Gościu! Jeżeli coś przeczytasz to skomentuj. Lubię wiedzieć, że ktoś mnie odwiedza :D

wtorek, 28 grudnia 2010

3. Zagubione szczęście

   Nieprzytomny chłopak znalazł się na łóżku w sypialni Twinkie. Nie było łatwo, ale jakoś udało jej się go tam zaciągnąć. Kiedy już ułożyła nieprzytomnego człowieka w pościeli, po raz pierwszy dokładniej na niego spojrzała. Był przystojny. I kogoś jej przypominał. Zmrużyła oczy próbując sobie przypomnieć sytuację, w której mogła poznać owego jegomościa. Jej spojrzenie po raz kolejny spoczęło na nieznajomym. Chłopak, a właściwie już mężczyzna miał pociągłą twarz, a jego skóra była dość ciemnej karnacji. Włosy na pierwszy rzut oka, wyglądały jakby podczas porannej toalety zapomniał przejechać po nich, choć raz grzebieniem. Jednak, kiedy przyjrzeć im się bliżej, można zauważyć, iż są one starannie ufryzowane dając efekt artystycznego nieładu. Przyciągały uwagę nie tylko swoim ułożeniem, ale również kolorem. One nie były czarne... „Czarne” to zdecydowanie nieodpowiednie określenie. Hebanowa czerń o wiele lepiej do nich pasuje. Do tego, w podobnym kolorze były brwi chłopaka. Idealne łuki położone równolegle względem powiek skrywających czarne tęczówki. Byun-Ra nie była w tej chwili w stanie zobaczyć koloru oczu, jednakże gdyby ktoś chciał się z nią złożyć o spora sumę pieniędzy, była gotowa przyjąć zakład, że czy są równie czarne jak włosy i brwi. Przechodząc wzrokiem dalej, zjechała w niższe partie twarzy, zatrzymując się na pełnych czerwonych ustach, od widoku których, przeszedł ją jakiś wewnętrzny dreszcz. Natychmiast uciekła wzrokiem w stronę okna, trafiając w ten sposób na kolorowy magazyn, którego główną tematyką były wywiady ze znanymi postaciami showbiznesu. „Król sceny – Wanabe Satoru” głosił nagłówek na okładce. Niemożliwe, pomyślała. Ponownie przeniosła wzrok na mężczyznę w jej łóżku. Tym razem wpatrywała się w niego długo, aż do momentu, gdy jak jej się zdawało jego powieki drgnęły. Wtedy szybko stanęła przed szafką znajdującą się na przeciw łóżka, udając, że szuka jakichś medykamentów, które prawdę powiedziawszy leżały cały czas pod jej ręką.
- Auuaa... – Zdezorientowany Sato syknął i podniósł się z pozycji leżącej, po czym dotknął ręką obolałej głowy.
- Wreszcie się przebudziłeś? – Zapytał jakiś znajomy głos. A osoba, do której należał, nawet nie odwróciła się w jego stronę.
Satoru otworzył oczy bez pośpiechu i rozejrzał się dookoła, jego wzrok zatrzymał się na kobiecie stojącej nieopodal. Zauważył, że sam leży na łóżku w małym, ciemnym pokoiku. Ściany oblepione były pożółkłą tapetą, na podłodze leżał wypłowiały dywan. Okno przesłaniały szczelnie ciemnoczerwone zasłony.
- Gdzie ja jestem? – Zapytał, w dalszym ciągu nie mogąc odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Rozglądał się nerwowo dookoła, jednak żaden przedmiot nie wyglądał znajomo. Do tego ból rozrywający mu czaszkę od wewnątrz nie pomagał w skupianiu uwagi.
- U mnie. – Dziewczyna odpowiedziała krótko. – Jesteś Wanabe Satoru. – Bardziej stwierdziła, niż zapytała. - Widziałam się ostatnio w jakiejś gazecie.
- Dokładnie. A ty..? – Dawno nie słyszał, by ktoś nie należący do jego świata tak spokojnie na niego reagował. Tym bardziej wiedząc, kim jest. Nie narzekał jednak. Musiał jednak stwierdzić, że miło było, choć raz nie być ogłuszonym piskiem jakiejś zagorzałej fanki.
- Możesz mi mówić Twinkie. Ale lepiej mi powiedz, co traka gwiazda jak Ty robiła sama w tej okolicy?
- Szukam kogoś.
– W dalszym ciągu bacznie się jej przyglądał. Stała do niego odwrócona plecami i szukała czegoś w szafce. W jego głowie pojedyncze obrazy stopniowo składały się w dłuższe urywki filmu, dzięki czemu, zaczynał przypominać sobie ostatnie wydarzenia. Banda rabusiów, ręka przyciskająca go do ziemi, znajomy kobiecy głos i SPLUWA! Podskoczył na wspomnienie groźnej, a zarazem sprytnej dziewczyny z bronią.
W tym samym czasie Byun-Ra odwróciła się do niego, w dalszym ciągu stojąc tam gdzie wcześniej. Gdy spojrzała na niego powtórnie, zadrżała, a jednocześnie poczuła ciepło ogarniające jej ciało i duszę.. Mimowolnie uśmiechnęła się na widok rozczochranego, z na wpół przymrużonymi powiekami chłopaka, który w tej chwili wyglądał bardziej uroczo niż przystojnie.
- Szukasz kogoś? Oczywiście... – Dodała. Cały urok chwili zniknął w ciągu sekundy, a na jej twarzy zagościł dziwny grymas. – Wiesz co..? Z tego, co wiem bliżej centrum jest wiele lepszych domów publicznych niż w tej okolicy.
Spojrzał na nią krzywo, ale nie odezwał się. Nie ufał jej na tyle.. Właściwie w ogóle jej nie ufał. Przecież praktycznie jej nie znał, więc dlaczego miałby jej mówić, dlaczego znalazł się sam w takiej dzielnicy.
Twinkie złapała w dłonie mały koszyczek i ruszyła w stronę łóżka, po czym na nim przysiadła, wyciągając powoli rękę w jego kierunku.
- Czego chcesz? – Odchylił się w tył by nie mogła go dotknąć.
- Siedź spokojnie, przecież nie chcę ci nic zrobić!
- Tamten gość też tak myślał początkowo, zanim nie zmiażdżyłaś mu przyrodzenia.

Dziewczyna uśmiechnęła się odruchowo na myśl o wspomnianej sytuacji.
- W takim razie bądź grzeczny, a obiecuję, że twoje klejnoty nie ucierpią. – Odpowiedziała chichocząc.
Teraz, kiedy siedziała tak blisko, Sato zauważył, że dziewczyna jest naprawdę ładna. Gdy wcześniej walczyła z przerośniętym mięśniakiem wydawała mu się jakaś taka większa i groźniejsza. Natomiast w tym momencie, gdy siedziała przed nim uśmiechnięta, wyglądała tak niewinnie, delikatnie i... uroczo. Sam zdziwił się tym, co przyszło mu do głowy. Jednak nie mógł zaprzeczyć. Wpatrywał się w jej twarz, gdy grzebała w przyniesionym koszyczku. Dziewczyna była naprawdę ładna, ciemne długie włosy okalały jej delikatną twarz, miała jasną cerę i ciemne, duże oczy, zdradzające od razu, iż pochodzi z zachodu. Dalekiego zachodu. Przypuszczał, iż gdzieś z Europy. Oczy nie dość, że duże to jeszcze otoczone były długimi, grubymi rzęsami, które dodatkowo powiększały je optycznie. Zszedł wzrokiem trochę niżej wzdłuż linii drobnego noska, zatrzymując się na pełnych ustach. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w nieznajomą mu dziewczynę, której prawdę mówiąc zawdzięczał życie.
- Długo zamierzasz się tak jeszcze gapić? – Zapytała nie odrywając wzroku od czytanej właśnie ulotki. – Mam coś na twarzy, czy po prostu nigdy wcześniej nie widziałeś białego człowieka?
Odwrócił szybko wzrok udając zainteresowanie wiszącym na ścianie zegarem.
- Auć! – Wrzasnął, odczuwając nagle silne pieczenie na policzku. Tak bardzo uciekał wzrokiem od dziewczyny, że nie zauważył jak przyłożyła nasączony jakimś płynem wacik do jednej z jego ran.
- Jak nie będziesz się tak wiercił z pewnością będzie mniej bolało. – Skarciła go. - Żałuję, że nie zdążyłam tego zrobić, kiedy jeszcze leżałeś spokojnie nieprzytomny. Zachowujesz się jak małe dziecko. – Dodała z wyrzutem.
Po tych słowach starał się opanować. Musiał się przecież pokazać z jak najlepszej strony. Starał się odprężyć pod dotykiem delikatnych dłoni opatrujących kolejno jego rany na skroni i policzkach. Gdy zręczne, delikatne palce zbliżyły się do ostatniej ranki w kąciku ust, wstrzymał oddech. Spoglądając jej prosto w oczy zastanawiał się, co ta dziewczyna ma w sobie, że aż tak na niego działa. Całe jego ciało się naprężyło, a każdy mięsień zesztywniał. Natomiast Byun-Ra, kompletnie nieświadoma wrażenia, jakie wywiera na swoim „pacjencie”, nieprzerwanie oczyszczała niewielkie rozcięcie.
Nagle odwróciła wzrok w jego stronę, a ich spojrzenia się spotkały. Wpatrywała się w niego jak zaczarowana. Widziała jak jego oczy stopniowo zmieniają barwę. Pociemniały. Czuła się tak, jakby rozgrzewały ją od środka, wywołując przyjemne ciepło, gdzieś wewnątrz jej ciała.
Twinkie nagle zauważyła, że jest coraz bliżej wpatrującego się w nią obiektu. Jak to możliwe? Myślała. Przecież ona sama nie ruszyła się z miejsca. Zabrała rękę z jego twarzy i szybko, lecz niegwałtownie odsunęła się od Sato, nieprzerwanie utrzymując kontakt wzrokowy. Próbowała zebrać myśli. Nie wiedziała, dlaczego jej ciało tak reaguje na tego człowieka. Przecież regularnie bywała blisko różnych mężczyzn, a najczęściej nawet i bliżej. Jednak nikt dotychczas nie sprawiał, iż czuła się tak jak teraz.
Twarz Satoru ponownie znalazła się niebezpiecznie blisko. Byun-Ra nie potrafiła jednak odwrócić wzroku od jego oczu, nosa, ust, od jego twarzy... W ostatnim momencie dotarło do niej, co się święci. Momentalnie zerwała się na nogi.
- Rany powinny szybko się zagoić. To tylko zadrapania. – Paplała. - Jednak gdyby coś się działo powinieneś pójść do lekarza. Na pewno znasz dobrych lekarzy...
- Eee, tak... – Odpowiedział lekko zmieszany.
- Chyba będę już szedł. – Odezwał się po chwili.
Twinkie spojrzała na niego. Kiedy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, Sato zauważył w oczach dziewczyny coś dziwnego. Miał wrażenie jakby wzrokiem mówiła mu by został, jednak twarz dziewczyny oraz jej słowa całkowicie zaprzeczały temu odczuciu.
- Też wydaje mi się, że to dobry pomysł. Dość już miałam z Tobą problemów.
Przypuszczał, że dziewczyna nie będzie go błagała, by został, ale miał cichą, podświadomą nadzieję, iż jej słowa nie będą aż tak dosadne. Wstyd mu było przyznać się samemu przed sobą, że coś faktycznie ciągnęło go do dziewczyny. Tylko, co i dlaczego? Zaczął przypuszczać, iż to pewnie przez silne uderzenie w głowę.
Po chwili uznał, że czas się w końcu ruszyć. Zsunął się na kraniec łóżka i spuścił nogi na ziemię. Podpierając się rękoma o materac próbował znaleźć się w pozycji pionowej. Niestety, gdy przeniósł ciężar ciała na nogi, te odmówiły posłuszeństwa i chłopak zataczając się, runął z impetem z powrotem na łóżko. Zawroty głowy natychmiast powróciły, na co Sato zareagował zduszonym jękiem. Zacisnął powieki by uspokoić wirujące obrazy.
Gdy je otworzył zobaczył przed sobą zmartwiona minę Twinkie.
- Wszystko dobrze? – Zdziwił się, jak bardzo ucieszyła go troska w głosie dziewczyny.
- Myślę, że tak. Po prostu trochę zakręciło mi się w głowie. – Odparł starając się zachować obojętny ton głosu.
Spróbował jeszcze raz podnieść się na nogi.
Upadłby znowu, gdyby w ostatniej chwili Byun-Ra nie podtrzymała go za ramię. Jednym ruchem objęła go w pasie i zarzuciła sobie na ramiona jego rękę.
- Sprawiasz mi dzisiaj same kłopoty! – Starała się wypowiedzieć te słowa z pogardą w głosie, ale nie zabrzmiało to tak chłodno jak chciała. – Znów muszę ci pomagać. Ciekawa jestem jak zamierzasz mi się odwdzięczyć za to?
- Prawda. Jestem twoim dłużnikiem za dzisiejszy dzień i znajdę sposób żeby Ci jakoś wynagrodzić Twoje dzisiejsze zachowanie
. – Próbował odpowiadać tak samo obojętnym tonem jak ona.
Godzinę później, objeżdżając rondo po raz trzeci, Sato myślami dalej błądził wokół dziewczyny, która go uratowała. Kim była naprawdę? Czym się zajmowała? Te pytania zajmowały jego całą uwagę. Z tego letargu ocknął się dopiero w momencie, gdy ujrzał błysk światła i dźwięk klaksonu jadącego z naprzeciwka samochodu, który z minął się z nim na milimetry. Wtedy zdał sobie sprawę, że wjechał z ronda na lewy pas i jedzie pod prąd! Natychmiast zjechał na pobocze. Nie może prowadzić w takim stanie, bo jeszcze doprowadzi do katastrofy – pomyślał. Kiedy zebrał siły, ruszył w dalszą drogę.

Dopiero wchodząc do domu zdał sobie sprawę z tego, która już jest godzina. Dochodziła dziewiętnasta, a na dworze robiło się szarawo. Przekręcając za sobą klucz w zamku, ściągnął bluzę i rzucił ją niedbale na stojąca po lewej stronie kanapę. Spojrzał na mały stolik, na którym stał telefon z automatyczną sekretarką. Małą czerwona lampka błyskała jak szalona. Zerknął na wyświetlacz. Dziesięć nowych wiadomości.
- Szlag by to... – Syknął.
Wiedział, że przyjdzie mu się gęsto tłumaczyć ze swojej całodniowej nieobecności. Ale był dorosły. Miał prawo czasem do własnego życia. Odkąd trafił do agencji nie miewał praktycznie własnego życia.
Wyjął z kieszeni komórkę i włączył ją. Gdy tylko ucichły dźwięki oznajmiające włączanie się urządzenia natychmiast dał się usłyszeć nieprzerwany odgłos stale napływających sms’ów. Nie czekał nawet do momentu aż nadejdą wszystkie wiadomości, tylko rzucił telefon na kanapę obok kurtki i poszedł do łazienki. Jeżeli ma się zmierzyć z tymi wszystkimi ludźmi, a w szczególności z prezesem, któremu na pewno zdążył się już poskarżyć manager musi najpierw wziąć chłodny prysznic.
Przez piętnaście minut stał nieruchomo pod głównym strumieniem wody rozkoszując się uczuciem, jakie dawała w połączeniu z jego obolałym ciałem. Wrócił myślami do bandy, która go napadła i do pięknej dziewczyny, która wybawiła go z opresji. W bajkach zawsze odbywało się to odwrotnie. To rycerz ratował niewiastę. Jednak on nigdy nie uważał się za rycerza... Gdy przed oczyma stanął mu obraz uśmiechniętych ust i bystrych oczu jego ciało zareagowało instynktownie. Wszystkie mięśnie się napięły, a w lędźwiach poczuł pulsujące gorąco. Mógł myśleć, co chciał, ale ciało samo mu mówiło, co myśli o dziewczynie. Uśmiechnął się krzywo w odpowiedzi na reakcję swojego ciała. Choć przychodziło mu to z trudem, zdecydował się nie myśleć już o „tej” kobiecie. Twinkie. O nie zbyt wyraźne reakcje w nim wyzwalała. Była dla niego niebezpieczna.... Z drugiej jednak strony była jedynym pozytywnym aspektem dzisiejszego wypadu. Poza nią nie spotkało go nic dobrego, a co gorsza nie udało mu się odnaleźć tego, czego szukał. Po wyjściu z domu swojej wybawicielki długo jeszcze krążył w kółko, ale jej dom był jedynym żółtym w tej okolicy, a specyficzny budynek obok okazał się zwykłym domem publicznym. Tam na pewno nie mieszkała osoba, której szukał. Najwidoczniej przez te lata coś się pozmieniało. Nie oznacza to jednak, że zaprzestanie poszukiwań anielskiego głosu. Co to, to na pewno nie...

Tłumaczenia się przed managerem, prezesem oraz całą sterta innych ludzi, która miała miliony ważnych spraw do niego akurat dzisiaj, zajęły mu ponad dwie godziny. Gdy wreszcie odłożył słuchawkę, był bardziej wyczerpany niż po solidnym treningu. Jedyne, o czym teraz marzył to ciepłe miękkie łóżeczko i masażysta. Albo masażystka... Taka o ciemnych długich włosach, dużych oczach... Nie, nie, nie... Otrząsnął się z tych myśli. Znów wbrew sobie wracał wyobraźnią do Twinkie. Ciekawe jak ma naprawdę na imię?
- Dość! – Krzyknął i potrząsnął głową, by wyrwać się z tego transu. – Ta dziewczyna jest dla mnie naprawdę niebezpieczna.



Tiiiiiit...!!! – Dźwięk klaksonu rozchodził się po okolicy
- Już idę! - Warknął wściekle przez okno do kierowcy. – Nie dadzą się człowiekowi spokojnie pozbierać... – Mruczał pod nosem zarzucając na ramiona białą marynarkę, po czym wyszedł.
Dojechał na miejsce z lekkim opóźnieniem. Niestety w sobotni wieczór ulicę Seulu niczym nie różniły się od wiecznie zatłoczonych dróg Nowego Yorku. Szybkie przedarcie się przez te korki graniczyło z cudem.
Kierowca zatrzymał samochód przed głównym wejściem, wokół którego tłoczyli się dziennikarze oraz całe rzesze fanów czekających, by choć przez chwilę móc zobaczyć na żywo swoich idoli.
Drzwi się otworzyły. Natychmiast okrążyli go reporterzy, a blaski fleszy utrudniały mu widzenie.
- Znów to samo... – Pomyślał. – Czym ci ludzie się tak ekscytują? – Spojrzał na napierający na barierki tłum. – I jak oni mogą to lubić? – Tym razem jego twarz zwrócona była ku parze znanych sław pozujących do zdjęć.
Gdyby nie przykaz prezesa wydany za karę, za tamten pamiętny dzień z pewnością by się tu nie pojawił. Nienawidził tych głośnych imprez, rozdań nagród i tym podobnych. Takie miejsca przyprawiały go o ból głowy. Jednak tym razem nie miał wyjścia. Dobrze pamiętał rozmowę z prezesem.
- Szefie miałem do załatwienia ważne sprawy, mówiłem o tym managerowi
- Twój manager mówił mi coś zupełnie przeciwnego. Z resztą nieważne. Zniknąłeś na cały dzień do tego nie dało się z Tobą skontaktować! Co ty sobie do diabła wyobrażasz? Ty tutaj pracujesz a nie jesteś na wakacjach. Ja ci nie każę mnie słuchać, ale ciekawy jestem jak sobie poradzisz bez swojej gwiazdorskiej pensji? No słucham?! Widzę, że nie masz mi nic do powiedzenia. Tak też myślałem.
- Szanowny Panie Prezesie...
- Nie podlizuj mi się tu teraz! Lepiej słuchaj! Swoją nieobecnością naraziłeś agencje na pewne straty i chyba nie myślisz, że ujdzie ci to tak łatwo?
- No, nie...
- Chociaż tyle dobrze. W takim razie słuchaj. W przyszłym tygodniu, w sobotę odbywa się koncert charytatywny, w którym nasza agencja zgodziła się pomóc. Wiem, ze nie lubisz takich imprez, dlatego początkowo nie miałem zamiaru cię w to angażować, ale nie dałeś mi wyboru. Dlatego też masz się tam pojawić!
- Ale...
- Nie ma żadnego „ale”! Masz tam być I nie próbuj się wykręcać a jakikolwiek sposób. Nawet gdyby rozpętała się trzecia wojna światowa, choćbyś był jedyną żywa osobą, nawet gdybyś zapadł w śpiączkę to masz zacząć lunatykować i pojawić się na tej imprezie. Rozumiesz?
- Tak, ale...
- Zapytam jeszcze raz. Czy zrozumiałeś, co do ciebie mówiłem?
- Tak...
- W takim razie bardzo się cieszę i mam nadzieję, że twoja osoba przyciągnie i zachęci wielu ludzi do pomocy. A teraz do widzenia. Mam jeszcze mnóstwo pracy właśnie przez takich jak ty...


Z prezesem nie było dyskusji, kiedy już podjął decyzję. I tak też właśnie, w tym momencie zajmuje miejsce przy okrągłym stoliku suto zastawionym samymi rarytasami, mając wokół siebie całe tabuny fałszywie uśmiechających się do siebie ludzi, wśród których co jeden gotów zrobić więcej, na rzecz zlikwidowania konkurencji. Takie imprezy spotkania nie powinny nazywać się imprezami charytatywnymi tylko „starciami tytanów”. Przecież wszyscy wiedzą, że żaden z tych lalusiowatych gwiazdorów, czy też żadna wypindrzona lala nie są tutaj po to by wspomóc zbożny cel, a jedynie po to, by pochwalić się nową kreacją, czy jak to bywa wśród mężczyzn nową „blond zdobyczą”...
Sato rozglądał się dokoła, szukając choć jednej przychylnej twarz. Jednak poza ludźmi z branży, którzy próbowali rzucać w jego stronę krzywe uśmiechy, które miały wyglądać szczerze nie napotkał nikogo, z kim chciałby zamienić choć słówko. Co ja tu robię na boga? – Co rusz zadawał sobie to pytanie.
Po raz wtóry rozejrzał się po wielkiej sali bankietowej, którą ta rzekomo potrzebująca wsparcia finansowego organizacja wynajęła w hotelu „Marriott”. Tym razem jednak coś przyciągnęło jego uwagę. Przy wejściu zauważył lekkie zamieszanie. Zaciekawiło go, kto wzbudził aż takie poruszenie na sali. Przesunął się kilka kroków w stronę okna, by mieć lepszy widok na rozgrywające się przy drzwiach cyrkowe przedstawienie. Gdy przyglądał się tej scenie uznał, że blaski fleszy przypominają mu pewna grę komputerową, w której podczas strzelania z karabinu czy pistoletu również dało się zauważyć takie błyski. Pomyślał, że dobrze by było, gdyby tak choć jedno z tych migających urządzeń zamieniło się w broń. Bezwiednie uśmiechnął się do siebie i złapał w rękę kolejną lampkę szampana ze stojącego obok stolika. Przyłożył kieliszek do ust oglądając spoglądając cały czas w stronę zamieszania. Pociągnął łyk i... prawie się udusił kiedy dostrzegł osobę odpowiedzialną za to całe zamieszanie. Wtedy ona również go zauważyła i dostojnym krokiem ruszyła w jego kierunku.

piątek, 24 grudnia 2010

Merry Christmas



Mimo, że ogromnie nie lubię świąt, a Wigilia jest dla mnie najgorszym dniem roku to wiem, że wiele osób jest całkowicie odmiennego zdania i właśnie tym wszystkim życzę wszystkiego naj, naj, naj, żeby się spełniły wasze wszystkie marzenia!!!

niedziela, 14 listopada 2010

2. Zagubione szczęście

Trochę to trwało, ale mam nadzieję, że warto było czekać :PP
oto kolejny rozdział Zagubionego szczęścia. Już nie przeciągam i życzę miłego czytania.




2.
- Nie, nie, nie i jeszcze raz nie!!!
- Ale nie możesz odmówić! Poza tym ja cię nie pytam czy ty się zgadzasz, tylko informuję cię o tym, co zostało już ustalone.
- Takie rzeczy powinno się ustalać ze mną!
- Nie było sensu pytać cię o zdanie, bo wszyscy wiedzieli, że się nie zgodzisz!
- No to tym bardziej, jak śmieliście ustawić coś takiego za moimi plecami?! Powtórzę to raz jeszcze. Nie będę współpracował z tą nadętą, rozwydrzoną, rozpieszczoną i nadmuchaną lalą! Ona zachowuje się jakby była jakąś pieprzoną księżniczką!
- No bo w końcu nią jest! A nawet nie księżniczką, a królową. Królową sceny i muzyki. A ty jesteś królem. Duet w waszym wykonaniu będzie prawdziwym hitem sezonu, rozumiesz?! Zajmiecie czołowe miejsca na wszystkich listach przebojów!
- Nie zajmiemy!
- Uwierz, że tak będzie!
- Nie będzie, bo ja nie zamierzam wykonywać z Ni-Kyu żadnych duetów czy czegokolwiek innego!
- Czy ty w ogóle słuchasz, co ja do ciebie mówię?! Ni-Kyu to wielka gwiazda i to cud, że zgodziła się pracować dla naszej agencji. A wiesz, z jakiego powodu to zrobiła?! Nie wiesz! To zaraz ci powiem! Umówiła się z prezesem, że będzie pracowała dla naszej agencji tylko pod warunkiem, iż będzie pracowała z tobą baranie jeden!
- Nie obchodzi mnie to, dlaczego ta pusta idiotka u nas się znalazła, ale mnie w to nie mieszajcie!
- A obchodzi cię praca?! Wiesz co się z tobą stanie, gdy prezes dowie się, że to właśnie przez ciebie stracił miliony?!
- Nie wystąpię z nią i koniec! Jeżeli mam już śpiewać w duecie sam znajdę sobie partnerkę!
- Jeżeli znajdziesz kogoś równie dobrego jak Ni-Kyu i prezes się na nią zgodzi to droga wolna. Niestety nie jesteś w stanie tego zrobić!
- To się jeszcze okaże!
– Wyszedł.
- Satoru! Wracaj do cholery! Nie skończyliśmy jeszcze!
Pomimo dźwiękoszczelnych ścian, po korytarzach niosło się echo głośnej wymiany zdań dwojga ludzi. W tym miejscu nie było to nowością. Często zdarzało się, że któryś gwiazdor kłócił się ze swoim managerem. Tym jednak, co wyróżniało tą kłótnię z pośród innych był fakt, iż podniesiony głos należał do Satoru. Osoby uznawanej za najspokojniejszą i najcichszą w całej wytwórni, jak nie w całej agencji „Sparkle”. Zawsze uprzejmy i cichy. Kulturalny, szczery i szczodry do pomocy. Wybitnie wyróżniał się na tle tych wszystkich zadzierających nosa gwiazdeczek. Możliwe, że to ze względu na pochodzenie. Japońskie wychowanie miało wpływ na jego zachowanie. Ulubieniec prezesa potrafił jednak wyciągnąć pazurki, gdy było trzeba, w czym pomagał mu jego całkiem „intrygujący” charakterek. Właśnie ten charakterek i tym razem się ukazał. To właśnie on kazał Sato wyjść z pomieszczenia, nie dokończywszy rozmowy, trzaskając za sobą drzwiami. I to również on zaprowadził go na most, skąd uwielbiał przyglądać się wodzie. Młody mężczyzna stał oparty o barierkę i wpatrywał się w liście płynące z nurtem rzeki. Był wyjątkowo rozdrażniony. Nie lubił kłótni i wrzasków. Jednak nie lubił również, kiedy zmuszano go do robienia rzeczy, których nie chciał. Był wściekły na swojego managera, że ten za jego plecami, próbował go wkręcić w taką akcje. Młody piosenkarz nie miał najmniejszego zamiaru współpracować ze znaną i popularna gwiazdą. Od kiedy poznał ją kilka lat temu, nie miał o niej dobrego zdania. Uważał ją za pustą, płytką i fałszywą zdzirę. Niestety los chciał, iż ona miała o nim wręcz przeciwną opinię i na wszelakie sposoby próbowała się do niego zbliżyć. Tak jak i tym razem. Wykorzystała słabość prezesa do jej osoby, by móc współpracować z Satoru.
Chłopak potrząsnął głową, by pozbyć się tych wszystkich myśli. W końcu przyszedł w to miejsce by oczyścić umysł, a nie dalej przeżywać wynikłą sytuację. Dziękował w myślach Bogu, że nikt nie zna tego miejsca, iż nikt nie wie, że to właśnie tu znika, gdy potrzebuje czasu dla siebie. To była jego mała tajemnica.
Podczas rozkoszowania się szumem wody oraz śpiewem ptaków, jak przez mgłę zaczęły dochodzić do niego jeszcze jakieś dźwięki. Wytężył słuch skupiając się właśnie na nich. Nasłuchiwał przez kilka minut, aż uświadomił sobie, że to kobiecy głos, do tego o pięknej barwie, dolatujący z dołu. Słuchając dalej rzadko słyszanej, jednak znanej mu melodii zaczął nucić, a następnie głośno śpiewać równo z osobą wydającą z siebie te cudne dźwięki. Śpiewał coraz głośniej zatracając się w melodii jak to miał w zwyczaju, aż w pewnym momencie nie zauważył nawet, że głos dochodzący spod mostu ucichł. Gdy sam skończył ostatnią zwrotkę coś mu nie pasowało. Zaczął nasłuchiwać i nic... No właśnie cisza...
- Hallo!!! Ty, tam dole! Odezwij się! Jak się nazywasz?! – Odpowiedziało mu jedynie echo. – Hallo! – Dalej nic.
Chcąc poznać osobę, do której należał dalej dźwięczący mu w uszach głos, Sato zszedł czym prędzej na dół. Niestety. Nie zastał tam już nikogo. Właścicielka pięknego głosu musiała już odejść. Chłopak rozejrzał się dokładnie, jednak nie znalazł niczego, co zaprowadziłoby go do osoby, którą słyszał.
Wracając do wytwórni, cały czas myślał o głosie, który słyszał. Był wielce ciekawy, do kogo on należy. Postanowił, że za wszelką cenę odnajdzie dziewczynę spod mostu. Wracał w to miejsce w każdej wolnej chwili, jednak wciąż nie było mu dane jej poznać.



Głośny śpiew zawsze ją odprężał. Pod warunkiem jednak, iż była całkiem sama. Nigdy nie odważyła się pokazać przed kimś swoich zdolności. Doskonale wiedziała, że w tym świecie wszystko, czy to jej zaleta czy wada, może zostać wykorzystane przeciwko niej samej. Tutaj na szczęście, nie musiała się powstrzymywać. To było jej miejsce, tylko jej... Przed nią jedynie woda, za nią łąki, a nad jej głową betonowa konstrukcja zagłuszająca jej głos i niepozwalająca, by ktoś niepowołany ją usłyszał. A myśl o tym podniosła głos jeszcze o kilka decybeli.
Po chwili zaczęło jej się wydawać, iż nie jest sama. Miała wrażenie, jakby ktoś z bliska się jej przysłuchiwał. Jednakże uznała, iż to tylko wyobraźnia płata jej figle. Śpiewała dalej, do momentu aż usłyszała czyjś głos równocześnie ze swoim. Pomyślała, że to już nie może być jej wyobraźnia. Ktoś faktycznie słuchał jej, a teraz do tego się przyłączył. Zamilkła i zaczęła dalej nasłuchiwać. Skądś znała ten głos, ale skąd? Nie potrafiła przypisać do nikogo wśród znajomych. Nikt nie miał tak pięknego głosu. Melodyjny śpiew, nieproszonej osoby działał na nią uspokajająco. Zmrużyła oczy...
- Opanuj się! To ktoś obcy, nie wiadomo, czego chce od ciebie! – Jej instynkt samozachowawczy odezwał się momentalnie.
Rozejrzała się w około – nikogo nie było. Głos nadal płynął z góry. Jakby anielskie chóry dla niej z nieba śpiewały. Uśmiechnęła się do siebie.
- Żegnaj aniołku – zwróciła się ku osobie wtórującej jej śpiewem, a następnie wróciła do „domu”.

Po upływie około trzech miesięcy, Wanabe Satoru powoli tracił nadzieję, że uda mu się jeszcze spotkać dziewczynę o niebiańskim głosie. Pomimo faktu, iż bywał w miejscu ich pierwszego spotkania niemal codziennie i spędzał tam długie godziny, nie udało mu się spotkać dziewczyny.
Twinkie natomiast, coraz rzadziej odwiedzała swoją pustelnie. Za każdym kolejnym razem, gdy wracała w „swoje” miejsce, rozglądała się i nasłuchiwała, czy nie pojawił się również mężczyzna z mostu. Na szczęście nie trafiała na niego. Powinna być z tego powodu zadowolona, jednak wcale nie czuła radości. W głębi swego serca, chciała jeszcze raz spotkać nieznajomego o pięknym, ciepłym glosie. Natomiast z drugiej strony, nie wiedziała kim on jest, dlatego też jakiś wewnętrzny głos kazał jej uważać. Dobrze wiedziała, że powinna posłuchać tego głosu. Tak też pod mostem bywała sporadycznie.
Życie tych dwojga zaczynało na powrót płynąć swoim dawnym biegiem. Sato coraz rzadziej bywał nad rzeką, a Byun-Ra nie robiła tego prawie wcale. Fakt, że Satoru nie pokazywał się już w okolicach mostu nie oznaczał, że zapomniał on o anielskim glosie nieznajomej. Czasem, podczas przerw w pracy lubił sobie nucić, usłyszaną tamtego dnia piosenkę. Sam nawet przyłapał się na tym, że polubił melodie, którą niegdyś uważał za strasznie prowincjonalną.
Pewnego popołudnia podczas przerwy w czasie sesji zdjęciowej do magazynu „Gwiazdy przed obiektywem” Satoru jak zwykle podśpiewywał sobie. Za jego plecami, asystenci oraz wizażysta pracowali w pocie czoła, by przygotować jego rzeczy do kolejnych ujęć. W pewnym momencie, Sato zdał sobie sprawę, że ktoś stojący obok mu się przysłuchuje. Wyczuł to jakoś instynktownie, otworzył oczy i obrócił się w jego stronę. Okazało się, iż to jeden z nowych asystentów mu się przygląda.
- Stało się coś? – Zapytał chłopaka.
- Ekhm... Wiem, że to nie moja sprawa, ale skąd pan zna tę melodie? – Zapytał nieśmiało.
- Jaką melodię?
- Tą, którą pan właśnie nucił.

Satoru zdziwiło lekko to pytanie, jednak z drugiej strony nie widział przeszkód by odpowiedzieć.
- Usłyszałem to jakiś czas temu i tak jakoś wpadło mi w ucho. A dlaczego pytasz? – Zapytał autentycznie zaciekawiony.
- To stara piosenka, niewiele osób ją zna, a przynajmniej nie na tyle by zaśpiewać kilka zwrotek. W Seulu nie znam chyba nikogo poza nami, kto znałby tę melodię. Albo właściwie nie... Jak tak teraz o tym myślę, to jest ktoś jeszcze.
Oczy Sato powiększyły się. Czyżby? Nie to niemożliwe by mówił o niej. Ale, może jednak...
- A kto jeszcze zna tę piosenkę?
- Tak szczerze mówiąc to nie wiem. Nie znam tej osoby. Po prostu pewnego dnia, gdy odwiedzałem znajomego w „Czarnej strefie” słyszałem jak jakaś dziewczyna to śpiewa. Nie widziałem jej jednak dokładnie. Stała w podwórzu, kilka domów dalej, ale słyszałem to wyraźnie. Do tego jej głos...
- Co z jej głosem?
– To zdanie prawie wykrzyczał z podekscytowania.
- Miała niesamowity głos. Nie zapomnę go do końca życia. Jak, jak...
- Jakby śpiewały anielskie chóry?
- Dokładnie! Skąd pan wiedział?

Na to pytanie Satoru uśmiechnął się jedynie pod nosem. On wiedział i nikt inny nie musiał.
- A dawno to było?
- Jakoś w zeszłym roku, ale tak jak mówię nie pamiętam dokładnie.
- Hmmm... Mam do Ciebie prośbę. Jak możesz przyjdź po zdjęciach do mojej garderoby. Mam parę pytań jeszcze.

Satoru był niesamowicie zadowolony. Nie przypuszczał, że ten dzień będzie dla niego tak owocny. Postanowił zaraz z samego rana udać się do tzw. Czarnej strefy. W końcu rok, to nie znów tak dawno. Chociaż z drugiej strony, w ciągu roku może się zdarzyć bardzo wiele. Trzeba jednak być dobrej myśli. Do tego – biedna dzielnica. Jeżeli właścicielka tego cudownego głosu jest biedna, łatwiej będzie ją namówić do współpracy. Pieniądze czynią cuda...
Przez resztę dnia, Sato był wyjątkowo podekscytowany. Wierzył, że usłyszana przez Boby’ego dziewczyna, to ta sama osoba, której on szuka. Domysły te sprawiły, że jego oczy pozostały otwarte do białego rana. Czego skutkiem, jak można się domyślić, była długa, bezsenna noc. Kiedy wskazówki na zegarze wskazały godzinę dziewiątą Satoru zerwał się z łóżka. Przeszedł do łazienki by wziąć kąpiel, mając nadzieję, że ta w jakiś cudowny sposób zastąpi mu stracone godziny snu i doda energii. Zaraz po wyjściu spod prysznica, jeszcze w ręczniku oplatającym biodra zadzwonił do managera Wo Bin’a.
- Wo Bin, słucham?
- To ja – Sato. Jeżeli mam dzisiaj jakieś zajęcia to je odwołaj.
- Jak to?
- Wypadła mi dzisiaj bardzo ważna sprawa i nie będzie mnie cały dzień.
- Czyś ty do reszty zwariował? Co ty znowu kombinujesz? Ni-Kyu przyjeżdża dzisiaj do naszej agencji, musisz się z nią spotkać...
- Co do Ni-kyu sprawa jest zamknięta. Zdania nie zmieniłem i nie zamierzam z nią pracować! Koniec tematu! Do usłyszenia...
- Hallo? Hallo! Satoru!

Jednym ruchem ręki wyciągnął baterię i rzucił telefon na łóżko. Nie miał zamiaru wysłuchiwać kolejnej tyrady na temat korzyści wypływającej ze współpracy z „Królową sceny”. Dzisiejszego dnia miał ważniejsze sprawy do załatwienia. Musiał znaleźć i namówić do współpracy nowa Królowa sceny, niezależnie od ceny jaką będzie musiał ponieść.
Chwilę później był już gotowy do wyjścia. Ubrany „jak najnormalniej” w jeansy, t-shirt i rozpinaną bluzę z kapturem złapał w rękę kluczyki z samochodu i wyszedł. Do Czarnej strefy miał kawałek... Znajdowała się ona praktycznie na drugim końcu miasta, patrząc z perspektywy miejsca jego zamieszkania. Dojazd nie był łatwy. Mimo, że jego nowa, niebieska Mazda 6 rozwija niezłe prędkości, korki w centrum nie dawały mu szans na jej rozwinięcie. Stojąc kolejne minuty zaczynał żałować, iż nie wybrał jednak dłuższej, za to stanowczo rzadziej uczęszczanej. Po prawie dwóch godzinach męczeńskiej podróży dotarł na obrzeża Czarnej strefy Seulu. Im dalej zapuszczał się w głąb, tym większą różnicę dostrzegał między wyglądem tego miejsca a okolicy, w której sam mieszkał. Już po minięciu zaledwie dwóch przecznic, jego oczom ukazały się odrapane, stare budynki, zaśmiecone ulice z poprzewracanymi kubłami na śmieci. Grupki ludzi, najczęściej półprzytomni, całkowicie zalani już z samego rana pijacy, ale również biedne kobiety zostawione przez mężów alkoholików czy młodzież, na której nikomu nie zależy, spoglądali badawczym, podejrzliwym wzrokiem, na jakże wyróżniający się w tym otoczeniu samochód. Takie rzeczy większość z nich miała okazje zobaczyć jedynie na bilbordach reklamowych zawieszanych bliżej centrum. Satoru szybko zrozumiał, że wjazd w tą okolicę nie był dobrym pomysłem, na najbliższym możliwym skrzyżowaniu zawrócił, by zaparkować w jakimś bezpiecznym miejscu, a następnie piechotą udać się w stronę, gdzie Boby spotkał śpiewająca dziewczynę. „Na piątej alei jest jeden bardzo specyficzny budynek. Kiedy tam pan dojdzie na pewno go zauważy. Zaraz obok niego znajduje się niski dom o żółtych ścianach, otoczony wysokim, drewnianym płotem i to właśnie tam na podwórku słyszałem wtedy tę dziewczynę. To biedna okolica i ludzie rzadko zmieniają miejsce zamieszkania, dlatego myślę, że powinien pan ja tam znaleźć.” Zgodnie ze słowami Boby’ego, Sato udał się na piątą aleję, odnaleźć żółty budynek i jego mieszkańców, a właściwie głównie jedną mieszkankę.
Długo nie szukał specyficznego budynku. Gdy dotarł do skrzyżowania dwóch przecznic, był trochę zdezorientowany. Bał się, że zgubił drogę. Spojrzał najpierw w lewo, ale nic nie przyciągnęło jego uwagi. Odwrócił się w prawo i w oddali zauważył coś dziwnego. Ruszył w tamtą stronę, by z bliska przyjrzeć się wyróżniającemu się obiektowi. Już po kilku krokach zdał sobie sprawę, iż znalazł to, czego szukał. Dziwny, wysoki jak na tę okolicę, jaskrawo-czerwony budynek, a zaraz obok niziutki żółty domek. Zadowolony z siebie, pewnym krokiem ruszył w stronę budowli.
Do celu zostało mu już zaledwie kilkanaście metrów, nagle poczuł przeszywający ból głowy, który prawie zwalił go z nóg. Gdy odzyskał równowagę, zaskoczony odwrócił się. W tym samym momencie zobaczył, cos lecącego w jego kierunku. Niestety nie zdążył zrobić uniku i kamień trafił go dokładnie w czoło, powalając tym samym na ziemię. Przed oczyma zrobiło mu się ciemno. Gdy otworzył oczy, stało nad nim kilku chłystków, z czego dwóch przeszukiwało mu właśnie kieszenie. Momentalnie szarpnął się, jednak czyjaś silna ręka przycisnęła go z powrotem do ziemi.
- Co jest?! – Wycharczał chyba bardziej do siebie niż swoich napastników.
- Leż spokojnie to stracisz tylko portfel, a rusz się kurwa jeszcze raz, to Mały – tu wskazał na przerośniętego obdartusa – sprawi, że więcej się już nie ruszysz! Zrozumiałeś?!
- Zachciało się lalusiowi spacerów po naszej dzielnicy, to ma.
– Odezwał się drugi zadowolony z siebie, stojący kilka kroków dalej.
Chociaż ciało nie chciało pogodzić się z tą sytuacją, rozum podpowiadał mu, żeby lepiej ich posłuchał. I, że raczej nie żartują.
Kiedy Satoru już prawie pogodził się ze stratą portfela, dokumentów, komórki i kluczyków do swojego nowego samochodu (co przyszło mu chyba najtrudniej), półprzytomny i wciąż przygniatany do ziemi przez jednego z osiłków, usłyszał kobiecy głos.
- Debile puśćcie go! – Krzyczała jakaś dziewczyna. – A jeżeli to był nasz klient?! Odbiło wam do reszty!
- Daj spokój mała i spadaj do siebie!
– Warknął jeden z bandy, prawdopodobnie ich przywódca.
- Wiecie co się stanie jak Charli się dowie, że znów kręcicie się koło jego interesu i odstraszacie klientów?!
- A co on może nam zrobić?! –
Zapytał jeden z nich z szyderczym uśmieszkiem na ustach. – Kotku, lepiej zamiast trzymać się tego starucha, przyłączyłabyś się do mnie. Na pewno o wiele mniej byś pracowała. A właściwie, zajmować musiałabyś się tylko mną. Co ty na to kochanie?
Dziewczyna, której Sato nie widział zbyt dokładnie, ponieważ zasłaniał mu ją przerośnięty mięśniak, spokojnym krokiem podeszła do chłopaka składającego jej propozycję.
- Hmmm... Sama nie wiem. Naprawdę myślisz Biku, że jesteś lepszy od Charli’ego? Wiesz... on pomimo wieku jest jeszcze całkiem sprawny. A ty... – Unosząc brwi rzebiegła wzrokiem po sylwetce swojego rozmówcy. – Wcale nie wyglądasz na takiego ogiera. – Dodała z ironicznym uśmiechem na ustach.
- Uuuu... – Rozległo się wokół, w odpowiedzi na odważną ripostę dziewczyny.
- To może zaraz ci to udowodnię?! – Zapytał, coraz bardziej wściekły, że daje się upokarzać jakiejś pannicy na oczach kumpli.
- A czemu by nie? – Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
Twinkie nie wiedziała, co robi i dlaczego. Kierował nią jakiś impuls, by pomóc chłopakowi leżącemu na chodniku. Normalnie nie przejmowała się cudzymi sprawami i unikała takich sytuacji. Tym razem jednak jakiś wewnętrzny głos kazał jej zainterweniować. Podeszła do zaskoczonego, ale jednocześnie zdecydowanie zbyt pewnego siebie przywódcy bandy. Zarzuciła mu jedną rękę na szyję i przyciągając go do siebie namiętnie pocałowała. Po kilku sekundach przerwała pocałunek.
- Nadal jesteś pewny, że dasz sobie radę? – Zapytała chłopaka.
- Możesz być pewna. – Odpowiedział półprzytomnie z oczyma przesłoniętymi pożądaniem.
Dziewczyna kolejny raz uniosła usta do pocałunku. Kiedy ich wargi już prawie się zetknęły, z całej siły uderzyła napaleńca kolanem w krocze tak, że ten padł zwijając się z bólu
- Myślę, że teraz już nie podołasz. – Posłała mu kpiący uśmiech.
Gdy reszta zauważyła, co się dzieje, wszyscy natychmiast rzucili się w stronę Twinkie. Ta przeczuwając ich posunięcie, szybko wyjęła zza paska z tyłu pistolet. Odbezpieczając go jednym płynnym ruchem wycelowała w bandę zmierzająca w jej stronę.
- Jeszcze krok, a przekonacie się, że pogłoski o moich zdolnościach strzeleckich nie były tylko plotkami!
Wszyscy stanęli jak wryci.
- Zbierajcie z ziemi tego niedorajdę i znikajcie stąd zanim nie nabiorę ochoty na strzelanie do ruchomego celu! – Wrzasnęła.
Sato sam zaczynał się bać. Jednak z drugiej strony był pod wielkim wrażeniem przebiegłości i odwagi tej interesującej istotki. Gdy mężczyźni, którzy go zaatakowali zaczęli się zbierać poszkodowanego z ziemi uznał, że teraz może już wstać. Kiedy spróbował unieść się do pozycji siedzącej, jego czaszkę przeszedł przeszywający ból, po czym poleciał do tyłu po raz kolejny uderzając głową o ziemię. Przed oczyma zamajaczyła mu zbliżająca się postać pięknej kobiety z bronią w ręku, która zniknęła nagle w ciemności.

piątek, 24 września 2010

1. Zagubione szczęście

To pierwszy rozdział mojego kolejnego opowiadania. Sporo różni się ono od Junkosiowego, ale mam nadzieję, że się spodoba. Życzę miłej lektury i z niecierpliwością czekam na komentarze oraz konstruktywną krytykę.
 
Zagubione szczęście




1. Bo tak to wszystko się zaczęło...


24 grudnia 1993r
- Nie płacz malutka... Tu będzie Ci o wiele lepiej niż ze mną! – Kolejne łzy spłynęły po gładkim policzku, następnie lądując na oblodzonych, marmurowych stopniach wielkiego budynku. – Pamiętaj tylko, że mamusia Cię bardzo kocha i nigdy o Tobie nie zapomni. – Na szyi dzieciątka został zapięty malutki złoty wisiorek w kształcie gwiazdki.
Zakapturzona, ubrana w długi, czarny, zakrywający dokładnie ciało płaszcz postać, schyliła się i po raz ostatni pocałowała maleńkie, zaledwie kilkudniowe czółko, po czym szybkim krokiem oddaliła się w ciemność tej mroźnej, zimowej nocy. Ową postacią była Karina. Bardzo młoda kobieta, która swoją urodą mogłaby przyćmić nie jedną gwiazdę filmową. Miała długie, prawie do pasa delikatnie falujące kasztanowe włosy, delikatna skórę oraz długie i zgrabne nogi. Gdy jeszcze parę lat wcześniej przechadzała się po okolicy, nie było męskich oczu, które by za nią nie spojrzały. Jednak w tym momencie nie wyglądała szczególnie atrakcyjnie. Zniszczone ubranie, wypieki na twarzy, siniec pod okiem oraz rozmazany od płaczu makijaż... Gdyby ktoś jej nie znał, uznałby ją za pierwszą lepszą kurwę uliczną.

 Czerwiec 1994r
- Jaka ona urocza! – Dwie pary skośnych, młodych oczu nachyliły się nad uśmiechniętą, żywą laleczką.
- Och malutka... Już wkrótce zamieszkasz z nami... Tak, tak też się cieszę! – Kobieta mówiła do dziecka melodyjnym głosem w swoim ojczystym języku. – W naszym kraju jest pięknie, spodoba ci się zobaczysz! Jestem też pewna, że będziesz miała w przyszłości wielu przyjaciół, jeśli tylko będziesz wszystkich wokoło obdarzać, właśnie takim uśmiechem – dotknęła delikatnie uniesionych kącików ust .
- Moi drodzy! Wszystkie papiery się zgadzają. Oto paszport Kamili wystawiony już na jej nowe imię oraz wszystkie inne potrzebne dokumenty. – Gdy tłumaczka przekładała słowa na koreański, dyrektorka wręczyła uszczęśliwionym rodzicom dokumenty adopcyjne (już teraz) ich córeczki.
- Jon Byun-Ra – Przeczytał na głos dumny tata. – Od dzisiaj słoneczko jesteś Jon Byun-Ra! Chodź do tatusia! – Wyciągnął ręce w stronę dziewczynki, która chętnie poddała się zmianie trzymających ją ramion, nie przestając się uśmiechać.
Godzinę później, rodzina była już na lotnisku gotowa do długiej podróży. Cieszyli się, iż wszystko poszło po ich myśli i wiozą ze sobą do domu nowego członka rodziny.
Państwo Jon od dawna starali się o dziecko, jednak pomimo usilnych prób nie udawało im się. Oboje byli młodzi i marzyli o potomku, niestety nie był im dany. Każda próba kończyła się fiaskiem, aż po kilku latach pogodzili się z faktem, iż nigdy w ich domu nie będzie słychać tupania małych stópek. Wydawało się, że poddali się już na dobre. Jednak pewnego razu, kiedy odwiedzali rodzinę w Polsce oboje zauważyli jeszcze jedna możliwość, której jakoś wcześniej nie brali pod uwagę.
Dom kuzyna Won-Sa mieścił się zaraz obok małego, starego sierocińca. Gdy pewnego dnia spacerowali z Min-Na obok, zobaczyli a właściwie bardziej usłyszeli płaczącą maleńką osóbkę. Nigdzie nie było widać opiekunki, więc podeszli do wózka i zaczęli kołysać maleństwo. Dziecko natychmiast się uspokoiło i w tym też momencie oboje zdecydowali – Ona będzie nasza!
Od tego momentu prawie pół roku zajęło im załatwianie wszystkich spraw związanych z adopcją oraz wywiezieniem dziecka za granicę.
Teraz szczęśliwi rodzice wraz ze swoją, śpiąca w ich ramionach córeczką, lecieli do domu... Do Seulu w Korei Południowej.

Kamila, a obecnie już Byun-Ra była naprawdę uroczym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta. Jedynymi momentami, w których uśmiech znikał jej z twarzy były chwile, gdy zostawała sama. Wtedy pod powiekami szybko zbierały się łezki... Nikt nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego to dziecko musiało tyle przejść? Jak to możliwe, że ktoś jej nie chciał i porzucił?
Byun-Ra w domu została powitana przez całą rodzinę jak księżniczka. Jeszcze kilka dni wcześniej nie miała nikogo, a teraz posiadała kochających ją rodziców i dziadków.

Przez następne dziesięć lat była rozpieszczana, jak mało które dziecko. Miała wszystko, czego zapragnęła, a cała rodzina była na jej kiwnięcie palcem, co ułatwiała majętność rodziny. Dziewczynka jednak wcale się przez to nie rozpuściła. Wręcz przeciwnie, była zawsze dla wszystkich grzeczna, a jej uśmiech dalej potrafił rozgonić wszystkie smutki. Było tylko kilka dni, gdy nie była sobą. Było to po śmierci babci. Na szczęście Byun-Ra była wtedy zbyt mała by to zrozumieć i jedynie tęskniła nie wiedząc, co tak naprawdę się stało.



Listopad 2004r
- Jak to możliwe?!
- Nie tak głośno! Mała usłyszy!
– Dwie pokojówki zażarcie dyskutowały w pokoju.
Twinkie (jak to lubili nazywać ją znajomi i rodzice) nie miała w zwyczaju podsłuchiwać i pewnie tym razem również by tego nie robiła, gdyby nie usłyszała imienia swojej matki.
- Jesteś tego pewna? – Kobiety ciągnęły rozmowę szeptem, przez co dziewczyna jeszcze ściślej przylgnęła do drzwi.
- Tak, przed chwilą dzwonili z komendy policji. Powiedzieli, że nikt nie przeżył. – Źrenice dziewczynki rozszerzyły się do granic możliwości, a małe dłonie zacisnęły się w piąstki. Słuchała dalej mając nadzieję, iż coś opacznie zrozumiała
- Biedni ludzie, ale co teraz stanie się z dzieciakiem?
- Nie wiem... Pewnie trafi do domu dziecka
.
Po tych słowach Byun-Ra nie czekała dłużej. To jej wystarczyło, wszystko zrozumiała. Coś stało się z jej rodzicami, a ja mieli zabrać do domu dziecka. Postanowiła się nie dać, uznała że pomimo swojego, młodego wieku poradzi sobie sama. Pobiegła do pokoju i zaczęła wrzucać do walizki ubrania oraz inne potrzebne artykułu, które mogły się jej przydać podczas samotnego życia.
Nie płakała... Nie umiała. Czuła się tak, jakby już się kiedyś zdarzyła taka sytuacja. Jakby już w przeszłości straciła kogoś ukochanego. Pomyślała o babci.
- Tak to pewnie przez nią... – Powiedziała do siebie.
Pakowanie zajęło jej dziesięć minut. Przed samym wyjściem złapała jeszcze za swoją skarbonkę, od lat napełnianą i wyszła z domu tylnymi drzwiami, tak by nikt jej nie zauważył.

Jak można było przypuszczać takie dziecko, nie znające życia ulicznego, nie miało szans na utrzymanie się w tym świecie. Po trzech dniach tułaczki, jej organizm nie był w stanie dłużej tego ciągnąć. Padła zemdlona w parku. Po tych kilku dniach, w których przez swoją naiwność zdążyła zostać okradziona ze wszystkich pieniędzy oraz walizki z ubraniami nie wyglądała już na dziecko pochodzące z dobrej, zamożnej rodziny. Wyglądała jak każde inne dziecko pochodzące ze slumsów. Dlatego też, mała bezdomna, leżąca w parku w okolicy ubogiej dzielnicy nie robiła na nikim wrażenia. 


Czerwiec 2010
PLAC! – Dźwięk dłoni uderzającej o policzek poniósł się echem po pustym korytarzu starego, obskurnego motelu.
- Czy ciebie do reszty pojebało?! Nie robisz tego pierwszy raz. Jeżeli klient wymaga to ma dostać!
- Ale...
- Jakie ale?! Nie ma żadnego ale! Masz tam natychmiast wrócić i zrobić swoje, za to ci kurwa płacę! Pamiętaj, że gdyby nie ja już wtedy jacyś handlarze sprzedaliby cię na narządy!
– Szarpnął wystraszoną dziewczynę za włosy i wrzucił z powrotem do zaśmierdłego pokoju.
Gdyby miała inna szansę, już dawno zrezygnowałaby z tego co robiła. Wcale jej się to nie podobało, jednak nie miała wyjścia. Praca na ulicy była jedną możliwością jakiegokolwiek zarobku. Tylko dzięki temu, miała za co się utrzymać. Do tego tak jak powiedział sam Charli, wisiała mu spora przysługę za przygarnięcie jej w dzieciństwie z ulicy.

Kilka lat wcześniej to właśnie on znalazł małą, brudną i nieprzytomną dziewczynkę nad ranem w parku. Kiedy spojrzał na jej twarz, od razu wiedział, że gdy trochę podrośnie będzie z niej niesamowita piękność i prawdopodobnie tylko dlatego zdecydował się przygarnąć dzieciaka do swojego burdelu.
Charli był mężczyzną w średnim wieku. Od urodzenia zaznajomiony z nocnym życiem. Swój klub (jeżeli tak można nazwać tę zatęchłą dziurę, której był właścicielem) odziedziczył po zmarłym wujku. Nazwał go „Szok”, pewnie jak to nie raz mawiała Twinkie, przez uczucie jakie dopadało człowieka, gdy pierwszy raz wchodził do tej brudnej nory.
Byun-Ra początkowo zajmowała się całą brudną robotą. Sprzątała, prała i gotowała. Była na posyłki innych kobiet. W wieku 10 lat nie raz widziała rzeczy, których nie powinna jeszcze długo zobaczyć. Na szczęście była twarda, a ciężka praca nie zniszczyła jej ani charakteru, ani wyglądu. Twinkie wyrosła na naprawdę piękną kobietę. Wyglądu zazdrościła jej nie jedna, dlatego nie miała łatwego życia wśród koleżanek po fachu. Była szczupła, ale nie chuda, grube, falujące i lśniące kasztanowe włosy spływały jej zawsze miękką falą na plecy i kończyły się w okolicy bioder. Miała około 170 centymetrów, więc wyróżniała się wzrostem wśród kobiet, jednak tym, co odróżniało ją od innych najbardziej nie był wzrost a zachodni typ urody. Blada, gładka cera i duże okrągłe zielone oczy. Taki wygląd był bardzo pożądany wśród azjatyckich mężczyzn, co było jej przekleństwem. Już w wieku trzynastu lat zdarzały się przypadki, iż klienci próbowali zaciągnąć małą do łóżka. Na szczęście w takich momentach zazwyczaj ratował ją Charli. Nie robił tego jednak bezinteresownie... Od pierwszego dnia, gdy ujrzał brudną twarzyczkę Byun-Ra, nie potrafił przestać o niej myśleć i wtedy też uznał, że najpierw ona będzie jego. W tamtym czasie dziewczyna jeszcze o tym nie wiedziała, ale nie dane jej było długo żyć w błogim spokoju i fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, wynikających z nieświadomości. Gdy ataki na jej osobę zaczynały występować coraz regularniej uznał, że długo już nie uda mu się jej upilnować przed napaleńcami, tak tez najwyższy czas samemu się za nią zabrać.
- Charli? Chciałeś mnie widzieć? – Zapytała Twinkie wchodząc do obskurnej sypialni.
- Tak, zamknij drzwi i siadaj mała. – Poklepał łóżko, na którym siedział.
Dziewczynka posłusznie, lecz niepewnie zajęła wskazane miejsce.
- Lola mówiła, żebym do ciebie przyszła. Czy coś się stało, zrobiłam coś nie tak?
- Nie, nie, skądże! Po prostu uznałem, że dawno nie rozmawialiśmy.
– Odpowiedział z uśmiechem i objął ją ramieniem. – Ale ty wyrosłaś, od kiedy pierwszy raz się tu zjawiłaś! Stałaś się już prawdziwą kobietą!
Zauważył przejeżdżając wzrokiem po całej sylwetce Twinkie, z krótkim postojem na wysokości klatki piersiowej, gdzie spod cienkiego materiału obszernej bluzki można było dostrzec całkiem znaczne wypukłości.
Ręka ześlizgnęła mu się niżej wzdłuż ramienia do łokcia, a następnie lekko w tył by zatrzymać się na biodrze. Pod wpływem tego dotyku dziewczynka zadrżała. Mężczyzna czując to przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej.
- Spokojnie malutka! – Powiedział, gdy dziewczyna próbowała się od niego odsunąć. – Wszystko będzie dobrze. Przecież możesz mi zaufać, prawda? – W odpowiedzi mała ślicznotka tylko skinęła niepewnie głową.
Ruch ten był dla Charliego prawie jak pozwolenie na kolejny krok. Jego ręka wcześniej spoczywająca na biodrze, wślizgnęła się pod bluzkę, głaszcząc nagą, delikatną skórę pleców.
- Pamiętaj, że musisz być grzeczna. – Powiedział reagując na wstrzymanie oddechu swojej ofiary. – Nie zapominaj, że zawdzięczasz mi życie!
Dobrze wiedział, iż te słowa podziałają na Byun-Ra. Od dnia, kiedy do niego trafiła, starała się robić wszystko jak najlepiej, by tylko odwdzięczyć się za przygarnięcie.
Jego kolejne posunięcia były coraz odważniejsze. Druga ręka powędrowała na kolano, a następnie zaczęła się przesuwać wzdłuż uda. W końcu podniecenie wzięło górę i nie próbując się nawet pohamować, popchnął dziewczynę na plecy. Jej jakiekolwiek protesty nie robiły na nim większego wrażenia, a na pomoc z zewnątrz tez nie miała co liczyć. Każdy miał gdzieś krzyki jakiejś małolaty.

Tamto wydarzenie dość znacznie wpłynęło na zachowanie Twinkie. Stała się bardziej zamknięta w sobie i przestała ufać komukolwiek, ale w dalszym ciągu była pewna siebie i nie dawała innym sobą pomiatać. Poza Charlim. Choć go nienawidziła, wolała mu się nie stawiać. Dobrze wiedziała jak może skończyć się przeciwstawianie szefowi. Nie jeden raz widziała go w furii wyżywającego się na którejś z pracownic. Nawet, gdy była niewinna wolała siedzieć cicho i przyjąć karę w spokoju, niż się postawić i oberwać dwa razy bardziej.
Jako pupilka szefa, jak to mówiły o niej pozostałe kobiety, przez lata wyrobiła sobie pozycję wśród innych pracujących w tym miejscu kobiet. Nie zawdzięczała tego szacunkowi do jej osoby, ale strachowi przed Charlim. Wszystkie dobrze wiedziały, że pomimo faktu, iż też obrywa ma u niego największe względy z nich wszystkich i ich słowa nie mogą się równać jej.
W klubie Byun-Ra grała silną i zdecydowaną. Jednak, kiedy tylko znalazła się na osobności w swojej pustelni, pozwalała sobie na chwile słabości. Często zdarzało jej się płakać z bezsilności. Dla ukojenia nerwów robiła to, co kochała najbardziej – śpiewała, ale tylko w samotności. Od czasu wypadku rodziców, nigdy nikomu nie pokazała swojego talentu. Najczęściej nuciła piosenki, których nauczyli ją rodzice. To właśnie oni jako pierwsi zauważyli jej talent i wysłali ją na lekcje śpiewu, gdzie wszyscy wychwalali jej głos. Czasem nucąc zastanawiała się, jakby to było, gdyby jej życie potoczyło się inaczej? Może byłaby teraz, w wieku siedemnastu lat sławną piosenkarką? W takich momentach ponosiła ją wyobraźnia i dziewczyna zaczynała śpiewać i tańczyć tak jakby była na wielkiej scenie. Sceną jej był brzeg rzeki zaraz obok ogromnego mostu. A wysoko nad jej głową słyszała miejski gwar, setek ludzi niewiedzących i niechcących wiedzieć o istnieniu takiej osoby jak ona.
Także tym razem po wykonaniu jednej z obrzydliwych zachcianek klienta uciekła do swojej pustelni by odizolować się od okrutnego świata. Głośno śpiewając starała się nie myśleć o okrutnej rzeczywistości.

niedziela, 19 września 2010

14. Junkosiowy szał - Finał

Szczerze mówiąc to nie wiem czy ktoś te moje wypociny tutaj czyta, ale nawet jeżeli to nic nie komentuje, a szkoda. Dzisiaj wklejam ostatni rozdział "Junkosiowego szału" Mam nadzieję, że zakończenie się spodoba tym, którzy czytają :D
Zaczęłam też już pracę nad kolejnym opowiadaniem. Jest ono jednak całkowicie różne od tego, no ale trzymam kciuki za to, że się spodoba :)

Junkosiowy szał
14. Finał
- Co oni kombinują?! – Głośno myślałam, stojąc zestresowana i czekając na nieznane.
Kuba zaciągnął Junkiego za róg domu, gdzie nie mogłam ich usłyszeć, a już tym bardziej zobaczyć. Denerwowałam się jak rzadko.
- Co Kuba mógł mieć mu do powiedzenia? A co, jak pogorszy jeszcze tę sytuację?! Kuba... – Jęknęłam z żalu.
Po dziesięciu minutach zatrważającej niepewności moim oczom ukazały się dwie męskie sylwetki. Obaj szli samodzielnie i nie widziałam u nich żadnych urazów.
- Uff... Są cali – moje największe obawy dotyczące tego, iż mogą sobie zrobić krzywdę zniknęły. Chociaż te... Jednak ich wyrazy twarzy i tak mnie do końca nie uspokajały.
Chłopcy szli w moją stronę z poważnymi minami. Z ich oczu również nie dało się nic wyczytać. Zamiast się stopniowo uspokajać, martwiłam się coraz bardziej. W pewnym momencie Junki stanął kilka metrów od mojej osoby, natomiast Kuba dokładnie przede mną. Położył mi ręce na ramionach i lekko się zgarbił, tak że jego oczy znalazły się na poziomie moich.
- Pati! Posłuchaj mnie teraz. Porozmawiałem sobie chwile z twoim znajomym i uważam, że zasługuje na poznanie prawdy.
- O czym ty mówisz?!
– Spytałam zaskoczona.
- Junki to fajny chłopak, powinien w końcu się dowiedzieć, co naprawdę do niego czujesz. Powiedz mu prawdę! Niech wie, że to mnie kochasz. Że zawsze kochałaś i nigdy nie przestałaś. Ja próbowałem, ale powiedział, że musi to usłyszeć od ciebie.
- Jakub! Oszalałeś!
- Nie ma sensu tego dłużej ukrywać, powiedz wreszcie głośno, co nas łączy.
- Co ty do diaska mówisz?!
– Warknęłam.
- Jak to co?! Przed momentem jak rozmawiałem z Junkim, ona zapytał mnie co jest między nami?. Tak też powiedziałem mu prawdę, że teraz kiedy wróciłem znów jesteśmy razem.
Czułam się jak główna bohaterka jakiejś durnej telenoweli słuchając tego, co mówi do mnie Kuba. Z dwoma wielkimi znakami zapytania w oczach, odwróciłam się i spojrzałam na Junkiego. Wszystkie mięśnie jego twarzy były napięte, natomiast oczy mogłyby wywołać kolejne zlodowacenie. Wróciłam wzrokiem do chłopaka stojącego przede mną.
 Nie mogłam uwierzyć, że ta sytuacja dzieje się naprawdę. Przecież gdy ostatnio rozmawiałam z przyjacielem, wydawało mi się, iż doszliśmy do porozumienia i uzgodniliśmy, ze nasze uczucia względem siebie to już przeszłość? Co się w takim razie zmieniło od tamtego czasu?! Byłam ogłupiała...
- Pati powiedz coś! Powiedz teraz nam obojgu, co w rzeczywistości kryje się w twoim sercu? – Zwrócił się do mnie po raz kolejny Kuba.
Wiedziałam, że jeżeli powiem teraz wszystko, któregoś z nich to zaboli. Nie chciałam rezygnować z żadnego. Jeden był wspaniałym i nieocenionym przyjacielem, na którego mogłam liczyć od dzieciństwa. Drugi natomiast był miłością mojego życia. Właśnie... Kochałam go i co by się nie działo nie mogłam stracić tej miłości!
Gdy długo się nie odzywałam, zauważyłam jak Junki stopniowo się odwraca i zamierza odejść.
- Czekaj! – Krzyknęłam w jego kierunku.
- Nie chcę wam przeszkadzać, lepiej już pójdę w swoją stronę – odpowiedział na moja zaczepkę.
- Najpierw daj mi coś powiedzieć, a potem zrobisz co będziesz chciał i nie będę cię zatrzymywać. – Zadziałało, stanął.
- Kubuś słoneczko, wiesz że cię kocham? – Junki zacinał usta i napiął chyba wszystkie mięśnie swojego ciała, a ja kontynuowałam nie czekając na odpowiedź Kuby – Ale kocham cię jak brata. Jesteś moim najwspanialszym przyjacielem, jednak TYLKO przyjacielem. – Pierwsze łzy, które już dawno kręciły mi się w oczach, spłynęły po moich policzkach. Choćby następne słowa nie wiem jak zraniły Kubę, musiałam je powiedzieć. – Wszystkie moje myśli obecnie zawładnięte są przez Junkiego – Wzięłam głęboki oddech... – Moje serce bije tylko dla niego, kocham go i nic tego nie zmieni! - Powiedziałam to! Nie wierzę, ale powiedziałam to głośno!
Kuba puścił moje ramiona i wyprostował się. Byłam przekonana, że jest na mnie wściekły, a przynajmniej zły. Jednak on miał na ustach lekki uśmieszek. Spojrzałam na Junkiego. Dalej stał spięty z poważną miną.
- A nie mówiłem?! – Słowa skierowane zostały przez Kubę do mojego ukochanego.
- Hę...?! – Nierozumiejąca niczego, przerzucałam swoje spojrzenie z jednego chłopaka na drugiego.
Jakub ruszył w stronę Junkiego w dalszym ciągu opartego o maskę samochodu. Następnie popchnął go w moim kierunku, po czym sam zajął jego miejsce chichocząc. Junkoś podszedł i stanął dokładnie przede mną. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, natomiast w oczach coś się zmieniło. Nie były już takie rażące lodem jak jeszcze chwilę temu. Spojrzał mi głęboko w oczy. Z obu stron na policzkach oraz linii żuchwy poczułam jego dłonie, które skierowały moją głowę delikatnie w swoją stronę. Kiedy jego twarz zbliżała się do mojej przymknęłam oczy, a na czole poczułam ciepły dotyk jego warg.
Odsunął mnie od siebie na długość ramion.
- Nie można było tak od początku? – Zapytał
- Co? Czego?
- Nie mogłaś mi już dawno powiedzieć o swoich uczuciach? Powiedz mi, co chciałaś osiągnąć przez trzymanie mnie w niepewności? Przecież wiesz co do ciebie czuję i chyba rozumiesz jakie było dla mnie trudne widzieć cię z innym facetem? Dodatkowo przyjacielem z dzieciństwa!
- Czekałam na odpowiedni moment
– Odpowiedziałam z łobuzerskim uśmieszkiem na ustach. – Przepraszam. - Wypowiadając to słowo wyciągnęłam głowę w jego kierunku i dotknęłam ustami jego ust. Moje ręce powędrowały na jego barki, szyję, a następnie kark, natomiast jego silne ramiona, objęły mnie w talii i łapczywie przycisnęły do siebie, jakbym miała zaraz im gdzieś umknąć. Spragniona pocałunków ukochanego po długiej abstynencji, wczepiłam się energicznie w jego usta nie dając ani jemu, ani sobie chwili wytchnienia. Wyglądało na to, że jego uczucia były podobne, bo również nie próbował przerwać tej chwili.
- Ekhmmmm... Nie chciałbym przeszkadzać, ale ja się będę już zbierał. Pa... – Pomachał i odszedł w stronę swojego samochodu. My jednak nie zwróciliśmy na to większej uwagi, byliśmy zbyt zajęci sobą.

   Junki w Polsce przebywał jeszcze miesiąc. Najpiękniejszy miesiąc mojego życia. Teraz gdy oboje wreszcie wiedzieliśmy, co do siebie czujemy, mogliśmy się całkowicie odprężyć i wykorzystywać najlepiej jak się da dany nam czas. Kiedy tylko Junki kończył pracę, natychmiast pojawiał się u mnie, gdzie siedzieliśmy rozkoszując się swoim towarzystwem, lub wybieraliśmy się na wycieczki po okolicy. Równie często, zaglądaliśmy także do niego. Co nieraz kończyło się dopiero porannym powrotem do domu w moim przypadku. Musiałam to przyznać otwarcie, ja po prostu byłam całkowicie w nim zakochana i to jak nigdy w nikim. Gdy byłam z nim, nie było mi do szczęścia potrzeba nic więcej. Mogłabym nawet siedzieć w więziennej, zimnej celi, gdyby tylko koło mnie siedział mój najdroższy.
Dni upływały nam niestety bardzo szybko i data wyjazdu Junkiego zbliżała się nieubłaganie. Do tego okrutnego momentu został już tylko tydzień, ale ja nadal nie potrafiłam przyjąć do wiadomości faktu, iż niedługo już nie będzie ze mną człowieka, za którego byłabym w stanie oddać życie.
- Kochanie musimy dzisiaj poważnie porozmawiać! – Powiedział tego ranka do mnie Junki przez telefon gdy, jak co dzień rozmawialiśmy po przebudzeniu się.
- Czy cos się stało? – Zapytałam lekko wystraszona.
- Nie martw się, to nic takiego, jednak chciałbym z tobą porozmawiać o tym osobiście. Przyjadę po ciebie koło trzynastej i zabiorę gdzieś na obiad. Wtedy porozmawiamy, dobrze?
- Zaczynam się bać, no ale dobrze.
- Kocham cię, pamiętaj o tym. Pa.
- Ja też cię kocham. Papa

Jego słowa niesamowicie mnie zaniepokoiły. Nie wiem dlaczego, ale miałam jakieś złe przeczucia. Zastanawiałam się, o co może chodzić. Jednak nic sensownego nie chciało mi przyjść do głowy. Pół dnia chodziłam jak struta, psując tym humor innym domownikom, aż nadszedł czas spotkania. Wyszykowałam się by być gotową na pierwsza popołudniu i niecierpliwie czekałam momentu, gdy czerwona Honda zajedzie przed mój blok. Stałam i stałam, gdy dochodziło już piętnaście po pierwszej. Junki nigdy się nie spóźniał, zaczynałam się poważnie martwić. Po kolejnych pięciu minutach Junkiego nadal nie było widać, a telefon miał wyłączony. Pewnie zdjęcia się przesunęły – uspokajałam się w duchu. Zdecydowałam przejść się kawałek by rozruszać nogi, zdrętwiałe od stania w miejscu. Nie zdążyłam wyjść za blok, gdy na horyzoncie ujrzałam jadący z duża prędkością czerwoniutki samochód. To był on. Nikt inny nie ma tutaj takiego auta, jak również nikt inny nie jeździ tutaj z taką prędkością. Junki stanął praktycznie przed moimi nogami i szybko wysiadł, od drzwi tłumacząc się i przepraszając za spóźnienie. Nie miałam mu tego za złe, rozumiałam przecież, że z pracą to różnie bywa i nie zawsze się nam udaje wszystko. Dlatego też nie dając mu skończyć tego rozpaczliwie błagającego o wybaczenie monologu, szybkim ruchem zarzuciłam mu ręce na szyje i zatkałam mu, cały czas walczące ze mną ciepłe usta swoimi wargami. Kiedy po kilku chwilach, przestał bełkotać pozwoliłam mu wziąć oddech.
- Jeżeli powiedziałbyś jeszcze słowo to sama bym się chyba udusiła. – Powiedziałam ciężko dysząc, ale szczerze i szeroko się do niego uśmiechając.
- To zrobiłbym ci wtedy oddychanie usta-usta – odpowiedział również uśmiechając się do mnie, a w następnej chwili już całując mnie z wielką żarliwością. Tę przyjemną scenkę zakłócił niestety pewien dźwięk wydobywający się z  mojego brzucha. Ja na widok Junkiego zapominałam o wszystkim, jednak jak się okazuje moje wnętrzności nie i właśnie w tym momencie przypominały, iż czas na posiłek już minął i czas to nadrobić.
- Coś mi się wydaje, że moje spóźnienie nie spodobało się twojemu żołądkowi – wyszczerzył zęby. – On na mnie warczy – powiedział chichocząc oraz przystawiając ucho w kierunku mojego żarłocznego żołądka.
- Uważaj bo cię ugryzie!
- Nie odważy się!
- Ja bym nie była tego taka pewna... Aaa...
– Zapiszczałam kiedy Junki złapał mnie w pasie i przerzucił sobie przez ramię.
- Dalej myślisz, że twój brzuch miałby ze mną jakiekolwiek szanse?!
- Oczywiście
– odparłam wesoło, wisząc w dalszym ciągu głową w dół, wzdłuż jego pleców.
Nasze wygłupy zrobiły się zbyt głośne, gdyż ludzie zaczęli się na nas gapić. Uznałam, że najwyższy czas się stąd wynieść, tym bardziej, że moi rodzice nadal nie wiedzieli nic o moim nowych chłopaku. A nie miałam wtedy ochoty im tego wszystkiego tłumaczyć.
- Jeżeli nie chcesz, by mój głód przemówił pełnią siły to może chodźmy już gdzieś coś zjeść?
Niecałą minutę później, jedynym śladem, który mógł wskazywać, iż kiedykolwiek tu byliśmy, była chmura kurzu unosząca się spod kół.
Wylądowaliśmy w małej pizzerii za miastem, gdzie prawdopodobieństwo, iż ktoś rozpozna Junkiego wynosiło minus dziesięć. Tam mogliśmy spokojnie coś zjeść zajmując się tylko sobą. Gdy weszliśmy, Junki poprowadził mnie w stronę stolika na uboczu. Gdy usiedliśmy, kelner zaraz wręczył nam menu.
- Zamawiaj na co masz ochotę. – Stwierdził chłopak siedzący na przeciw mnie.
- Hmmm... Niezły wybór. Może...
- Ja chcę Hawajską!
- Moja ulubiona! To ja poproszę to samo
. – Powiedziałam ucieszona.
Początkowo jedliśmy w milczeniu, w końcu jednak Junki zaczął rozmowę.
- Patuś wiesz już, że w przyszłym tygodniu musze wyjechać?
- Niestety
– spuściłam wzrok próbując opanować łzy cisnące się do oczu. Poczułam ciepło na swojej dłoni, trzymanej akurat na kolanach pod stołem. Spojrzałam z powrotem na niego.
- Uwierz, że mi wcale nie jest łatwiej. Nie chcę cię zostawiać.
- A naprawdę nie możesz zostać?
- Rozmawialiśmy już o tym, tłumaczyłem że nie mogę. Kontrakt mi na to nie pozwala.
– Odpowiedział smutnym głosem.
- Tak, wiem, przepraszam, po prostu... – Pierwsza łza spłynęła po policzku. Szybko wytarłam ją wierzchem dłoni, starając się by Junki tego nie zauważył. – Po prostu nie wyobrażam sobie rozstania z tobą. Będziesz tak daleko... Ale obiecujesz codziennie dzwonić i pisać?! A może kiedyś wpadniesz na jakiś weekend?!
- No właśnie... Nie mogę ci tego obiecać...
- Co masz przez to na myśli?!
- Obawiam się, że nasz kontakt zerwie się i to nie za tydzień a za 2 dni.
- Junki o czym ty mówisz do cholery?! Jak to zerwać kontakt?
– Nic nie rozumiałam z tego co on mówił. Zerwać kontakt?! Dlaczego?! Ja nie chcę!
- Chodzi o to, że... Nie mogę zostać do następnego poniedziałku tak jak myślałem. W piątek musze być w Korei, co oznacza, iż musze wyjechać w środę ,czyli za dwa dni!
- No dobrze. Musisz wcześniej wyjechać, ale dlaczego chcesz zrywać kontakt. Przecież powiedziałeś, że mnie kochasz i teraz chcesz tak po prostu wyjechać i więcej się nie odzywać?! Nie rozumiem tego... Nie!
– Wstałam od stołu z hukiem i szybkim krokiem wyszłam przed lokal.
Odeszłam kilka kroków od głównego wejścia by nie rzucać się aż tak w oczy, ze swoją już czerwoną i spuchniętą od płaczu twarzą. Po kilku sekundach koło mnie pojawił się Junki.
- Pati wysłuchaj mnie!
- Nie! Nie chcę teraz z tobą rozmawiać, daj mi spokój!
- Patrycja!
– Położył mi dłonie na ramionach i potrząsnął mną, próbując mnie w ten sposób uspokoić. – Daj mi najpierw coś powiedzieć!
- Nie chcę cię teraz słuchać! Zostaw mnie i...
- Idę do wojska!
– Przerwał mi w pół słowa, a ja zaniemówiłam. – Dzwonili do mnie, że dostałem ostateczne wezwanie, od którego nie mam już się jak wykręcić.
- Więc to dlatego...
- A co myślałaś?! Naprawdę byłabyś w stanie uwierzyć, że tak dobrowolnie chciałbym cię porzucić?! Ty naprawdę uważasz, że taki jestem?!
- To nie tak! Ja...
- Nieważne
. – Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił.
Wojsko! Nie wierzę! To nie może być prawda! – Myślałam. Dobrze wiedziałam, co to oznacza. Wojsko było jednoznaczne z co najmniej dwoma laty rozłąki. Jak ja mam to znieść?! Nienawidzę Korei!
- Wojsko... – Westchnęłam, a łzy ponownie spłynęły po moich policzkach. Pochlipując, wtuliłam twarz głębiej w ramię ukochanego, który już niedługo miał mnie zostawić.
Ostatnie dwa dni minęły jak z bicza strzelił.. Jednak ani on, ani ja nie potrafiliśmy się cieszyć ostatnimi pozostałymi nam chwilami. Prawie ze sobą nie rozstawaliśmy. Nie potrafiłam znaleźć żadnych dobrych stron tego wyjazdu. No może jedynie to, że jeżeli teraz odbędzie służbę, to później nie będzie musiał. Choć nie wiem czy to można nazwać dobrą stroną..?
W dniu odlotu pożegnaliśmy się pod jego domem. Oboje uzgodniliśmy, że lepiej będzie, kiedy nie pojawię się na lotnisku. On powiedział, iż boi się, że mógłby jednak się wrócić i zrobić coś głupiego, ja natomiast nie chciałam odstawiać histerii w miejscu publicznym. Tym bardziej, że można się tam spodziewać wielkiego tłumu fanów. Obiecałam sobie też, że nie będę płakać przy pożegnaniu, by nie utrudniać ukochanemu tego wyjazdu jeszcze bardziej. Niestety nie wyszło to do końca. W momencie, kiedy Junki już spod samochodu, do którego wsiadał nagle się cofnął, by przytulić mnie po raz ostatni, kilka łez wypłynęło spod moich powiek. Szybko starłam słone krople, nie chcąc by je zobaczył.
Godzina trzecia w południe. Siedziałam w oknie swojego pokoju wpatrując się w niebo. Pomimo łez przesłaniających widoczność, starałam się zobaczyć na niebie przelatujące samoloty. Wtedy, chyba po raz pierwszy w życiu miałam prawdziwą depresję...

Miesiące mijały. Staraliśmy się z Junkim pisać do siebie jak najczęściej, jak również dzwonić, gdy tylko dostał zgodę. Czasami wbrew sobie wręcz prosiłam go, by zamiast do mnie wykorzystał limit telefonów, dzwoniąc do rodziny. Tym bardziej, że limit ten wynosił jeden telefon na tydzień. On jednak zawsze dzwonił do mnie, a gdy nie odbierałam nie dawał za wygraną, aż się poddałam.
Było wiele ciężkich chwil, szczególnie gdy zobaczyłam jak moje słoneczko straszliwie schudło w tym wojsku. Byłam gotowa z miejsca się ubrać i lecieć do niego z porządnym polskim obiadem.
Po niecałym roku, kiedy zaczynałam już odliczać dni do wyjścia (nie żebym nie robiła tego od dnia wyjazdu Junkiego) znalazłam w skrzynce list pochodzący z Korei. Jednak nie wyglądał jak te wszystkie poprzednie, które dostawałam od Junkiego. Wróciłam do domu, po czym szybko otworzyłam wiadomość w zaciszu swojego pokoju.

„Witaj Patuś
Dzisiaj piszę tylko krótki liścik, mając nadzieję, iż zgodzisz się na moje zaproszenie i wkrótce się zobaczymy. Na przyszły tydzień udało mi się dostać pięciodniową przepustkę z wojska, dlatego też bardzo zależałoby mi, byś przyjechała na ten czas do Korei. Bardzo za tobą tęsknię i niezmiernie pragnę cię zobaczyć. Jeżeli się zgadzasz oddzwoń na numer zapisany po drugiej stronie kartki. Mój manager przygotuje dla ciebie wszystko. Oczywiście nic się nie martw o koszta, wszystko jest już załatwione.
Kocham Cię
Zawsze twój, Junki”

Moje serce miało ochotę wyskoczyć mi z piersi. I on jeszcze pyta czy chciałabym?! Ach zobaczę go, zobaczę!!! Złapałam za telefon i wykręciłam podany w liście numer. Wyszło na to, że mam zafundowane bilety dla dwóch osób, a sam wyjazd wypada dokładnie za tydzień.
- Mamo! – Wrzeszczałam idąc w kierunku sypialni rodziców. – Za kilka dni wyjeżdżam! – Nie czekając na odpowiedz zdziwionej rodzicielki pobiegłam jak najszybciej powiedzieć o wszystkim przyjaciółce.
Dwa miejsca oznaczały, iż mogę kogoś ze sobą zabrać. A kogo miałabym większą ochotę mieć przy swoim boku, niż najlepszą przyjaciółkę?!
Karolina oczywiście ochoczo zgodziła się na wyjazd. Muszę się przyznać, iż ostatnio trochę ją zaniedbywałam, ale kiedy nie było przy mnie Junkiego, jakoś nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie. Karola jednak nie miała o to do mnie żadnych pretensji i już po pięciu minutach ustalałyśmy listę rzeczy do spakowania.
Dni ciągnęły mi się jeszcze bardziej, gdy z niecierpliwością czekałam na dzień wylotu.
Kiedy przeszłyśmy już z przyjaciółką odprawę i zajęłyśmy miejsca w samolocie, nadal nie potrafiłyśmy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nawet moja nienawiść do latania nie potrafiła zniszczyć mojej euforii.
- Kara uszczypnij mnie! Jeszcze trochę i zobaczę Junkiego!
- Ach ciekawa jestem jak wygląda w takich krótkich włosach?
- Jak zwykle pięknie – odpowiedziałam z pewnością w głosie. – Chociaż musze przyznać, że wolałam go długich.
Podróż była długa, jednak ja nie czułam zmęczenia, moja ekscytacja rosła z minuty na minutę. Po kilkunastu godzinach, znalazłyśmy się wreszcie u celu. Według umowy manager Junkiego, pan Jo Tae Dong miał czekać na nas na lotnisku. Wypatrywałyśmy znajomego Koreańczyka, który miał nas zabrać do hotelu a następnie na spotkanie z moim prywatnym gwiazdorem, jednak nie było to proste w tym tłumie. Po dłuższej chwili rozglądania się na wszystkie strony, usłyszałam za plecami męski głos mówiący w moim ojczystym języku. To musiał być on!
- Panie Tae Dong! – Zawołałam w kierunku usłyszanego głosu. – Hallo, tutaj! – Pomachałam, gdy mężczyzna zareagował na swoje imię
- Witam panie! Jak wam minęła podróż?
- Bardzo dobrze, nie miałyśmy żadnych problemów, ale teraz, jeśli można chciałabym jak najszybciej znaleźć się w hotelu, a potem u Junkiego.
- Dobrze, dobrze chodźmy już.

Gdy tylko dostałam się do swojego pokoju hotelowego, rzuciłam walizki na łóżko szukając odpowiedniej kreacji powitalnej. Nie tracąc czasu na odpoczynek, przebrałam się, przeczesałam włosy i już byłam gotowa do dalszej drogi. Całe szczęście moja przyjaciółka zrobiła to samo, tak też pan manager nie miał wyjścia jak od razu wieść nas do jednostki.
- Dziewczyny, nie wiem czy już wam o tym wspominałem, ale Junki tak od razu nie wyjdzie.
- Jak to?!
– Zapytałam z przerażoną miną.
- Musi dać tam najpierw koncert dla innych służących w jednostce, a dopiero potem będziemy mogli go zabrać.
Skrzywiłam się.
- Powinnaś się cieszyć, chyba jeszcze nigdy nie widziałam Junkiego podczas koncertu na żywo, prawda?
Prawda. To będzie pierwszy raz, gdy usłyszę go jak śpiewa i ujrzę na scenie na żywo. Może to i dobrze, że trafił się ten koncert?
Na miejscu okazało się, iż nie jesteśmy jedynymi osobami z poza jednostki, chcącymi zobaczyć ten koncert. Na całe szczęście z naszymi vipowskimi wejściówkami, nie musieliśmy stać w kolejce, tylko od razu znaleźliśmy się w pierwszym rzędzie pod sceną. Nerwowo rozglądałam się, czy gdzieś nie widać może mojego ukochanego. Czy wie, że już tu jesteśmy?
Wreszcie światła na widowni pociemniały, a scena zabłysła. Moim oczom ukazał się on. Tak bardzo chciałam w tamtym momencie wskoczyć na scenę, a następnie tulić go i całować do utraty tchu. Musiałam się jednak opanować, a nie było to łatwe. Widownia szalała gdy przywitał się z wszystkimi przybyłymi.
Następnie zaczął coś opowiadać, tyle że ja nie znałam koreańskiego, tak też nic z tego nie rozumiałam. Wydaje się, że na początku opowiadał coś śmiesznego, gdyż widownia co chwila wybuchała śmiechem. Po kilku minutach jednak, na sali nastała nagła, nienaturalna cisza. Zaczęłam się rozglądać wokół by zobaczyć o co chodzi i wtedy okazało się, że wzrok wszystkich skierowany jest na mnie. Mężczyźni patrzyli z zaciekawieniem, kobiety natomiast z chęcią mordu.
- Karola co się dzieje?!
- Nie wiem właśnie!
– Przyjaciółka odpowiedziała mi rozpaczliwie.
W tym czasie Junki zaczął schodzić ze sceny w naszym kierunku. Podszedł do nas, objął mnie, po czym powiedział coś do mikrofonu. Wydaje mi się, iż w tym zdaniu usłyszałam swoje imię. Na widowni dalej panowała cisza.
- Witaj kochanie – zwrócił się wreszcie do mnie, a jego słowa były przekładane przez tłumacza dla ogółu obecnych. – Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłem!
- Uwierz, że ja bardziej!
– Przylgnęłam do niego.
- Mam do ciebie jednak, jedno małe pytanko!
- O co chodzi?
– W tle usłyszałam to pytanie w przekładzie. Zaczynała mnie denerwować na mało prywatna rozmowa.
- Ale pamiętaj, że musisz odpowiedzieć mi tutaj od razu!
- Dobrze..
. – Jakoś zaczynałam się martwić.
Junki wciągnął mnie na scenę i powiedział coś po koreańsku do wszystkich zgromadzonych, na co ci zareagowali brawami. Rozglądałam się nerwowo po widowni. Nigdy nie lubiłam występów publicznych, a stanie przed takim tłumem było rzeczą okropną. Nagle uświadomiłam sobie, ze cos się dzieje. Spojrzałam z powrotem na Junkiego. Ten nie puszczając moich dłoni przyklęknął na jedno kolano i zapytał po polsku.
- Pati skarbie, wiem że to dość niespodziewane, ale nie chcę dłużej czekać! Czy wyjdziesz za mnie?
Czułam się tak jakby trzasnął mnie piorun. Byłam w tamtej chwili najszczęśliwszą osobą na ziemi, jednak nie potrafiłam się odezwać. Byłam w takim szoku. Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczyma, a nogi poddały się grawitacji...
- Pati! Pati kochanie! Słyszysz mnie? – Wydawało mi się, ze słyszę głos Junkiego, ale to było niemożliwe. Przecież on w wojsku jest! Zaraz, zaraz... Aaa... Otworzyłam szeroko oczy i zobaczyłam nad sobą pochylających się Junkiego i Karolę. Wszystko mi się przypomniało.
- Uff... Słońce, ale mi stracha napędziłaś – powiedział mój ukochany z nieskrywaną ulgą w głosie.
Podniosłam się na miękkich nogach. Dzięki bogu był obok mnie Junki, który w ostatniej chwili powstrzymał mnie przed kolejnym upadkiem. W tym momencie jego twarz znalazła się dokładnie na wysokości mojej. Zarzuciłam mu ręce na szyję.
- Tak – szepnęłam.
Spojrzał na mnie.
- Kocham cię i będę szczęśliwa mogąc wyjść za ciebie. – Słowa te potwierdziłam gorącym pocałunkiem.
Chwile rozkoszy jednak przerwało nam pytanie kogoś zza kulis. Junki odpowiedział mu w ojczystym języku, po czym zostało to powtórzone jeszcze raz wszystkim. Sala zaczęła wiwatować, więc uznałam, że pytanie pewnie dotyczyło tego czy się zgodziłam. Sekundę później podbiegła do mnie Karola zarzucając mi ręce na szyję i gratulując.
- Tak się cieszę Pati! Wreszcie wszystkim nam się układa!
- A komu to jeszcze się coś układa?
– Zapytałam podejrzliwie.
- Eee... No bo wiesz... W czasie gdy ty, izolowałaś się od nas z tęsknoty, ja z Kuba jakoś tak się do siebie zbliżyliśmy...
- Kochana moja to gratuluję!

Staliśmy wszyscy na scenie wzajemnie się obejmując i całkowicie zapominając o tysiącach ludzi nas otaczających.

Epilog
Mały-Bon Tam i Joon-Min siedzieli jak zaczarowani wysłuchując opowieści. Kto by przypuszczał, że tą dwójkę łobuzów tak zaciekawi ta historia.
- Babciu to jak w bajkach! – Odezwała się entuzjastycznie dziewczynka. – Ty byłaś jak kopciuszek a dziadek jak waleczny książę! – Zaśmiałam się.
Fakt. Też nie raz tak o tym myślałam. Chociaż upłynęło już ponad pięćdziesiąt lat, dalej nie potrafię uwierzyć w swoje szczęście. Uścisnęłam mocniej dłoń cały czas trzymająca moją rękę i spojrzałam w oczy mężczyźnie obok. Jego spojrzenie nadal przypominało mi tego słodkiego chłopaka, w którym zakochałam się lata temu.
- Mamo! Tato! Dzieciaki! Starczy już tych wspomnień, chodźcie na obiad!
Z kuchni wyjrzała moja cudowna See-Yon. Za każdym razem gdy na nią patrzyłam, to tak jakbym widziała Junkiego w młodości. Nie dziwię się, że to córeczka tatusia. Odkąd ujrzał ją po raz pierwszy w szpitalu nie mógł sobie wybaczyć, iż przez pracę nie był w stanie być obecnym podczas porodu. Chyba właśnie dlatego, nieraz za dużo jej pozwalał, z reszta ja też przez to jej podobieństwo do ojca. Oboje do teraz często wykorzystują te swoje specyficzne spojrzenie i uroczy uśmiech, wiedząc jak to na mnie działa.
Po raz kolejny zwróciłam wzrok na ukochanego człowieka, dziękując bogu, że dał mi go, a następnie córkę i wnuki...

sobota, 18 września 2010

13. Junkosiowy szał - Przyjaciel

Junkosiowy szał
13. Przyjaciel

Wiem, że to co zrobiłam było z leksza wredne, ale jakoś mało mnie to w tamtym momencie ruszało. W końcu Junki, jeżeli czuje do mnie to, co mu się wydaje (jakoś nie może mi przejść przez gardło to słowo) to musi się nauczyć, że mam wielu przyjaciół, z którymi nie zamierzam zrywać kontaktów. Tym bardziej, kiedy ci przyjaciele dopiero co odnajdują się po latach.
Nie dając się nawet przebrać Kubusiowi z ubrań roboczych, zaciągnęłam go na parking.
- Który to twój?
- Samochód? Niebieski, tam w rogu
– wskazał palcem miejsce postoju niebieskiego metalika.

Szybkim krokiem ruszyłam w jego kierunku, ciągnąc za sobą nadal zaskoczonego moim zachowaniem chłopaka. Gdy już usadowiliśmy się w samochodzie, Kuba odpalił silnik. Zauważyłam, iż cały czas na mnie zerka pytająco.
- Chcesz coś powiedzieć? – Zapytałam. – Jak tak, to mów! Możesz pytać o wszystko, przecież nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda?
- Oczywiście, że jesteśmy! Po prostu... twój chłopak nie będzie zły, że tak go zostawiłaś odchodząc z jakimś obcym kolesiem?
- Po 1. To nie jest mój chłopak,
- chyba – dodałam w myślach - po 2. Nie jesteś jakimś tam obcym kolesiem! Jesteś Kuba Wiński. Mój najlepszy przyjaciel od czasów dzieciństwa oraz mój niedoszły mąż!
– Na te słowa oboje wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.
- Hahaha, faktycznie. Już o tym zapomniałem, jak to nasi rodzice, prawie że zaklepywali miejsce w kościele...
Droga powrotna minęła nam na dalszym wspominaniu, a następnie opowieści Kuby o jego życiu na wyspach. Dowiedziałam się, jakie miał problemy z aklimatyzacją, z językiem (czemu się dziwiłam, bo zawsze świetnie radził sobie z angielskim w przeciwieństwie do mnie). Opowiedział mi również o tym, jak różni się życie tam od naszego i dlaczego wrócili. Przy tych rozmowach nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się na moim podwórku. Jak pamiętam, zawsze tak było. Już jako dzieci, gdy się zagadaliśmy gdzieś, potrafiliśmy się spóźnić do domu nawet o 2-3 godziny.
Kiedy tylko samochód zatrzymał się żwawo z niego wyskoczyłam. Kuba tez wyszedł i wyciągnął rękę na pożegnanie.
- A ty co?
- Jak to co? Żegnam się już.
- Chyba sobie żartujesz?! Chcesz mi uciec zanim przywitasz się z moimi rodzicami?! Wiesz jak oni się ucieszą, gdy cię zobaczą?!
- Już późno nie chcę o tej godzinie ich nachodzić. Wpadnę jutro.
- Nie żartuj, wiesz przecież, że nasz dom stoi dla ciebie otworem jak zawsze!
- Ale,..
- Nie ma żadnego „ale”, idziemy!
– Złapałam przyjaciela za rękę i pociągnęłam w stronę klatki schodowej, a następnie na piętro do mojego mieszkania.

- Mamo! Mamy gościa! – Krzyczałam od progu.
- Kto o tej godzinie? – Odpowiedział mi głos z kuchni
- Chodź zobacz, bo inaczej nie uwierzysz! A ty, czego tak stoisz? Wchodź! – Powiedziałam do gościa.
- Czy to...? Kubuś! – Moja mam ze ścierką w ręce przywitała przyjaciela rodziny prawie z takim samym entuzjazmem jak ja. No może z tą różnicą, że nie zawisła mu na szyi.
- Witam panią sąsiadkę – wydukał ze szczerym uśmiechem. – Trochę minęło od naszego ostatniego spotkania.
- Jak ja się cieszę, że cię widzę. Wejdź zaraz zrobię ci coś do picia
– ruszyła w stronę kuchni. – A co u mamy? Na długo przyjechaliście?

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że sama nie oczekiwałam z niecierpliwością tej odpowiedzi. Mimo, iż już raz mi to mówił, chciałam usłyszeć to ponownie
- Już na stałe! Może zostawię pani nasz nowy adres i wpadnie pani do nas na kawę. Mama z pewnością się ucieszy!
- Oczywiście zaraz dam ci karteczkę. Siadaj i opowiadaj jak tam wam było!
– Zasiedliśmy do stołu, a mam podała nam herbatę.

Znów zaczęliśmy wspominać stare dobre czasy, gdy moja niedyskretna jak zawsze mama wystrzeliła z deczka nieodpowiednim pytaniem.
- Teraz to pewnie tez znów będziecie razem, prawda?! – Zapytała pełna entuzjazmu.
- Mamo! Daj spokój! Jak możesz?!
- A co ja takiego powiedziałam?
– Tak jak mówiłam, nawet nie wie... – Przecież tworzyliście taką dobrana parę...
- Mamuś, zrobiło się późno. Kuba jest pewnie zmęczony po pracy i chce już odpocząć. Odprowadzę go.
– Wyszliśmy najszybciej, jak to było możliwe.
- Przepraszam cię za mamę, wiesz jaka jest.
- Nie ma sprawy! Nie zdziwię się, jeżeli moja mama zada to samo pytanie, kiedy do nas wpadniesz. W końcu musisz przyznać, że tworzyliśmy zgrana parę...
- Fakt, jednak minęło trochę czasu, zapewne trochę się też zmieniliśmy...
– Próbowałam wybrnąć jakoś z tego

- Spokojnie, nie to miałem na myśli! Stwierdziłem tylko fakt. Nie chciałbym zranić twoich uczuć czy coś, ale myślę, że co było to nasze a teraz bądźmy dobrymi przyjaciółmi – powiedział poważnie.
Ucieszyłam się na te słowa. Faktycznie byliśmy dobraną parą, ale chyba bardziej przyjaciół niż kochanków. Oboje wtedy byliśmy jeszcze młodzi i głupi. Teraz wiem, że kochałam go od zawsze, ale jako przyjaciela, miłością braterską i tak zostanie pewnie do końca. To nie to samo, co miłość do Junkiego! Miłość... Ehh...
- Cieszę się, iż jesteśmy podobnego zdania. – Uśmiechnęłam się i przytuliłam najdroższego przyjaciela na pożegnanie. – Spotkamy się jutro? Muszę ci pokazać jak zmieniło się miasto, kiedy ty bawiłeś się poza granicami kraju.
- Ja ci dam „bawiłeś”!
– Zarzucił mi rękę na kark i poczochrał włosy. – Z tym oprowadzaniem to obowiązkowo, nie wymigasz się! – Dodał już z samochodu i odjechał machając mi na do widzenia.



Kolejne dni mijały mi na spacerowaniu z Jakubem po mieście. Nieraz dołączała do nas również Karola. W tym czasie całkowicie zapomniałam o skośnookim chłopaku, chociaż zawsze myślałam, ęe to nie jest możliwe. Minął tydzień, a nie rozmawiałam z Junkim ani razu. Ja pierwsza się nie odezwałam, ale on też nie. Dni upływały jeden za drugim, któregoś razu wybraliśmy się z Kubusiem do parku. Zagadani nie zwracaliśmy uwagi na otaczający na krajobraz. Jak teraz o tym myślę, to nie wiem po co my tak właściwie w ogóle zwiedzaliśmy to miasto? Każdego dnia byliśmy tak zajęci sobą, że osobnik który chciał zobaczyć zmiany nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Tego dnia jednak ja cos zauważyłam. Przechodząc obok jednej ze zdemolowanych ławek przystanęłam. Kuba tego nie zauważył i poszedł dalej. Ja stałam wpatrując się w zniszczony obiekt.
- Pati, co jest?! – Zapytał mnie, stojący kilka metrów dalej przyjaciel, gdy zauważył, że nie dotrzymuje mu kroku.
- Nic takiego, tylko... – Poczułam tęsknotę... Kiedy tak stałam nad tą nieszczęsną ławką przypomniały mi się wszystkie piękne chwile z Junkim. Przypomniałam sobie upadek tu obok, trzymanie się za rękę, pocałunek na pożegnanie, ciepło jego nagiego ciała i jego równomierny oddech podczas zasypiania. Miałam wielką ochotę natychmiast go zobaczyć. Nie jutro czy pojutrze, ale teraz! Już! Natychmiast!
- Kuba ja musze iść! – Odezwałam się półprzytomna.
- Gdzie?! Coś się stało? Powiedz!
- Po prostu musze się z kimś zobaczyć! Przepraszam, kiedy indziej dokończymy spacer!

Włożyłam rękę do kieszeni – nie ma! W drugiej też nie!
- Gdzie ten mój durny telefon! – Warczałam do siebie pod nosem, nerwowo przeszukując kieszenie. Wyrzuciłam na trawnik zawartość swojej torebki, ale także tam jej nie było. Poczułam wilgoć pod powiekami.
- Dlaczego zawsze kiedy chodzi o Junkiego tak się denerwuję? Dlaczego on tak na mnie działa, samo wspomnienie o nim? – Zadawałam sobie w głowie pytania. Bliska łez ze zdenerwowania poczułam na ramionach czyjś dotyk. Ogłupiały moim zachowaniem przyjaciel próbował mi dodać otuchy.
- Nie wiem, co się stało, ale może dam ci swój telefon? Możesz rozmawiać ile zechcesz! – Przemawiał spokojnym tonem chcąc mnie uspokoić. Właśnie za to tak go kochałam. Nigdy nie nalegał na żadne wyjaśnienia. Nigdy nie zmuszał mnie do niczego. Po prostu był i co najwyżej nie narzucając się starał się pomóc, tak jak w tej chwili.
- Dzięki – tylko tyle z siebie wydukałam, po czym wzięłam od niego telefon i wystukałam znany mi numer.
Nikt nie odbierał. Po kilku sygnałach rozłączyłam się, po czym ponownie wybrałam numer.
- Hallo – po długim oczekiwaniu usłyszałam głos w słuchawce. Od razu rozpoznałam ukochanego.
- Cześć Junki – usłyszałam obok siebie cichutki, wesoły chichot Kuby.
- Cześć, coś się stało?
- Nie nic takiego, dzwonię tylko...
- Przepraszam, ale skoro to nic ważnego to ja się rozłączam, jestem akurat zajęty!
– Wszedł mi w słowo.

- Ale... – nie zdążyłam nic powiedzieć, a Junki się rozłączył.
Stałam osłupiała. Ręka z telefonem opadła mi na dół. Kubek w ostatniej chwili złapał swój telefon, który prawie wylądował na powierzchni ścieżki.
- Muszę do niego pojechać! – Powiedziałam na głos. – Kuba, muszę go znaleźć! – Zwróciłam się do przyjaciela.
- Jasne, ale stało się coś?!
- Ja muszę...
– Nie reagując na nic ruszyłam w stronę głównej ulicy. Zachowywałam się jak pod wpływem hipnozy. Po prostu nie reagowałam ani na innych ludzi, na których wpadałam, ani na swoje imię wykrzykiwane raz po raz przez zmartwionego przyjaciela. W końcu udało mu się mnie dogonić.

- Pati?! Patrycja, co się z Tobą dzieje?! – Potrząsnął mną za ramiona, by wybudzić mnie z tego letargu. – Mysza  - użył określenia, którym lubił nazywać mnie za dawnych czasów – widzę, że ci na nim zależy mimo, iż jak na razie mi się do tego nie przyznałaś. I powiem szczerze, że nie rozumiem dlaczego, bo zawsze wszystko sobie mówiliśmy? Ale na razie to nieważne. Powiedz, gdzie on jest to cię tam zawiozę. Rozumiem, że powiedział ci coś przykrego, tak? Jak go dorwę w...
- Nie! Kuba, to nie tak. Nie dziwie się, że jest zły. W końcu nie widziałam się z nim od tamtego czasu w pałacyku, a wtedy tez na pożegnanie nie zachowałam się najlepiej.
- To prawda, troszkę to było niefajne z twojej strony wychodzić ze mną i zostawiać go tam samego. Jakoś nigdy o tym ci nie wspominałem, ale on wtedy sporo się namęczył, by to wszystko pozałatwiać. Pamiętam, że nawet pokłócił się z jakimś facetem na temat tego, iż nie wraca na zdjęcia, bo ma ważniejsze sprawy, a tamten groził mu zwolnieniem. On chyba jakimś modelem jest, zgadza się?
- To całą tamta kolacje i tak dalej załatwił on? Mi powiedział, że to jego manager!
- Manager? To kim on do cholery jest, że ma nawet managera?! Chyba mi Patuś o czymś powiedzieć zapomniałaś w ostatnich dniach?!
- Przepraszam Kuba, ale jakoś tak wyszło. Ja już do całej sytuacji się przyzwyczaiłam, więc nie robię z tego afery, a z tobą tak dobrze mi ostatnio było, iż całkiem zapomniałam ci o nim opowiedzieć. Do tego nie było jakoś kiedy...
- Nie było kiedy?! No wiesz ty co?!
- Przepraszam...
- Dobra już, dobra. Wiesz, że i tak nie potrafię się na ciebie gniewać. Nasz najdłuższa i ostatnia kłótnia miała miejsce jak byliśmy w trzeciej klasie gimnazjum i skończyła się po czterech lekcjach.
- Oj pamiętam, jak siedzieliśmy na plastyce obróceni do siebie plecami haha...
- Dobrze, to teraz też ci wybaczę, ale... Pójdziemy po mój samochód i zawiozę cię do tego osła, który cię nie docenia i jak widzę na razie nie radzi sobie z twoim paskudnym charakterkiem...
- Paskudnym?!
- Nie przerywaj mi Mysza jak do ciebie mówię! Więc tak...
- Zdania się nie zaczyna od więc...
- PATI! Do jasnej cholery!
- Sorki
- Więc,
- spojrzał na mnie groźnie – idziemy teraz do mojego samochodu, ty powiesz mi gdzie jechać, a po drodze masz mi o nim wszystko opowiedzieć!
- Niech będzie, ale chodź szybko. Nie jestem pewna gdzie on jest, więc pojedziemy do jego domu. Prędzej czy później musi tam wrócić!

Prawie że biegnąc, znaleźliśmy się pod domem Kuby, a następnie w ciągu kolejnej niecałej sekundy wyjeżdżaliśmy na drogę. Starając się przypomnieć sobie drogę do domu Junkiego, jednocześnie opowiadałam kierowcy co nieco o Lee Jun Ki’m oraz historie naszej znajomości.
Czas mijał, a ja coraz bardziej traciłam pewność, czy dobrze jedziemy. Przecież byłam u niego w domu tylko raz. Jechaliśmy, jechaliśmy a białego domu jak nie było tak nie ma... W reszcie po wyjściu z kolejnego zakrętu zobaczyłam na horyzoncie jasną, znajoma mi budowlę.
- To tam, to tam! – Podskoczyłam na fotelu prawie przebijając dach głową.
- Spokojnie, nie niszcz mi samochodu! Przypuszczałem, że to tam w końcu od piętnastu minut dokładnie opisujesz mi ten budynek – zrobiłam niewinną minkę.
- Po prostu chciałabym mieć to już za sobą.
Podjechaliśmy pod sam budynek, jednak zdawało się, że nikogo w nim nie ma. Gdy tylko Kuba zgasił silnik wybiegłam w stronę drzwi i zaczęłam w nie walić z całych sił. Jestem pod wrażeniem, że ich nie wyważyła! Niestety nikt nie odpowiadał. Obeszłam dom dookoła, ale nie widziałam żywego ducha. Zrezygnowana wróciłam do samochodu.
- Nie ma go...
- To poczekamy! Jak to sama powiedziałaś, skoro to jego dom to prędzej czy później do niego wróci.
- Tak...
– Odpowiedziałam bez entuzjazmu.



Czekaliśmy już jakieś dwie godziny, gdy na drodze dojazdowej do domu zobaczyłam znajomy mi, czerwony samochód. Rozsadzała mnie radość, że zaraz go ujrzę, jak również niepewność co mam mu powiedzieć i jak on się wobec mnie zachowa.
Klepnęłam swego towarzysza w ramię by się obudził. Biedaczek przysnął jakąś godzinę temu, ale nie miałam mu tego za złe.
- Już jest, – zwróciłam się do półprzytomnego przyjaciela – właśnie przyjechał! – Wysiadłam z samochodu, a zaraz za mną Kuba.
Kiedy czerwona Honda zatrzymała się na podjeździe, widziałam zdziwienie Junkiego naszą obecnością. Zastanawiałam się w tamtym momencie, czy mój ukochany zaraz nie odjedzie z powrotem tak długo nie wysiadał. Na szczęście w końcu drzwi się otworzyły i z ciemności samochodu wyłonił się jak zawsze promieniujący blaskiem Junki. Brakowało mu tylko w tamtej chwili, jego szerokiego uśmiechu. Zamiast tego, na jego twarzy widniał grymas niezadowolenia i czegoś jeszcze... Czegoś, czego nie potrafiłam określić. Smutku? Może zdenerwowania lub rozczarowania..? Nie wiem...
Ruszyłam w stronę ukochanego, chcąc z nim szczerze porozmawiać, jednak cos mnie zatrzymało. Spojrzałam na swój nadgarstek, który właśnie był silnie uciskany przez czyjaś dłoń. Dłoń Kuby. Spojrzałam na niego.
- Co jest?
- Poczekaj jeszcze chwilkę, chciałbym najpierw sam zamienić z nim dwa słowa. Nie masz się o co martwić.
- Ale dlaczego?
- Zaraz wrócę!
– Poszedł w stronę Junkiego...