Gościu! Jeżeli coś przeczytasz to skomentuj. Lubię wiedzieć, że ktoś mnie odwiedza :D

niedziela, 14 listopada 2010

2. Zagubione szczęście

Trochę to trwało, ale mam nadzieję, że warto było czekać :PP
oto kolejny rozdział Zagubionego szczęścia. Już nie przeciągam i życzę miłego czytania.




2.
- Nie, nie, nie i jeszcze raz nie!!!
- Ale nie możesz odmówić! Poza tym ja cię nie pytam czy ty się zgadzasz, tylko informuję cię o tym, co zostało już ustalone.
- Takie rzeczy powinno się ustalać ze mną!
- Nie było sensu pytać cię o zdanie, bo wszyscy wiedzieli, że się nie zgodzisz!
- No to tym bardziej, jak śmieliście ustawić coś takiego za moimi plecami?! Powtórzę to raz jeszcze. Nie będę współpracował z tą nadętą, rozwydrzoną, rozpieszczoną i nadmuchaną lalą! Ona zachowuje się jakby była jakąś pieprzoną księżniczką!
- No bo w końcu nią jest! A nawet nie księżniczką, a królową. Królową sceny i muzyki. A ty jesteś królem. Duet w waszym wykonaniu będzie prawdziwym hitem sezonu, rozumiesz?! Zajmiecie czołowe miejsca na wszystkich listach przebojów!
- Nie zajmiemy!
- Uwierz, że tak będzie!
- Nie będzie, bo ja nie zamierzam wykonywać z Ni-Kyu żadnych duetów czy czegokolwiek innego!
- Czy ty w ogóle słuchasz, co ja do ciebie mówię?! Ni-Kyu to wielka gwiazda i to cud, że zgodziła się pracować dla naszej agencji. A wiesz, z jakiego powodu to zrobiła?! Nie wiesz! To zaraz ci powiem! Umówiła się z prezesem, że będzie pracowała dla naszej agencji tylko pod warunkiem, iż będzie pracowała z tobą baranie jeden!
- Nie obchodzi mnie to, dlaczego ta pusta idiotka u nas się znalazła, ale mnie w to nie mieszajcie!
- A obchodzi cię praca?! Wiesz co się z tobą stanie, gdy prezes dowie się, że to właśnie przez ciebie stracił miliony?!
- Nie wystąpię z nią i koniec! Jeżeli mam już śpiewać w duecie sam znajdę sobie partnerkę!
- Jeżeli znajdziesz kogoś równie dobrego jak Ni-Kyu i prezes się na nią zgodzi to droga wolna. Niestety nie jesteś w stanie tego zrobić!
- To się jeszcze okaże!
– Wyszedł.
- Satoru! Wracaj do cholery! Nie skończyliśmy jeszcze!
Pomimo dźwiękoszczelnych ścian, po korytarzach niosło się echo głośnej wymiany zdań dwojga ludzi. W tym miejscu nie było to nowością. Często zdarzało się, że któryś gwiazdor kłócił się ze swoim managerem. Tym jednak, co wyróżniało tą kłótnię z pośród innych był fakt, iż podniesiony głos należał do Satoru. Osoby uznawanej za najspokojniejszą i najcichszą w całej wytwórni, jak nie w całej agencji „Sparkle”. Zawsze uprzejmy i cichy. Kulturalny, szczery i szczodry do pomocy. Wybitnie wyróżniał się na tle tych wszystkich zadzierających nosa gwiazdeczek. Możliwe, że to ze względu na pochodzenie. Japońskie wychowanie miało wpływ na jego zachowanie. Ulubieniec prezesa potrafił jednak wyciągnąć pazurki, gdy było trzeba, w czym pomagał mu jego całkiem „intrygujący” charakterek. Właśnie ten charakterek i tym razem się ukazał. To właśnie on kazał Sato wyjść z pomieszczenia, nie dokończywszy rozmowy, trzaskając za sobą drzwiami. I to również on zaprowadził go na most, skąd uwielbiał przyglądać się wodzie. Młody mężczyzna stał oparty o barierkę i wpatrywał się w liście płynące z nurtem rzeki. Był wyjątkowo rozdrażniony. Nie lubił kłótni i wrzasków. Jednak nie lubił również, kiedy zmuszano go do robienia rzeczy, których nie chciał. Był wściekły na swojego managera, że ten za jego plecami, próbował go wkręcić w taką akcje. Młody piosenkarz nie miał najmniejszego zamiaru współpracować ze znaną i popularna gwiazdą. Od kiedy poznał ją kilka lat temu, nie miał o niej dobrego zdania. Uważał ją za pustą, płytką i fałszywą zdzirę. Niestety los chciał, iż ona miała o nim wręcz przeciwną opinię i na wszelakie sposoby próbowała się do niego zbliżyć. Tak jak i tym razem. Wykorzystała słabość prezesa do jej osoby, by móc współpracować z Satoru.
Chłopak potrząsnął głową, by pozbyć się tych wszystkich myśli. W końcu przyszedł w to miejsce by oczyścić umysł, a nie dalej przeżywać wynikłą sytuację. Dziękował w myślach Bogu, że nikt nie zna tego miejsca, iż nikt nie wie, że to właśnie tu znika, gdy potrzebuje czasu dla siebie. To była jego mała tajemnica.
Podczas rozkoszowania się szumem wody oraz śpiewem ptaków, jak przez mgłę zaczęły dochodzić do niego jeszcze jakieś dźwięki. Wytężył słuch skupiając się właśnie na nich. Nasłuchiwał przez kilka minut, aż uświadomił sobie, że to kobiecy głos, do tego o pięknej barwie, dolatujący z dołu. Słuchając dalej rzadko słyszanej, jednak znanej mu melodii zaczął nucić, a następnie głośno śpiewać równo z osobą wydającą z siebie te cudne dźwięki. Śpiewał coraz głośniej zatracając się w melodii jak to miał w zwyczaju, aż w pewnym momencie nie zauważył nawet, że głos dochodzący spod mostu ucichł. Gdy sam skończył ostatnią zwrotkę coś mu nie pasowało. Zaczął nasłuchiwać i nic... No właśnie cisza...
- Hallo!!! Ty, tam dole! Odezwij się! Jak się nazywasz?! – Odpowiedziało mu jedynie echo. – Hallo! – Dalej nic.
Chcąc poznać osobę, do której należał dalej dźwięczący mu w uszach głos, Sato zszedł czym prędzej na dół. Niestety. Nie zastał tam już nikogo. Właścicielka pięknego głosu musiała już odejść. Chłopak rozejrzał się dokładnie, jednak nie znalazł niczego, co zaprowadziłoby go do osoby, którą słyszał.
Wracając do wytwórni, cały czas myślał o głosie, który słyszał. Był wielce ciekawy, do kogo on należy. Postanowił, że za wszelką cenę odnajdzie dziewczynę spod mostu. Wracał w to miejsce w każdej wolnej chwili, jednak wciąż nie było mu dane jej poznać.



Głośny śpiew zawsze ją odprężał. Pod warunkiem jednak, iż była całkiem sama. Nigdy nie odważyła się pokazać przed kimś swoich zdolności. Doskonale wiedziała, że w tym świecie wszystko, czy to jej zaleta czy wada, może zostać wykorzystane przeciwko niej samej. Tutaj na szczęście, nie musiała się powstrzymywać. To było jej miejsce, tylko jej... Przed nią jedynie woda, za nią łąki, a nad jej głową betonowa konstrukcja zagłuszająca jej głos i niepozwalająca, by ktoś niepowołany ją usłyszał. A myśl o tym podniosła głos jeszcze o kilka decybeli.
Po chwili zaczęło jej się wydawać, iż nie jest sama. Miała wrażenie, jakby ktoś z bliska się jej przysłuchiwał. Jednakże uznała, iż to tylko wyobraźnia płata jej figle. Śpiewała dalej, do momentu aż usłyszała czyjś głos równocześnie ze swoim. Pomyślała, że to już nie może być jej wyobraźnia. Ktoś faktycznie słuchał jej, a teraz do tego się przyłączył. Zamilkła i zaczęła dalej nasłuchiwać. Skądś znała ten głos, ale skąd? Nie potrafiła przypisać do nikogo wśród znajomych. Nikt nie miał tak pięknego głosu. Melodyjny śpiew, nieproszonej osoby działał na nią uspokajająco. Zmrużyła oczy...
- Opanuj się! To ktoś obcy, nie wiadomo, czego chce od ciebie! – Jej instynkt samozachowawczy odezwał się momentalnie.
Rozejrzała się w około – nikogo nie było. Głos nadal płynął z góry. Jakby anielskie chóry dla niej z nieba śpiewały. Uśmiechnęła się do siebie.
- Żegnaj aniołku – zwróciła się ku osobie wtórującej jej śpiewem, a następnie wróciła do „domu”.

Po upływie około trzech miesięcy, Wanabe Satoru powoli tracił nadzieję, że uda mu się jeszcze spotkać dziewczynę o niebiańskim głosie. Pomimo faktu, iż bywał w miejscu ich pierwszego spotkania niemal codziennie i spędzał tam długie godziny, nie udało mu się spotkać dziewczyny.
Twinkie natomiast, coraz rzadziej odwiedzała swoją pustelnie. Za każdym kolejnym razem, gdy wracała w „swoje” miejsce, rozglądała się i nasłuchiwała, czy nie pojawił się również mężczyzna z mostu. Na szczęście nie trafiała na niego. Powinna być z tego powodu zadowolona, jednak wcale nie czuła radości. W głębi swego serca, chciała jeszcze raz spotkać nieznajomego o pięknym, ciepłym glosie. Natomiast z drugiej strony, nie wiedziała kim on jest, dlatego też jakiś wewnętrzny głos kazał jej uważać. Dobrze wiedziała, że powinna posłuchać tego głosu. Tak też pod mostem bywała sporadycznie.
Życie tych dwojga zaczynało na powrót płynąć swoim dawnym biegiem. Sato coraz rzadziej bywał nad rzeką, a Byun-Ra nie robiła tego prawie wcale. Fakt, że Satoru nie pokazywał się już w okolicach mostu nie oznaczał, że zapomniał on o anielskim glosie nieznajomej. Czasem, podczas przerw w pracy lubił sobie nucić, usłyszaną tamtego dnia piosenkę. Sam nawet przyłapał się na tym, że polubił melodie, którą niegdyś uważał za strasznie prowincjonalną.
Pewnego popołudnia podczas przerwy w czasie sesji zdjęciowej do magazynu „Gwiazdy przed obiektywem” Satoru jak zwykle podśpiewywał sobie. Za jego plecami, asystenci oraz wizażysta pracowali w pocie czoła, by przygotować jego rzeczy do kolejnych ujęć. W pewnym momencie, Sato zdał sobie sprawę, że ktoś stojący obok mu się przysłuchuje. Wyczuł to jakoś instynktownie, otworzył oczy i obrócił się w jego stronę. Okazało się, iż to jeden z nowych asystentów mu się przygląda.
- Stało się coś? – Zapytał chłopaka.
- Ekhm... Wiem, że to nie moja sprawa, ale skąd pan zna tę melodie? – Zapytał nieśmiało.
- Jaką melodię?
- Tą, którą pan właśnie nucił.

Satoru zdziwiło lekko to pytanie, jednak z drugiej strony nie widział przeszkód by odpowiedzieć.
- Usłyszałem to jakiś czas temu i tak jakoś wpadło mi w ucho. A dlaczego pytasz? – Zapytał autentycznie zaciekawiony.
- To stara piosenka, niewiele osób ją zna, a przynajmniej nie na tyle by zaśpiewać kilka zwrotek. W Seulu nie znam chyba nikogo poza nami, kto znałby tę melodię. Albo właściwie nie... Jak tak teraz o tym myślę, to jest ktoś jeszcze.
Oczy Sato powiększyły się. Czyżby? Nie to niemożliwe by mówił o niej. Ale, może jednak...
- A kto jeszcze zna tę piosenkę?
- Tak szczerze mówiąc to nie wiem. Nie znam tej osoby. Po prostu pewnego dnia, gdy odwiedzałem znajomego w „Czarnej strefie” słyszałem jak jakaś dziewczyna to śpiewa. Nie widziałem jej jednak dokładnie. Stała w podwórzu, kilka domów dalej, ale słyszałem to wyraźnie. Do tego jej głos...
- Co z jej głosem?
– To zdanie prawie wykrzyczał z podekscytowania.
- Miała niesamowity głos. Nie zapomnę go do końca życia. Jak, jak...
- Jakby śpiewały anielskie chóry?
- Dokładnie! Skąd pan wiedział?

Na to pytanie Satoru uśmiechnął się jedynie pod nosem. On wiedział i nikt inny nie musiał.
- A dawno to było?
- Jakoś w zeszłym roku, ale tak jak mówię nie pamiętam dokładnie.
- Hmmm... Mam do Ciebie prośbę. Jak możesz przyjdź po zdjęciach do mojej garderoby. Mam parę pytań jeszcze.

Satoru był niesamowicie zadowolony. Nie przypuszczał, że ten dzień będzie dla niego tak owocny. Postanowił zaraz z samego rana udać się do tzw. Czarnej strefy. W końcu rok, to nie znów tak dawno. Chociaż z drugiej strony, w ciągu roku może się zdarzyć bardzo wiele. Trzeba jednak być dobrej myśli. Do tego – biedna dzielnica. Jeżeli właścicielka tego cudownego głosu jest biedna, łatwiej będzie ją namówić do współpracy. Pieniądze czynią cuda...
Przez resztę dnia, Sato był wyjątkowo podekscytowany. Wierzył, że usłyszana przez Boby’ego dziewczyna, to ta sama osoba, której on szuka. Domysły te sprawiły, że jego oczy pozostały otwarte do białego rana. Czego skutkiem, jak można się domyślić, była długa, bezsenna noc. Kiedy wskazówki na zegarze wskazały godzinę dziewiątą Satoru zerwał się z łóżka. Przeszedł do łazienki by wziąć kąpiel, mając nadzieję, że ta w jakiś cudowny sposób zastąpi mu stracone godziny snu i doda energii. Zaraz po wyjściu spod prysznica, jeszcze w ręczniku oplatającym biodra zadzwonił do managera Wo Bin’a.
- Wo Bin, słucham?
- To ja – Sato. Jeżeli mam dzisiaj jakieś zajęcia to je odwołaj.
- Jak to?
- Wypadła mi dzisiaj bardzo ważna sprawa i nie będzie mnie cały dzień.
- Czyś ty do reszty zwariował? Co ty znowu kombinujesz? Ni-Kyu przyjeżdża dzisiaj do naszej agencji, musisz się z nią spotkać...
- Co do Ni-kyu sprawa jest zamknięta. Zdania nie zmieniłem i nie zamierzam z nią pracować! Koniec tematu! Do usłyszenia...
- Hallo? Hallo! Satoru!

Jednym ruchem ręki wyciągnął baterię i rzucił telefon na łóżko. Nie miał zamiaru wysłuchiwać kolejnej tyrady na temat korzyści wypływającej ze współpracy z „Królową sceny”. Dzisiejszego dnia miał ważniejsze sprawy do załatwienia. Musiał znaleźć i namówić do współpracy nowa Królowa sceny, niezależnie od ceny jaką będzie musiał ponieść.
Chwilę później był już gotowy do wyjścia. Ubrany „jak najnormalniej” w jeansy, t-shirt i rozpinaną bluzę z kapturem złapał w rękę kluczyki z samochodu i wyszedł. Do Czarnej strefy miał kawałek... Znajdowała się ona praktycznie na drugim końcu miasta, patrząc z perspektywy miejsca jego zamieszkania. Dojazd nie był łatwy. Mimo, że jego nowa, niebieska Mazda 6 rozwija niezłe prędkości, korki w centrum nie dawały mu szans na jej rozwinięcie. Stojąc kolejne minuty zaczynał żałować, iż nie wybrał jednak dłuższej, za to stanowczo rzadziej uczęszczanej. Po prawie dwóch godzinach męczeńskiej podróży dotarł na obrzeża Czarnej strefy Seulu. Im dalej zapuszczał się w głąb, tym większą różnicę dostrzegał między wyglądem tego miejsca a okolicy, w której sam mieszkał. Już po minięciu zaledwie dwóch przecznic, jego oczom ukazały się odrapane, stare budynki, zaśmiecone ulice z poprzewracanymi kubłami na śmieci. Grupki ludzi, najczęściej półprzytomni, całkowicie zalani już z samego rana pijacy, ale również biedne kobiety zostawione przez mężów alkoholików czy młodzież, na której nikomu nie zależy, spoglądali badawczym, podejrzliwym wzrokiem, na jakże wyróżniający się w tym otoczeniu samochód. Takie rzeczy większość z nich miała okazje zobaczyć jedynie na bilbordach reklamowych zawieszanych bliżej centrum. Satoru szybko zrozumiał, że wjazd w tą okolicę nie był dobrym pomysłem, na najbliższym możliwym skrzyżowaniu zawrócił, by zaparkować w jakimś bezpiecznym miejscu, a następnie piechotą udać się w stronę, gdzie Boby spotkał śpiewająca dziewczynę. „Na piątej alei jest jeden bardzo specyficzny budynek. Kiedy tam pan dojdzie na pewno go zauważy. Zaraz obok niego znajduje się niski dom o żółtych ścianach, otoczony wysokim, drewnianym płotem i to właśnie tam na podwórku słyszałem wtedy tę dziewczynę. To biedna okolica i ludzie rzadko zmieniają miejsce zamieszkania, dlatego myślę, że powinien pan ja tam znaleźć.” Zgodnie ze słowami Boby’ego, Sato udał się na piątą aleję, odnaleźć żółty budynek i jego mieszkańców, a właściwie głównie jedną mieszkankę.
Długo nie szukał specyficznego budynku. Gdy dotarł do skrzyżowania dwóch przecznic, był trochę zdezorientowany. Bał się, że zgubił drogę. Spojrzał najpierw w lewo, ale nic nie przyciągnęło jego uwagi. Odwrócił się w prawo i w oddali zauważył coś dziwnego. Ruszył w tamtą stronę, by z bliska przyjrzeć się wyróżniającemu się obiektowi. Już po kilku krokach zdał sobie sprawę, iż znalazł to, czego szukał. Dziwny, wysoki jak na tę okolicę, jaskrawo-czerwony budynek, a zaraz obok niziutki żółty domek. Zadowolony z siebie, pewnym krokiem ruszył w stronę budowli.
Do celu zostało mu już zaledwie kilkanaście metrów, nagle poczuł przeszywający ból głowy, który prawie zwalił go z nóg. Gdy odzyskał równowagę, zaskoczony odwrócił się. W tym samym momencie zobaczył, cos lecącego w jego kierunku. Niestety nie zdążył zrobić uniku i kamień trafił go dokładnie w czoło, powalając tym samym na ziemię. Przed oczyma zrobiło mu się ciemno. Gdy otworzył oczy, stało nad nim kilku chłystków, z czego dwóch przeszukiwało mu właśnie kieszenie. Momentalnie szarpnął się, jednak czyjaś silna ręka przycisnęła go z powrotem do ziemi.
- Co jest?! – Wycharczał chyba bardziej do siebie niż swoich napastników.
- Leż spokojnie to stracisz tylko portfel, a rusz się kurwa jeszcze raz, to Mały – tu wskazał na przerośniętego obdartusa – sprawi, że więcej się już nie ruszysz! Zrozumiałeś?!
- Zachciało się lalusiowi spacerów po naszej dzielnicy, to ma.
– Odezwał się drugi zadowolony z siebie, stojący kilka kroków dalej.
Chociaż ciało nie chciało pogodzić się z tą sytuacją, rozum podpowiadał mu, żeby lepiej ich posłuchał. I, że raczej nie żartują.
Kiedy Satoru już prawie pogodził się ze stratą portfela, dokumentów, komórki i kluczyków do swojego nowego samochodu (co przyszło mu chyba najtrudniej), półprzytomny i wciąż przygniatany do ziemi przez jednego z osiłków, usłyszał kobiecy głos.
- Debile puśćcie go! – Krzyczała jakaś dziewczyna. – A jeżeli to był nasz klient?! Odbiło wam do reszty!
- Daj spokój mała i spadaj do siebie!
– Warknął jeden z bandy, prawdopodobnie ich przywódca.
- Wiecie co się stanie jak Charli się dowie, że znów kręcicie się koło jego interesu i odstraszacie klientów?!
- A co on może nam zrobić?! –
Zapytał jeden z nich z szyderczym uśmieszkiem na ustach. – Kotku, lepiej zamiast trzymać się tego starucha, przyłączyłabyś się do mnie. Na pewno o wiele mniej byś pracowała. A właściwie, zajmować musiałabyś się tylko mną. Co ty na to kochanie?
Dziewczyna, której Sato nie widział zbyt dokładnie, ponieważ zasłaniał mu ją przerośnięty mięśniak, spokojnym krokiem podeszła do chłopaka składającego jej propozycję.
- Hmmm... Sama nie wiem. Naprawdę myślisz Biku, że jesteś lepszy od Charli’ego? Wiesz... on pomimo wieku jest jeszcze całkiem sprawny. A ty... – Unosząc brwi rzebiegła wzrokiem po sylwetce swojego rozmówcy. – Wcale nie wyglądasz na takiego ogiera. – Dodała z ironicznym uśmiechem na ustach.
- Uuuu... – Rozległo się wokół, w odpowiedzi na odważną ripostę dziewczyny.
- To może zaraz ci to udowodnię?! – Zapytał, coraz bardziej wściekły, że daje się upokarzać jakiejś pannicy na oczach kumpli.
- A czemu by nie? – Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.
Twinkie nie wiedziała, co robi i dlaczego. Kierował nią jakiś impuls, by pomóc chłopakowi leżącemu na chodniku. Normalnie nie przejmowała się cudzymi sprawami i unikała takich sytuacji. Tym razem jednak jakiś wewnętrzny głos kazał jej zainterweniować. Podeszła do zaskoczonego, ale jednocześnie zdecydowanie zbyt pewnego siebie przywódcy bandy. Zarzuciła mu jedną rękę na szyję i przyciągając go do siebie namiętnie pocałowała. Po kilku sekundach przerwała pocałunek.
- Nadal jesteś pewny, że dasz sobie radę? – Zapytała chłopaka.
- Możesz być pewna. – Odpowiedział półprzytomnie z oczyma przesłoniętymi pożądaniem.
Dziewczyna kolejny raz uniosła usta do pocałunku. Kiedy ich wargi już prawie się zetknęły, z całej siły uderzyła napaleńca kolanem w krocze tak, że ten padł zwijając się z bólu
- Myślę, że teraz już nie podołasz. – Posłała mu kpiący uśmiech.
Gdy reszta zauważyła, co się dzieje, wszyscy natychmiast rzucili się w stronę Twinkie. Ta przeczuwając ich posunięcie, szybko wyjęła zza paska z tyłu pistolet. Odbezpieczając go jednym płynnym ruchem wycelowała w bandę zmierzająca w jej stronę.
- Jeszcze krok, a przekonacie się, że pogłoski o moich zdolnościach strzeleckich nie były tylko plotkami!
Wszyscy stanęli jak wryci.
- Zbierajcie z ziemi tego niedorajdę i znikajcie stąd zanim nie nabiorę ochoty na strzelanie do ruchomego celu! – Wrzasnęła.
Sato sam zaczynał się bać. Jednak z drugiej strony był pod wielkim wrażeniem przebiegłości i odwagi tej interesującej istotki. Gdy mężczyźni, którzy go zaatakowali zaczęli się zbierać poszkodowanego z ziemi uznał, że teraz może już wstać. Kiedy spróbował unieść się do pozycji siedzącej, jego czaszkę przeszedł przeszywający ból, po czym poleciał do tyłu po raz kolejny uderzając głową o ziemię. Przed oczyma zamajaczyła mu zbliżająca się postać pięknej kobiety z bronią w ręku, która zniknęła nagle w ciemności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz