W przyszłym tygodniu, w sobotę odbywa się koncert charytatywny, w którym nasza agencja zgodziła się pomóc. Wiem, ze nie lubisz takich imprez, dlatego początkowo nie miałem zamiaru cię w to angażować, ale nie dałeś mi wyboru. Dlatego też masz się tam pojawić!
- Ale...
- Nie ma żadnego „ale”! Masz tam być I nie próbuj się wykręcać a jakikolwiek sposób. Nawet gdyby rozpętała się trzecia wojna światowa, choćbyś był jedyną żywa osobą, nawet gdybyś zapadł w śpiączkę to masz zacząć lunatykować i pojawić się na tej imprezie. Rozumiesz?
- Tak, ale...
- Zapytam jeszcze raz. Czy zrozumiałeś, co do ciebie mówiłem?
- Tak...
- W takim razie bardzo się cieszę i mam nadzieję, że twoja osoba przyciągnie i zachęci wielu ludzi do pomocy. A teraz do widzenia. Mam jeszcze mnóstwo pracy właśnie przez takich jak ty...
Z prezesem nie było dyskusji, kiedy już podjął decyzję. I tak też właśnie, w tym momencie zajmuje miejsce przy okrągłym stoliku suto zastawionym samymi rarytasami, mając wokół siebie całe tabuny fałszywie uśmiechających się do siebie ludzi, wśród których co jeden gotów zrobić więcej, na rzecz zlikwidowania konkurencji. Takie imprezy spotkania nie powinny nazywać się imprezami charytatywnymi tylko „starciami tytanów”. Przecież wszyscy wiedzą, że żaden z tych lalusiowatych gwiazdorów, czy też żadna wypindrzona lala nie są tutaj po to by wspomóc zbożny cel, a jedynie po to, by pochwalić się nową kreacją, czy jak to bywa wśród mężczyzn nową „blond zdobyczą”...
Sato rozglądał się dokoła, szukając choć jednej przychylnej twarz. Jednak poza ludźmi z branży, którzy próbowali rzucać w jego stronę krzywe uśmiechy, które miały wyglądać szczerze nie napotkał nikogo, z kim chciałby zamienić choć słówko. Co ja tu robię na boga? – Co rusz zadawał sobie to pytanie.
Po raz wtóry rozejrzał się po wielkiej sali bankietowej, którą ta rzekomo potrzebująca wsparcia finansowego organizacja wynajęła w hotelu „Marriott”. Tym razem jednak coś przyciągnęło jego uwagę. Przy wejściu zauważył lekkie zamieszanie. Zaciekawiło go, kto wzbudził aż takie poruszenie na sali. Przesunął się kilka kroków w stronę okna, by mieć lepszy widok na rozgrywające się przy drzwiach cyrkowe przedstawienie. Gdy przyglądał się tej scenie uznał, że blaski fleszy przypominają mu pewna grę komputerową, w której podczas strzelania z karabinu czy pistoletu również dało się zauważyć takie błyski. Pomyślał, że dobrze by było, gdyby tak choć jedno z tych migających urządzeń zamieniło się w broń. Bezwiednie uśmiechnął się do siebie i złapał w rękę kolejną lampkę szampana ze stojącego obok stolika. Przyłożył kieliszek do ust oglądając spoglądając cały czas w stronę zamieszania. Pociągnął łyk i... prawie się udusił kiedy dostrzegł osobę odpowiedzialną za to całe zamieszanie. Wtedy ona również go zauważyła i dostojnym krokiem ruszyła w jego kierunku.